Nasz Głos grudzień 2012 nr 12 (189)
|
|
Nasz Głos sierpień-wrzesień 2008 nr 8-9 (137-138)
Przeglądaj artykuły na oddzielnych stronach
| str. 0 |
|
|
| 64 rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego |
|
|
|
Fot. Katarzyna Kasjanowicz
1. Krzak jarzębiny był inspiracją lirycznego arcydzieła ks. Twardowskiego „W jarzębinach”. 2. Ks. Jan Twardowski na wakacjach lata 90.
Fotografie ze zbiorów Jadwigi Marlewskiej i Waldamara Smaszcza
Ks. Jan Twardowski i Waldemar Smaszcz
Fotografie ze zbiorów Jadwigi Marlewskiej i Waldamara Smaszcza
Dom w którym spędzał wakacje i gdzie powstały wiersze składające się na tom Znaki ufności (1970)
Fotografie ze zbiorów Jadwigi Marlewskiej i Waldamara Smaszcza
Tu powstały m.in. zbiorki wierszy ks. Jana Twardowskiego Sześć pór roku (1995) oraz Spóźnione kukanie (1996)
Fotografie ze zbiorów Jadwigi Marlewskiej i Waldamara Smaszcza
|
| str. 1 |
|
|
| Przeciw antywartociom |
|
|
| Zdzisław Koryś |
Głowy hydry nie odrastają
mechanicznie. Zło, aby mogło rosnąć
i skutecznie się rozprzestrzeniać
musi wciąż szukać nowych
form i metod działania. Poucza
nas o tym historia XX wieku, która
wyprodukowała faszyzm i komunizm,
ustroje, które w swych
skrajnych formach zdewastowały
nowożytną Europę.
Jeśli chcemy tworzyć kulturę,
cywilizację broniącą ludzkość
przed zagrożeniami, jakie te ustroje wniosły w ludzkie dzieje, trzeba
rozpoznawać zło, zanim obrośnie w taką siłę, której trudno będzie
się przeciwstawić. Korzenie społecznego zła są na ogół splątane z
przemocą. Na przestrzeni minionego na szczęście XX wieku obserwujemy
powiązane i na różne sposoby współdziałające ze sobą formacje
totalitarne. Zło społeczne przezeń tworzone ma swe źródło
w degeneracji w sferze wartości wyższych.
Totalitaryzm faszystowski w wydaniu hitlerowskim, stosując
przemoc fizyczną kontynuował historyczne wzory agresji wobec
sąsiadów. Totalitaryzm komunistyczny, zwłaszcza w wydaniu stalinowskim,
dysponował ogromnymi środkami przemocy i ochoczo
je stosował. Tak było w tragicznym dla naszego narodu 1939 roku,
kiedy Hitler przekonał się, że jego plany wszczęcia wojny z Francją
przy neutralnej postawie Polski, zostały zniweczone, postanowił
najpierw zniszczyć niedoszłego sojusznika. Powstały zaś w Europie
kryzys skrzętnie wykorzystał Stalin. Zrealizował marzenie o zniszczeniu
niemieckimi rękoma II Rzeczypospolitej i rozszerzeniu na
nasz kraj systemu socjalistycznego.
Niemal siedemdziesiąt lat po tamtych wydarzeniach mechanizmy
zła społecznego we współczesnym świecie mają się dobrze,
a ich niszczycielski wpływ na jego losy przejawia się w permanentnie
toczących się wojnach, zamachach terrorystycznych, władzy
anonimowych ośrodków decyzji. Być może to stanowi największe
zagrożenie dla współczesnego świata. Ten sam bowiem mechanizm
prowadzi do zbiorowych nieszczęść, odbierania szans i sensu indywidualnemu
życiu, tworząc świat budowany na antywartościach
i degeneracji wartości wyższych.
Jeśli decydujemy się o tym nie milczeć na łamach naszego miesięcznika,
wskazując na przynajmniej niektóre przejawy tego procesu,
to w przekonaniu, że rozkład norm moralnych jest też skutkiem
bierności, wynikającej z coraz szerszego społecznego przyzwolenia.
Jest to tym łatwiejsze w zdewastowanym środowisku społecznym.
Ta dewastacja trwa nadal i stanowić powinna przestrogę przed
poddawaniem się każdej modzie potwierdzającej rozkład i bezsens
świata. Ale to my ludzie nadajemy światu sens i przezwyciężamy
destrukcję, jak pisał św. Augustyn: „Nie mówcie, że czasy są złe. My
jesteśmy czasem. Bądźmy dobrymi, a czasy będą dobre”
Historia pełna jest paradoksów, to przynajmniej wiemy. Bywa
więc, że w kolebce kultury chrześcijańskiej rodzi się bękart gotowy
pożreć matkę. I my od tych zagrożeń nie jesteśmy wolni. Świat
antywartości otacza nas przecie i raz po raz próbuje przenikać
do naszych serc i umysłów, szukając pożywki i gleby do wzrastania. |
| str. 2 |
| Temat numeru: Polskie sierpnie i wrześnie |
| Według badań OBOP, 61% badanych twierdzi, że trzeba nadal mówić o cierpieniach zadanych Polakom w czasie
II wojny światowej przez innych. Jedna trzecia Polaków uważa, że już nie trzeba. |
| Pokolenie (s)pokoju |
| 1 sierpnia? Nie, no naprawdę nie wiem… – młoda dziewczyna śmieje się, jakby chodziło
o błahostkę. Przysłuchiwałem się ulicznej sondzie z okazji 64. rocznicy wybuchu powstania warszawskiego.
Reporter pytał kilkunastu młodych ludzi, co wydarzyło się w stolicy o godzinie „W”.
Większość jednak wiedziała. |
|
| Tomasz Gołąb |
Młodzi Polacy chcą żyć w przewidywalnej
rzeczywistości, w przewidywalnym
społeczeństwie,
i to bez względu na to, jakie mają poglądy
polityczne. Bo jak można startować
w dorosłe życie w warunkach bezustannej
niepewności? To dobre dla wariatów
i bohaterów. Normalni ludzie chcą założyć,
że jak wezmą kredyt, to będą w stanie
go spłacić, że jak będą mieli rodzinę,
to ich dzieci pójdą do takiej, a nie innej
szkoły, że jak założą firmę, to nie zmiecie
jej niestabilne prawo. Tak, ta młodzież
jest nienormalnie normalna. Bo jak długo
można karmić się symbolami – pyta
retorycznie w jednym z wywiadów Barbara
Fatyga, profesor socjologii na UW.
Kraj wariatów?
No właśnie: jak długo? Najpierw zabory,
wojna, potem 50 lat sowieckiej niewoli.
Czy nie czas wydobyć się z niewoli walki?
Czy młodzi muszą być wciąż Mickiewiczowskimi
„męczennikami narodowej
sprawy”? Czy ktokolwiek urodzony po
1980 roku rozumie jeszcze Konrada utożsamiającego
się z ojczyzną, czy jak on odczuwa
cierpienie narodu? Ilu jeszcze może
powiedzieć: „Ja i ojczyzna to jedno”?
W imię miłości do narodu Polak zdolny
był zawsze do wielkich czynów. Przez
kilka wieków chciał stworzyć lepszy świat,
gdzie nie ma miejsca na niewolę czy cierpienie.
Według „Widzenia księdza Piotra”
historia Polski jest powtórzeniem losów
Chrystusa. Ksiądz Piotr widzi Polaków
cierpiących, dźwigających krzyż, którzy ukrzyżowani, opłakiwani przez Matkę
Wolność, zmartwychwstają i w postaci
kobiety w białej szacie ogarniają świat
w uścisku. Naród polski cierpi, ale takie
są konsekwencje wielkiej misji. Czy o takich
symbolach mówią socjologowie?
– Od XIX wieku świadomość krzywdy
i ofiary jest istotnym składnikiem polskości.
Można się tylko zastanawiać, czy
jeśli w ciągu najbliższych stu lat Polski nie
dotkną żadne wojny albo reżim, próbujące
za pomocą knuta i pałki wprowadzać
powszechną szczęśliwość, ofiara będzie
wciąż niezbywalnym elementem polskości.
Jednak jestem pewien, że w dobie
poważniejszego historycznego kryzysu
ofiara związana z polskością mogłaby się
bez trudu objawić w polskiej zbiorowości
jako jeden z ważniejszych kluczy w określeniu
jej kondycji – mówi w wywiadzie
dla tygodnika „Newsweek” dr Nikodem
Bończa-Tomaszewski, historyk młodego
pokolenia (rocznik 1974), autor książki
„Źródła narodowości. Powstanie i rozwój
polskiej świadomości w II połowie
XIX i na początku XX wieku”.
Nas też stać na bohaterstwo
Kiedy tradycyjnie w przeddzień wybuchu
powstania warszawskiego, przed
pomnikiem na pl. Krasińskich zabrzmiały
wojskowe salwy, a żołnierze wzywali
kolejnych bohaterów: „Stańcie do apelu!”,
wokół katedry polowej przy ul. Długiej
nie było tłumów młodzieży. Nie licząc
harcerzy i wnuków kombatantów, młodych
było raczej niewielu.
– Słuchając przekazów o powstaniu
warszawskim i oglądając żywych bohaterów
tamtych dni, świadków ofiarnego
czynu dla odzyskania wolności, stawiamy
sobie pytanie: czy następne pokolenie
tych młodych zdolne jest do podobnej
miłości ojczyzny i ofiarnego czynu,
nawet za cenę życia? – mówił Prymas
Polski, kardynał Józef Glemp podczas
Mszy św. celebrowanej w parku Wolności
przy Muzeum Powstania Warszawskiego.
Zaraz jednak udzielił odpowiedzi:
– Możemy zakładać, że młodzi ludzie
przejmują dziedzictwo swoich poprzedników.
I że postawa obrony wolności jest
zakodowana w charakterze polskich pokoleń
i odzywa się wtedy, gdy trzeba jej
bronić.
– Jeżeli w powstaniu warszawskim
zginęło około 180 tys. ludności cywilnej
i prawie 18 tys. powstańców, to uświadamiamy
sobie jak wielka jest cena wolności,
skoro przyszło za nią tak drogo zapłacić.
(...) Wolność się traci najczęściej
przez jej nadużywanie, tak było przed
rozbiorami, tak może być i teraz – ostrzegał
hierarcha.
Internautka w komentarzu w Wirtualnej
Polsce dopowiada:
– A ja myślę, że także dziś młodzież
mogłaby oddać życie za ojczyznę. Powstańcy
musieli walczyć, żeby przetrwać.
I tamta młodzież miała znakomite autorytety
– dzięki temu łatwiej było im to
robić. W dzisiejszych czasach nie byłoby
nawet jak motywować do takich działań.
Szkoda gadać.
Żebyście tylko kochali
Powstańcy zapytani o to, o czym jeszcze
marzą, mając wolną Polskę, mówią
dziś najczęściej:
Źródło: CBOS, 2005.
– Chcielibyśmy, by młodzi ludzie po
prostu kochali Polskę.
1 sierpnia to ich dzień. Spotykają się
między innymi na Powązkach przy pomniku
Gloria Victis, a wieczorem zapalają
płomień na Kopcu Powstańczym.
Nawet w tym miejscu można było się
przekonać o tym, że w każdym pokoleniu
znajdą się i bohaterowie, i tchórze. Dzień
po rozpoczęciu obchodów ktoś ukradł
agregat prądotwórczy, który umożliwiał
oświetlenie kotwicy, symbolu Polski
Podziemnej.
Ale gdy Prezydent Warszawy, dyrektor
Muzeum Powstania Warszawskiego
oraz szefowie związków kombatanckich
w specjalnym apelu rozdawanym
na ulotkach w stolicy i innych miastach
prosili, by 1 sierpnia o godz. 17
zatrzymać się na chwilę, gdy syreny
tradycyjnie ogłoszą godzinę „W”, wielu
warszawian tak zrobiło. Na dźwięk syren
i bicia dzwonów w kościołach, minutą
ciszy oddali hołd bohaterom 1944
roku. W centrum stolicy ruch zamarł.
Stanęli piesi, samochody i tramwaje,
które na minutę uruchomiły dzwonki.
Zgromadzeni na Powązkach, między
innymi członkowie rządu, parlamentarzyści,
duchowieństwo, generalicja
i kombatanci, stanęli na baczność. Potem
rozbrzmiał hymn narodowy. Pod
pomnikiem Gloria Victis modlitwie w
intencji poległych powstańców przewodniczył
ksiądz kapelan Henryk Kietliński,
który podkreślił, że powstańcy
„rozpalili znicz wolności”.
– Z ich ofiary wyrosła najjaśniejsza
Rzeczpospolita, oni wzniecili ogień
walki, my jesteśmy odpowiedzialni za przekazywanie tego znicza następnym
pokoleniom – mówił ks. Kietliński.
Komiks patriotyczny
Wśród wydarzeń rocznicowych i obchodów
narodowych świąt coraz bardziej
widoczna jest jednak tendencja popularyzowania
towarzyszącego im przekazu
narodowo-patriotycznego. Dla upamiętnienia
64. rocznicy wybuchu powstania
warszawskiego na krakowskim Rynku
u stóp Bazyliki Mariackiej stanął półgąsienicowy
transporter opancerzony
SdKfz 251, odtwarzający jeden ze
zdobytych przez powstańców pojazdów.
Maszyna obsadzona została przez
oddział powstańców, w rolę których
wcielili się członkowie jednej z grup rekonstrukcyjnych.
Wokół transportera
rozbrzmiewały powstańcze piosenki, a
„powstańcy” rozdawali przechodniom
biało-czerwone plakietki z symbolem
Polski Walczącej.
Na początku sierpnia redaktorzy naczelni
czterech dzienników zaapelowali
do władz o sfinalizowanie prac nad filmem
o powstaniu warszawskim. Dwa
lata temu konkurs wygrały projekty
„Ostatnia niedziela” Dariusza Gajewskiego
i Przemysława Nowakowskiego
o losach powstańca o pseudonimie „Romeo”
i łączniczki „Akme”, i drugi zatytułowany
„1944: Warszawa” Krzysztofa
Steckiego i Tomasza Zatwarnickiego,
splecione historie kilkunastu, lub kilkudziesięciu
bohaterów. Film jeszcze nie
powstał. Może dlatego, że – jak to ujęła
Agnieszka Holland, zapytana, czy zrobiłaby
taki film – to dla sponsorów nie jest
temat sexy.
Za to powstał komiks. I to nie pierwszy.
Muzeum Powstania Warszawskiego
po raz kolejny rozstrzygnęło konkurs na
powstańczy komiks. Laureatem pierwszej
nagrody I został Rafał Bąkowicz za
pracę pt. „Sierpień”. Nagrodzoną pracę
jury określiło jako „intrygującą i niesztampową”.
W komiksie o powstaniu
warszawskim pojawiają się bowiem postaci
ze świata filmów science fiction, na
przykład Roboty czy bajkowa broń.
Powstanie bliskie sercu
Jego komiks to historia niemożności
dotarcia do prawdy. Zaczyna się konwencjonalnie:
dziadek opowiada wnuczkowi
o swoich powstańczych przeżyciach. Ale
co młodzi ludzie wiedzą o realiach powstania?
Ich rzeczywistość jest inna, wyobraźnia
podsuwa obrazy znane właśnie z
filmów i komiksów.
– Chciałem pokazać, jak opowieści
uczestników powstania warszawskiego
mogą być odbierane przez najmłodsze
pokolenie, którego wyobraźnia ukształtowana
została przez pop kulturę i nieskończoną
niemal liczbę filmów o II wojnie
światowej – mówił Rafał Bąkowicz.
Wyróżnienie w konkursie otrzymała
Anna Steliżuk za „Kołysankę dla Dziuni”.
Młoda rysowniczka ze wzruszeniem
przyznała, że zrobiła komiks, bo to jej
ulubiona forma. A powstanie jest tematem
bliskim sercu.
Najmłodszy uczestnik konkursu, ośmioletni
Wiktor Kulig, przedstawił z kolei epizod
z życia swoich dziadków, którzy brali
udział w powstaniu – wyprawę kanałami
z Żoliborza na Starówkę, walkę o barykadę
i ewakuację kanałami z płonącego Starego
Miasta. Ale zapytany, czy jego koledzy zainteresowaliby
się komiksem o powstaniu, odpowiedział
sceptycznie: – Raczej wolą filmy.
To dlatego każda inscenizacja czy rekonstrukcja
historyczna cieszy się dziś
tak ogromnym wzięciem: czy to Cytadela,
czy walki na Mokotowie, czy Bitwa
Warszawska w Ossowie, czy nawet Grunwald.
Dziś popularyzatorzy historii stawiają
na nowe środki wyrazu: malowanie
murali, koncerty, pikniki, a nawet sztukę
teatralną. W Muzeum Powstania Warszawskiego
wystawiono multimedialnego „Hamleta” Szekspira, nawiązującego
do tematyki powstania warszawskiego,
w reżyserii Pawła Passini.
Źródło: CBOS, 2002. Dziś znacząco zapewne wzrósłby odsetek osób wskazujących na potencjalne źródło wojny na Kaukazie.
Altruiści z i-Phonem w kieszeni
Badania dr. Bończy-Tomaszewskiego
jednak pokazują, że jesteśmy podobni
do naszych pradziadków. Silny indywidualizm,
kult bohaterów, ofiarność, przywiązanie
do wolności to cechy narodowe,
które niezmiennie trwają. Do tego można
dołączyć całkiem praktyczną ciekawość
świata, mobilność i pęd do modernizacji,
charakterystyczny dla polskich chłopów
żyjących pod koniec XIX wieku, który pozostał
nam do dziś. Tyle, że przed I wojną
światową głównym przedmiotem pożądania
na wsi był zegarek, zupełnie wówczas
nieprzydatny. Dziś wszyscy chcą i-Phonea.
Nie znaczy to jednak, że nie stać nas na
altruizm. Co to, to nie. Symbolem naszego
stosunku do praw człowieka stała się przed
olimpiadą sprawa Tybetu. Żeby demonstrować
pod chińską ambasadą, przychodzili
bardzo różni ludzie. Młodzi nie pisali już
tylko apeli w internecie, ale przypinali do
ubrań wstążeczki, nosili silikonowe bransoletki.
Solidarność z narodowymi aspiracjami
Tybetańczyków do niepodległości,
kojarzyła im się z walką Polaków o wolność
w czasie zaborów i na początku lat 80.
Może jeszcze bardziej wyrazisty altruizm
Polaków było widać przez ostatnich
kilka tygodni, wypadkach związku z
wydarzeniami w Gruzji. Choć można nas
podejrzewać, że gorące uczucia współczucia
i solidarności wypływają po trosze
z antyrosyjskich fobii, to jednak zdecydowane
opowiedzenie się prezydenta Lecha
Kaczyńskiego za nienaruszalnością granic
Gruzji musiało się Polakom podobać.
Wreszcie, jako wolny naród nie musimy
się kłaniać w pas mocarstwu, które przez
wieki chciało uczynić z Polski naród
poddanych.
Kto zwyciężył?
Wydarzenia ostatnich tygodni nie pozwalają
zapomnieć, że świat XXI wieku
nie jest edenem. Że ludzka żądza władzy
i posiadania nie została za progiem świętego
roku jubileuszowego, ale wnieśliśmy
je w kłopotliwym wianie kolejnym pokoleniom
poza próg drugiego tysiąclecia.
O ile o ataku na World Trade Center
przypominamy sobie już głównie tylko
w rocznicę 11 września, to przecież trudno
zapomnieć, że ten akt terroru zapoczątkował
serię podobnych zamachów w Londynie
i Madrycie. I że był jednym z głównych powodów
amerykańskiej interwencji w Iraku.
CBOS, które tuż po wydarzeniach
w Nowym Jorku pytało Polaków, czy podobne
ataki mogą zagrozić także Polsce,
zanotował, że ponad połowa z nas poważnie
bierze pod uwagę taką możliwość.
A 65 proc. Polaków przyznała, że obawia
się, iż może to doprowadzić do III wojny
światowej. To mniej więcej taki sam poziom
poczucia zagrożenia, jaki badacze
odnotowali w kwietniu i maju 1999 roku
w trakcie interwencji NATO w Jugosławii.
W 2002 roku aż 70 proc. ankietowanych przez
CBOS oceniło, że napięcie międzynarodowe
rośnie. Jedynie 4 proc. Polaków uznało, że
międzynarodowa sytuacja się polepsza.
W 2005 roku, w 60. rocznicę zakończenia
II wojny światowej CBOS pytało o to,
czy Polska jest zwycięzcą tego konfliktu.
Zaledwie nieco ponad jedna czwarta badanych
(27%) nie ma wątpliwości, że Polska
należy do zwycięzców II wojny światowej.
Co więcej, ponad jedna piąta (22%) uważa,
że trudno byłoby zaliczyć Polskę do tego
grona. Stosunkowo najczęstsza jest opinia,
że Polska wprawdzie należy do zwycięzców
tej wojny, ale nie było to pełne zwycięstwo
(33%). Widać, że tyle opinii, ilu Polaków.
Podobnie zresztą, jak w ocenie sensowności
powstania warszawskiego czy naszego
zaangażowania w wojnę w Iraku. W 2006
roku 27% badanych przez OBOP uważało,
że w 2003 roku Polska dobrze zrobiła, wysyłając
wojsko do Iraku, a 66% – że rozbiła
źle. Mimo to 66% badanych sądziło, że Polska
powinna brać udział w szerszych sprawach
światowych, a 22% – że powinna się
trzymać od nich z daleka.
Za rok będziemy obchodzić 70. rocznicę
wybuchu II wojny światowej. Jak co
roku będziemy pamiętać, że tego dnia
atak niemieckiego pancernika Schleswig-
Holstein na polską składnicę wojskową
na Westerplatte o godzinie 4.45 był jednym
z pierwszych wydarzeń tej gehenny.
Według badań OBOP, 61% badanych
sądzi, że trzeba nadal mówić o cierpieniach
zadanych Polakom w czasie II wojny
światowej przez innych. Jedna trzecia
Polaków uważa, że już nie trzeba.
Amerykański socjolog James Coleman
zauważył, że żadne społeczeństwo
nie może żyć w stanie totalnej, nieustającej
mobilizacji. Wystarczy, że wyzwala
się ona podczas wydarzeń nadzwyczajnych,
jak zagrożenie wolności. Może
więc przyszło nam żyć właśnie w takim
czasie? Oby jak najdłużej. Bo pokój nie
jest wartością zdobytą raz na zawsze. |
| str. 5 |
| Temat numeru: Polskie sierpnie i wrześnie |
| Polska we wrześniu 1939 r., choć wzięta w niemieckie kleszcze, wcale nie była bez szans. Dopiero sowiecki atak
17 września zadecydował o klęsce. |
| Rok 1939 – zmierzch Polski niepodległej |
| Dziś, gdy Polacy słyszą o rosyjskich interwencjach, ofensywach czy inwazjach, budzi to w nich
zaniepokojenie, a często wręcz odrazę. Wciąż widzą w tym ducha sowieckiej ekspansji i samolubności,
którego wcześniej poznali doskonale. To wszystko bowiem, co zabrała nam czerwona ręka,
nie jest możliwe do zaakceptowania. |
|
| Aleksander Szycht |
Polska zbudowana po 123 latach niewoli
była „naszą” – w pewnym sensie
jeszcze bardziej niż jest nią dzisiaj. To
Polacy świadomi swoich praw, obowiązków
i możliwości byli głównymi architektami tej
konstrukcji. Nie chcieliśmy zgodzić się na
posiadanie „byle jakiego” małego buforowego
państewka, niezdolnego do całkowicie
suwerennej egzystencji. Niektóre europejskie
kraje pragnęły przyznać Polakom takie
właśnie minimum, byle tylko mieć święty
spokój i realizować własne interesy, układając
świat wedle własnego planu. Niestety,
inni, jeśli chodzi o nieswoje interesy, idą po
linii najmniejszego oporu, realizując własny
plan. W ten sposób Polacy, również współcześnie,
w mniejszym lub większym stopniu
postrzegają sporą część polskich polityków.
Wtedy jednak przed wojną polscy politycy,
często jednocześnie żołnierze, jako dzieci
wychowani na tragedii powstań ojców
i dziadków, w miłości do ojczyzny pierwszeństwo
dawali tylko Bogu i honorowi.
Dlatego trudno pogodzić się z tym, co później
stało się z ich dziełem.
W tych sprawach może i byli niedoskonali,
ale tamta polityczna społeczność złożona
z często zajadłych przeciwników Piłsudskiego,
Dmowskiego, Witosa i aktywnie
uczestniczących w życiu politycznym wspaniałymi
myślicielami Kościoła wydaje się
dziś nieosiągniętą przez nas doskonałością.
Ci ludzie nie tylko nie zgodzili się w czasie
I wojny światowej i tuż po niej, by utworzyć
kraj niewiele większy od Królestwa Kongresowego,
ale włożyli niesamowity wysiłek,
by Polska była odpowiednią do ich marzeń – wielką i niezależną. Przy tym wszystkim
jednak nie byli zachłanni, co pokazywała
koncepcja zarówno federacyjna, jak i inkorporacyjna.
Polacy potrafili się jednak zaciekle
bić o własne, nie tracąc szacunku dla
przeciwnika.
Sytuację mieli wtedy znacznie trudniejszą.
Kraj został scalony z trzech zaborów,
a przez ziemię polską w różne strony ruszał
się pustoszący ją front. Przy tym zaborcy robili
przez dziesiątki lat wszystko, by żywioł
polski osłabić, wynarodowić i rozbić. Znana
jest wdrażana przez Rosję ustawiczna,
urzędowa wręcz ekspansja prawosławia, fatalna
w skutkach polityka wynarodowienia,
jaskrawo widoczna, choćby na Wołyniu.
Również w Galicji Austriacy robili wszystko,
by malutki i słaby ukraiński ruch narodowy
rozrósł się do wielkości pełniącego rolę
przeciwwagi dla polskich dążeń niepodległościowych.
W takich warunkach była budowana
Polska. Zaś Polacy balansowali między
chęcią odzyskania straconych pozycji
a pragnieniem rozwijania życia mniejszości
narodowych. Z jednej strony je rozumieli,
bowiem sami do niedawna walczyli o niepodległość
i chcieli, by Polska stała się także
z wyboru ich domem, z drugiej strony obawiali
się zagrożenia. Stałym zaburzaniem
tej harmonii trudniły się wywiady sowiecki
i niemiecki oraz Organizacja Ukraińskich
Nacjonalistów.
Mimo wszystko polscy politycy i polskie
służby zaczęły powoli sobie z tymi najróżniejszymi
problemami radzić, kierując
kraj na drogę szybkiego i wszechstronnego
rozwoju, który przerwała wojna. Nie zapominajmy,
że z Polską zaczynano się liczyć,
a z pewnością liczono się z nią w Europie
bardziej niż dzisiaj. Pamiętajmy, że niektóre
z krajów, jakie dziś ścigamy w Unii Europejskiej,
w tamtych czasach podążały za
nami. Wtedy to częścią naszego kraju były
filary naszej potęgi i ambicji – rozśpiewany
Lwów i rozmodlone Wilno. To ośrodki polskiej
myśli politycznej, kulturowej i naukowej,
których nic nie zrekompensuje.
Polska, we wrześniu 1939 roku, choć
wzięta w niemieckie kleszcze i stawiająca
opór przewadze liczebnej, wcale nie była bez
szans, jak udowadnia prof. Paweł Wieczorkiewicz.
Dopiero sowiecki atak 17 września
zdecydował o klęsce. Polacy 1 września
przystępowali do wojny z ogromną wiarą
w zwycięstwo, a społeczeństwo pełne patriotyzmu
było gotowe do ofiarności. Ci ludzie
mający poczucie wspólnoty nie szczędzili
własnego majątku nawet w tragicznej sytuacji
finansowej. Dziś tego próżno szukać,
a takie właśnie społeczeństwo jest skazane
na sukces. Został on jednak mu brutalnie
wyrwany. Mieszkańcy naszego kraju wiedzieli,
że znaleźli się po właściwej stronie,
dlatego raczej nie mieli wątpliwości, że
Niemcy zapłacą za swój błąd w efekcie wojny
– w postaci terytorium. Trzecia Rzesza bowiem
była „czarnym charakterem”, a dobro
zawsze musi zostać nagrodzone, zaś zło
ukarane. Stało się tak jedynie do pewnego
stopnia.
Nie przypuszczano bowiem, zgodnie
z zasadami etyki, że Polska będzie musiała
stracić jakiekolwiek terytorium, niezależnie
od nabytków na zachodzie. Bo niby dlaczego?
Jakim prawem oddawać połowę tego,
co sami w ciągu 20 lat sami zbudowaliśmy?
To my byliśmy ofiarą i od początku do końca
staliśmy po właściwej stronie, aktywnie
i ofiarnie walcząc w koalicji zwycięskiej.
A czy zwycięzca powinien cokolwiek tracić?
Nie. Powinien tylko zyskiwać nagrody, tak
jak ofiara rekompensaty.
Pretensje sowieckie do ziem II RP
Od samego początku, jeszcze we wrześniu
1939 roku, gdy w trakcie ciężkich walk Polacy
realizowali plan naczelnego dowództwa i nie
mieli czasu roztrząsać wielkości oraz kształtu
terytorialnych zysków na zachodzie, uruchomiła
się sowiecka propaganda uzasadniająca
rabunek ziem wschodnich. Sowieci nie myśleli
wtedy „dobrodusznie” o jakichkolwiek
rekompensatach dla Polski na zachodzie.
Musiałoby być to przecież
kosztem nazistowskiego sojusznika.
Sowieci uzasadnili zabór ochroną
ludnością białoruskiej i ukraińskiej,
która zamieszkiwała Kresy
Wschodnie II RP. Było to szydercze.
Bolszewica bowiem, nawet gdyby
udowodniła, że większość mieszkańców
Kresów stanowi świadoma ludność,
nieczująca wspólnoty z Polakami,
musiałaby spojrzeć na własne
terytorium i jego rozkład etniczny
oraz mieszankę narodową wewnątrz
najróżniejszych republik. Ironizując,
takimi terytoriami w praktyce działania
systemu sowieckiego mogli zarządzać
tylko ludzie posługujący się
językiem rosyjskim.
Należy wspomnieć, że największą
grupę etniczną na ziemiach,
zabranych Polsce przez Sowietów
w 1939 roku od Wilna i Grodna
aż po Lwów i Tarnopol, stanowili
Polacy, nie Ukraińcy, Białorusini,
a tym bardziej Litwini. Na to jednak
Sowieci znaleźli radę, najpierw,
co wie każdy, podzielili Kresy między konkretne
republiki – ukraińską i białoruską, co
pozwoliło liczyć tylko część ludności polskiej
w stosunku: albo do Ukraińców, albo
Białorusinów. Gdyby natomiast w którymś
miejscu istniały jakiekolwiek wątpliwości,
przygotowano wywózki. To miało udowodnić
strukturę etniczną będącą jeszcze w sferze
sowieckiego myślenia życzeniowego.
Co więcej do Białoruskiej SRR wcielono
ziemie po Małkinię(!). Dopiero w tym
momencie widzimy, na czym polegała dla
Sowietów ukraińskość Lwowa, litewskość
Wilna i białoruskość Grodna. Ostatnie miasto
jest o tyle charakterystyczne, że w czasie
wojny polsko-bolszewickiej Sowieci przyznali
je Litwie, w 1939 roku uznali je natomiast
za miasto białoruskie. Nie ma w tym
nic dziwnego, odpowiednio bowiem w 1920
roku Białystok był siedzibą Tymczasowego
Komitetu Rewolucyjnego Polski, miał więc
de facto należeć do planowanej „Polskiej
SRR”. We wrześniu 1939 roku został natomiast
uznany za miasto białoruskie. Warto
też wspomnieć, że białoruska przewaga etniczna
w tych miastach, delikatnie mówiąc,
była wątpliwa. Cały czas natomiast posługujemy
się praktycznym kształtem IV rozbioru
ziem Polski z 28 września 1939 roku. Sowieci
bowiem przed zmianami u ustaleniach
z 23 sierpnia zawartymi w pakcie Ribbentrop–
Mołotow, mieli dostać jeszcze kawał…
Mazowsza, wymienionego później na Litwę.
Trudno zatem powiedzieć, co jeszcze mogło
zostać uznane za białoruskie lub ukraińskie.
II Rzeczpospolitą zniszczyły dwa totalitaryzmy
Walka o niemieckie odszkodowanie terytorialne dla Polski
W 1940 roku polskie podziemie rozpoczęło
organizację tzw. Biura Ziem Zachodnich
(względnie Biura Ziem Nowych, Biuro
Zachodniego) o kryptonimach „Odra”,
„Warta”, „Rugia”. W następnym roku jednym
z powodów uległości gen. Władysława
Sikorskiego wobec Brytyjczyków co do
podpisania mniej korzystnej wersji układu
Sikorski–Majski 30 lipca 1941 roku była jego
nadzieja, iż poprą oni polskie postulaty terytorialne
wobec Niemiec. Polska miała więc
wyjść z wojny według ambicji naczelnego
wodza jako mocarstwo – ze starymi granicami
na wschodzie, a z dużo korzystniejszymi
na zachodzie. Mniej korzystna wersja
układu polegała na zadowoleniu
się Polaków ogólnikową formułą, że
układy niemiecko-sowieckie z 1939
roku tracą swoją moc. Nie odwoływała
się jednak bezpośrednio do
granicy ryskiej.
Można się było jednak pocieszyć
tym, że układ odwoływał się
praktycznie do ryskich ustaleń pośrednio.
Drugim pocieszeniem było
to, iż w miarę postępów wojsk niemieckich
w Rosji w efekcie rozmów
polsko-sowieckich Polacy dokonają
korzystnych dla siebie ustaleń co do
kwestii stałości granicy wschodniej.
Dopóki Niemcy stanowili bezpośrednie
zagrożenie dla Sowietów,
z pewnością tak było. Trzecim najbardziej
naiwnym pocieszeniem
było to, iż dla aliantów sprawę honoru
stanowi popieranie naszych
racji. Zdawać się może zatem, że
przynajmniej początkowo zagrożenie
naszych ziem wschodnich pozostawało
kwestią do załatwienia,
tak samo jak nasza jednoczesna
i nieokreślona ekspansja na zachodzie.
Te polskie plany, gdyby nie liczne błędy popełnione
przez Polaków, nie wydają się całkowicie
niemożliwe do realizacji. Dopiero
później, gdy sowieci urośli w siłę i po układach
jałtańskich takie myślenie miało się
stać oderwanym od rzeczywistości.
Tymczasem w 1943 roku Biuro Zachodnie
postulowało utworzenie sześciu okręgów obejmujących
konkretne terytoria z siedzibami w
wybranych miastach: teren Wolnego Miasta
Gdańska (Gdańsk), Pomorze Wschodnie/
Prusy Wschodnie (Królewiec), Pomorze Zachodnie
(Koszalin), Środkowa Odra (Zielona Góra), Dolny Śląsk (Wrocław). Gdy natomiast
klęska Niemiec była przesądzona, w marcu
1944 roku odezwała się oficjalnie polska prawica.
Związany z endecją i Narodowymi Siłami
Zbrojnymi, Narodowy Instytut Wydawniczy
w jednej ze swoich publikacji zaczął otwarcie
lansować polskie granice zachodnie na Odrze
i Nysie Łużyckiej. Środowisko to poszło nawet
dalej, postulując linię graniczną odchyloną
nieco bardziej za Szczecin i obejmującą całą
wyspę Uznam i Rugię.
W tym samym jednak czasie był już
forsowany inny pomysł sowiecki. Postanowiono
usankcjonować na stałe rabunek polskich
ziem wschodnich, posługując się niemieckim
odszkodowaniem terytorialnym
na zachodzie, co szybko zyskało aprobatę
aliantów, którzy szukali możliwości choćby
pozornego wyjścia z twarzą po układach,
jakie zawarli z Polakami. Polska miała więc
faktycznie zyskać na zachodzie… lecz tracąc
na wschodzie. Dziś nas to oczywiście nie zaskakuje,
ale dla polityków legalnego polskiego
rządu nie było to normalne. Bowiem zyskiwać
dla Polski jak najbardziej chcieli, ale
dopiero po uprzednim zatwierdzeniu status
quo na wschodzie. Dał temu wyraz stojący
na czele rządu Arciszewski, który chcąc
ratować poważnie już zagrożone ziemie
wschodnie, zmuszony dokonał wyboru 16
grudnia 1944 roku. Udzielił wtedy wywiadu
do gazet, mówiąc, że polskie żądania nie
obejmują Szczecina i Wrocławia. Ponieważ
planowane polskie nabytki na zachodzie
stały się kolejnym pretekstem Sowietów do
zrabowania ziem wschodnich, polski premier
po prostu nie chciał im go dawać.
Jednocześnie 1 marca 1944 roku w „Nowych
Widnokręgach”, gazecie Wandy Wasilewskiej,
w artykule „Na zachód” Hilary
Minc napisał: „(…) Czy możemy być jednocześnie
na Śląsku Opolskim i na Wołyniu,
nad Bałtykiem i na Polesiu, nad Odrą i
nad Zbruczem? Rzecz jasna, nie”. Nie biorąc
pod uwagę jego wyjaśnień, jedynym powodem,
dla którego polska granica wschodnia,
wraz z jednoczesnym otrzymaniem niemieckich
odszkodowań terytorialnych, nie
mogła znajdować się tam, gdzie powinna
– była zachłanność Sowietów. Cała reszta
była sowiecką propagandą. Już od września
1939 roku posługiwano się fałszywą retoryką
krzywdzenia przez Polaków ukraińskiej
i białoruskiej mniejszości narodowej, która
wtedy zaszczepiona, żyje nawet w polskich
umysłach do dzisiaj. Nie uwzględnia się
bowiem ani ówczesnej sytuacji Polski, ani
możliwości rozwoju, jakie miały mniejszości
w naszym kraju.
Polscy komuniści i Sowieci, nie dość,
że pod pretekstem należnego nam odszkodowania
niemieckiego, w postaci ziem na
zachodzie, zrabowali Polsce ziemie wschodnie,
to pobrali nam z tego odszkodowania
„prowizję” w postaci Królewca. Wspomniane
miasto i całe Prusy Wschodnie miały należeć
do Polski. Mało tego, propaganda sowiecka
miała jeszcze Polaków przekonać, by
uwierzyli, że oddano im przysługę i do dziś
bardzo wielu naszych rodaków głęboko w
to wierzy. W ten oto sposób wpojono nam,
że polskie odszkodowanie od Niemców za
wojnę nim nie jest. Stało się ono odszkodowaniem
od Sowietów i za ziemie wschodnie,
których z kolei utrata do dziś nie ma żadnego
logicznego uzasadnienia.
Pomiędzy bajki należy włożyć rzekomą
troskę sowiecką o polskie bezpieczeństwo
strategiczne. O ile bowiem przed wojną rzeczywiście
Warszawa została wystawiona
na wszelkie ataki z zachodu i już z powodu
kształtu zachodnich granic, mogła być wzięta
w kleszcze, o tyle Sowieci zostawili Warszawę
niebezpiecznie blisko granic wschodnich.
Jedyny wypadek, kiedy stolica znajdowałaby
się mniej więcej pośrodku kraju to taki, który
uwzględniałby najśmielsze plany niezależnego
polskiego rządu, zarówno wobec granic
wschodnich, jak i zachodnich. Musielibyśmy
zatem w 1945 roku zgodnie z prawem moralnym
zyskać jako ofiara i teoretyczny zwycięzca,
jednocześnie nie tracąc. Niestety, historia
potoczyła się inaczej.
Epilog
Smutne, że do dzisiaj Polacy żyją w zgodzie
z prawidłami sowieckiej propagandy. Każdy
bowiem Polak wedle sowieckich kryteriów
myślący z tęsknotą i sentymentem o Kresach,
porównywany jest do Niemców wyciągających
rękę po Szczecin czy Wrocław. To, jak
różną rolę pełnili Polacy i Niemcy podczas
II wojny światowej, powinno być oczywiste.
A jednak tak nie jest. Niestety, jeszcze dziś,
mówiąc o polskim Lwowie, często usłyszymy:
„A co mają Niemcy powiedzieć na Wrocław”.
Jest to zatrważające, jeśli chodzi nawet nie
o jakikolwiek rewizjonizm, ale o prawdę. Takie
reakcje są zgodne z dialektyką ZSRR, nazywającą
faszystami zarówno Niemców, jak i Polaków.
Wręcz symboliczne staje się to w wydaniu
„Gazety Wyborczej”, która 23 kwietnia 2008
roku porównała wegetujący polski Instytut
Kresowy do niemieckiego Związku Wypędzonych.
Co ciekawe, wspomniany dziennik idzie
nawet dalej, wykazując się sentymentem dla
Niemców – niegdysiejszych mieszkańców polskich
ziem zachodnich (10 maja 2008 roku),
przy jednoczesnym tępieniu jako rewizjonizmu
polskich żali za utratą ziem wschodnich
(25 października 2007 roku).
Natomiast zdrowa postawa przeciętnego
Polaka powinna być dokładnie odwrotna. Na
ile bowiem dziś Wrocław jest miastem niemieckim,
gdy nawet jego hanzeatycka zabudowa
została odbudowana polskimi rękoma.
Ile pracy musieli włożyć w to miasto, będące
stertą gruzu, lwowianie przywiezieni z miasta
niedotkniętego zbytnio zniszczeniami wojennymi.
Niemcy sami wyburzyli część zabudowań
do utworzenia pasa startowego. Cały
paradoks polega na tym, że będący ruiną
na skutek działań sowieckich i niemieckich
Wrocław, stał się pięknym, czystym i kwitnącym
miastem, a niemal nietknięty w skali
zniszczeń wojennych Lwów, stał się brudną
i rozpadającą się ruiną. Nie dajmy więc sobie
wmówić, że jest odwrotnie.
Pozostała nam teraz walka o prawdę.
Nie można zgodzić się z tym, iż mniejsze,
zniszczone, zrabowane przez Sowietów ziemie
zachodnie, skąd Niemcy ewakuowali,
co się dało, były godnym ekwiwalentem
ziem wschodnich. Nie należy też pozwolić
na postawienie znaku równości między
nami a tymi, którzy pełnili rolę katów nad
naszym narodem. Kiedyś trzeba się oderwać
od bakcyla sowieckiej propagandy, który
wciąż w nas wydaje się żyć. Dla Polaków pod
koniec II wojny światowej było jasne, że nie
po to nie chcieliśmy się wyrzec Gdańska, by
tracić ogromną część wielkiego kraju. Dziś
przynajmniej sami nie powinniśmy na użytek
krajów zewnętrznych, pod pretekstem
niepsucia z nimi stosunków, uważać tego za
rzekomą sprawiedliwość dziejową. Unikajmy
zatem uproszczeń i zafałszowań, którymi
posługiwała się propaganda spod znaku
czerwonej gwiazdy. |
| str. 8 |
| Temat numeru: Polskie sierpnie i wrześnie |
| W interpretacji historii naszych czasów musimy wziąć pod uwagę wpływy tajnych stowarzyszeń i związków finansowych |
| Skąd się wziął hitlerowski nazizm |
| Bardzo często nie zdajemy sobie sprawy z tego, jaka była geneza hitleryzmu – ideologii, przez
którą ucierpiało tyle narodów, powstało tyle zła, spustoszeń moralnych i dóbr kultury. |
|
| Józef Bielawski |
Trudno jest nam pojąć, dlaczego był taki
przebieg wojny, a po jej zakończeniu
przywrócenie świetności gospodarczej
państwu niemieckiemu.
U początku leży Towarzystwo Thule, tajne
stowarzyszenie o orientacji rasistowskiej,
zorganizowane w 1910 roku w Monachium,
jako filia staropruskiej masonerii i Zakonu
Germanów. Nazwa pochodzi od mitycznej
wyspy Thule, która dla starożytnych Greków
była lądem najbardziej wysuniętym na
północ. Dlatego dla wyznawców nordyckich
kultów miało to istotne znaczenie w pochodzeniu
Arian, w tym Niemców oraz w tworzeniu
nazistowskich teorii – najwyższej rasy
ludzkiej. Rasistowska ideologii Towarzystwa
Thule była zatem mocno inspirowana ariozofią,
członka Zakonu Niemieckiego Guido
von Lista. Godłem Thule-Gesellschaft była
swastyka otoczona koroną promieni, leżąca
za nagim mieczem. Symbol swastyki
uważany był za wyraz nacjonalizmu i antysemickości,
a nade wszystko symbol Ariów.
W Towarzystwie Thule kierowano się gnozą,
snobizmem „elit” oddanych kultom tajemnym
(ezoterycznym), połączonymi z magią
okultystyczną i niemieckim spirytyzmem.
Satanistyczne nastawienie wśród członków
w Towarzystwie Thule mogło wynikać zapewne
z istnienia w wewnętrznych strukturach
Thule organizacji pod nazwami Zakon
Thule i Zakon Vril (Siła), inspirowanych
demonicznymi obrzędami.
W styczniu 1919 roku Anton Drexler
i Karl Harrer, członek Towarzystwa Thule,
założyli Niemiecką Partię Pracy (DAP).
W tym samym roku we wrześniu doszło
do spotkania w Alpach Adolfa Hitlera,
członka dwóch okultystycznych stowarzyszeń
– Thule oraz Vril – z założycielami DAP, by w listopadzie 1919 roku zostać
jej członkiem. W 1921 roku Adolf Hitler
przejął władzę w tej nazistowskiej partii
robotników, która od tego czasu nazywała
się Narodowo-Socjalistyczną Partią Robotniczą
Niemiec (NSDAP), a jej symbolem
stała się swastyka. W Thule, a także
w NSDAP zrzeszeni byli członkowie tajnych
służb i potężnych związków finansowych
oraz różnego rodzaju „macherzy”. Wśród
nich tacy przywódcy reżimu nazistowskiego
zwanego hitleryzmem, jak: Adolf Hitler, Rudolf
Höss, Alfred Rosenberg, Heinrich Himmler,
Hans Frank, Hermann Goering, Julius
Streicher, Jakub Borman i Adolf Eichmann.
Parteitag NSDAP w Norymberdze
W przyjętym postępowaniu Adolfa
Hitlera, jako przewodniczącego partii i następnie
kanclerza Trzeciej Rzeszy, główny
wpływ miały założenia doktryny ezoterycznej,
a nie – jak uważa się powszechnie – jego
„rzekome szaleństwo i niezrównoważenie”.
W tej doktrynie należy szukać takich posunięć
strategicznych, jak atak na Polskę,
ludobójstwo Słowian, a także Żydów i Cyganów
jako ofiar rytualnych. Istnieje ponadto
przypuszczenie, że będący we władzach
NSDAP: Heinrich Himmler, Hans Frank
Adolf Eichmann i inni wypełniali zlecenia
oczyszczenia narodu oczekującego na przyjście
Mesjasza z wpływów chrześcijańskich
i innych pogańskich „naleciałości”. Udzielone
wsparcie finansowe Hitlerowi było niezbędne
do wykonania zadania. Podczas procesu
przywódców hitlerowskich w Norymberdze
w latach 1945–1946, Alfred Rosenberg,
czołowy ich ideolog zawołał: Thule? Ależ to
wszystko stamtąd! Pouczenie tajne, któreśmy
mogli stamtąd zaczerpnąć, pomogło nam
więcej w dojściu do władzy niż dywizje SA
i SS. Ludzie, którzy założyli to stowarzyszenie,
byli prawdziwymi magami.
Aby właściwie interpretować historię
naszych czasów, musimy bezwzględnie
sięgać do „głębi” inspirowanych poczynań,
źródeł ich finansowania, a nade wszystko
poznawać wytyczne cele i zadania stawiane
„kreowanym przywódcom”. Przytoczone
fragmenty dziejów, związanych z genezą
nazizmu i hitleryzmu, przywołują różne
skojarzenia, sięgające czasów współczesnych.
Są zatem ideologie, finanse, struktury
oraz ludzie, którzy działają nie tylko jako
anty-Kościół, ale także wbrew człowiekowi,
jego cywilizacji i moralnym zasadom. Nie
służą prawdzie, dobru i pięknu świata. |
| str. 9 |
| Temat numeru: Polskie sierpnie i wrześnie |
| Sama Unia Europejska nie przeciwstawi się skutecznie Rosji, bo nie ma wspólnej polityki zagranicznej. |
| Jedyną gwarancją jest NATO |
|
|
| Rozmawiamy z prof. Wojciechem Roszkowskim, historykiem PAN, posłem do Parlamentu Europejskiego |
Czy sytuację, jaka zapanowała na
wschodnich terenach Europy, na Kaukazie
można porównać do tej, w jakiej znalazła się
Europa zachodnia i środkowa w 1939 roku?
Wszelkie porównania historyczne są
oczywiście zawodne, ponieważ można
w nich dostrzec zarówno wiele podobieństw,
jak i różnic, niemniej takie porównanie wydaje
się ciekawe i może prowadzić do różnych
wniosków. Dzisiejsza sytuacja na Kaukazie
przypomina nie tyle sam rok 1939, co
cały okres lat 30. ubiegłego stulecia. Nasuwa
się tutaj skojarzenie z Monachium, kiedy to
Niemcy żądały od Czechosłowacji Sudetów
zamieszkałych przez ludność niemiecką
w większości kreując histerią jakoby Niemców
Sudeckich spotykały krzywdy ze strony
rządu czechosłowackiego. Niemcy wtedy
żądały przyłączenia Sudetów do Rzeszy Niemieckiej,
na co państwa zachodnie wtedy się
zgodziły. Dzisiaj mamy nieco podobną sytuację,
jeśli chodzi o żądania Rosji wobec Osetii
i Abchazji. Są to tereny bezsprzecznie należące
do państwa gruzińskiego. Rosja rości sobie
jednak prawo do szczególnego interweniowania
w obronie rzekomo uciskanej ludności
zamieszkującej te tereny. Różnica jest taka, że
tutaj państwa zachodnie nie wyraziły żadnej
zgody na takie rosyjskie działania, natomiast
Rosja podjęła bezpośrednią akcję wojskową.
Czy w związku z tym porównanie Putina
do Hitlera jest usprawiedliwione?
Hitler stał się straszakiem, naczelnym
diabłem historii i porównywanie kogokolwiek
do Hitlera wydaje się najgorszą możliwą
obelgą. W związku z tym trzeba mieć
świadomość tak dalece idącego porównania.
Trzeba tutaj przypomnieć, że właśnie
takiego porównania dokonał nie kto inny,
tylko minister spraw zagranicznych Szwecji,
którego raczej trudno posądzać o „gorącą
głowę” i nadużycia słowne. Rzeczywiście
działania, jakie podejmuje premier Putin, są bardzo podobne do tych, jakie podejmował
Hitler w stosunku do Czechosłowacji.
Po wydarzeniach, jakie mają miejsce
na Kaukazie nasuwa się pytanie, czy Rosja
nie podejmie prób podobnych rozwiązań
w stosunku do innych krajów.
Tutaj w Parlamencie Europejskim miałem
sygnał od kolegów z Łotwy, że obserwuje
się wzmożone zainteresowanie mniejszością
rosyjską na Łotwie. Taka sytuacja może
być bardzo niebezpieczna. Jeśli zachód nie
zareaguje na to, co stało się w Gruzji, to będzie
to zachęta dla Rosji do stosowania trudnych
dzisiaj do sprecyzowania roszczeń do
członka Unii Europejskiej i członka NATO
Prof. Wojciech Roszkowski
Fot. http://www.roszkowski.pl
Czy Unia Europejska będzie w stanie
przeciwstawić się Rosji?
Obawiam się, że sama Unia nie, ponieważ
jest tworem, który nie ma wspólnej
polityki zagranicznej, o której się mówi.
Ponadto duże państwa unijne realizują własną
politykę, która zabezpiecza ich interesy.
W związku z tym nie należy spodziewać się
jakiejś skoordynowanej akcji ze strony Unii,
która byłaby rzeczywiście dotkliwa dla Rosji.
Natomiast, czym innym jest NATO, którego
członkami są państwa bałtyckie, a to pozwala
mieć nadzieję, że Rosja nie posunie się
zbyt daleko, bo to groziłoby otwartym konfliktem
z Sojuszem Północnoatlantyckim.
Można, zatem stwierdzić, że jedyną
gwarancją niepodległości i niezależności
od Rosji jest członkostwo w NATO.
Jestem o tym przekonany. Wydaje się ze
to, co dzieje się w Gruzji oraz logika rozwoju
polityki rosyjskiej wskazuje na to, że nie
ma innego wyjścia. Państwa, które wyrwały
się spod wpływów rosyjskich muszą i mogą
liczyć jedynie na Sojusz Północnoatlantycki.
Członkowie NATO jak dotąd nie zawodzili,
nawet jeśli nie byli zadowoleni z niektórych
akcji. Wyjątkiem jest wojna w Iraku, gdzie
Amerykanów nie poparło wiele krajów, ale
to były działania na zewnątrz Paktu. Natomiast
już w Afganistanie w wojnie biorą
udział liczne wojska sojuszników. Dotychczas
w 50-letniej historii Paktu Północnoatlantyckiego
żadne z państw członkowskich nie było
zaatakowane przez państwo trzecie i mam
nadzieję, że taka sytuacja się nie wydarzy.
Czy konflikt w Gruzji powinien być
ostatecznym argumentem dla przeciwników
tarczy antyrakietowej w Polsce?
Konflikt w Gruzji na pewno, ale również
oświadczenia strony rosyjskiej. Ze strony
polskiej nigdy nie mówiliśmy, że tarcza ma
nas chronić przed Rosją. W języku dyplomatycznym
była mowa o ochronie Polski
przed zagrożeniami. Natomiast ze strony
rosyjskiej usłyszeliśmy w trakcie rokowań,
że Polska będzie karana za te negocjacje
i ewentualny układ w ten sposób, że stanie
się priorytetowym celem rakiet rosyjskich.
Takie jest oficjalne stanowisko Rosji. A więc
czy nie mamy prawa zabezpieczać się przed
działaniami Rosji?
Remigiusz Malinowski |
| str. 10 |
| Temat numeru: Polskie sierpnie i wrześnie |
| Obchody rocznicy Powstania Warszawskiego to ważny element polskiej polityki historycznej |
| Pamięć godziny „W” po 64 latach |
| Na co dzień niezauważane, mijane w pośpiechu, nieprzykuwające uwagi swoją spokojną szarością,
tak nieprzystającą do dzisiejszej kolorowej, nowoczesnej stolicy – miejsca pamięci powstania
warszawskiego. Tego jednego, konkretnego dnia ożywają wszystkie, zakwitają białymi
i czerwonymi kwiatami, powiewają wstęgami w barwach miasta, a wieczorem migoczą światłem
zniczy zapalanych przez warszawiaków. |
|
| Katarzyna Kasjanowicz |
Ten 1 sierpnia, 64 lata później, już od
rana jest upalny i słoneczny. Wędruję
szlakiem mokotowskich miejsc
pamięci. Tych, które znajdują się na trasie
moich niegdyś częstych spacerów.
Choć minęła dopiero dziewiąta, tablice
i pomniki ozdobiły już wstęgi i pachnące
bukiety. Ulica Puławska jest jeszcze trochę
senna, jak zawsze o tej porze roku.
Ale przed parkiem im. Generała Orlicz-
Dreszera zatrzymuje się coraz więcej samochodów,
z których wychodzą dawni
powstańcy. Łagodni, uśmiechnięci, promieniejący
radością życia, uważnie, ale
dziarsko stawiający kroki, jakby na tych
parę godzin cofnęli się w czasie do lat
młodości zdominowanej przez wojnę.
W cieniu rozłożystych koron wysokich
drzew ustawiono rozkładane krzesła visa
przeciwko pomnika „Mokotów Walczący
1944”. Przy nim, w ostrym słońcu czuwa już
warta honorowa. Rozglądam się w poszukiwaniu
znajomych twarzy. Mieszkańców Mokotowa
przybywających na doroczną uroczystość
jest coraz więcej. Podniosły nastrój
narodowego święta przeplata się z atmosferą
wakacyjnego poranka pośród zieleni. Majestatyczne
konie z aksamitnymi grzywami,
służby mundurowe, harcerze, matki z dziećmi,
zwyczajni przechodnie i oczywiście oni,
siedzący na krzesłach w milczeniu – świadkowie
i uczestnicy tamtych dni, z biało-czerwonymi
opaskami na ramionach.
Moją uwagę przykuwa drobna dziewczyna
sadowiąca się na trawie.
– Ależ ja tu jestem pierwszy raz! W ogóle
od niedawna mieszkam w Warszawie – odpowiada mi na pytanie „Co tu robi?”. – Zawsze
chciałam wziąć udział w obchodach
powstania. Do tej pory oglądałam wszystko
w telewizji i żałowałam, że nie mogę przeżyć
tego osobiście. Pomyślałam sobie, że jeśli już
przyjadę do stolicy, to powinnam koniecznie
zacząć od świętowania 1 sierpnia.
Tablica upamiętniająca Powstańców Warszawy na cmentarzu wojskowym na Powązkach
Fot. Katarzyna Kasjanowicz
Oddać hołd, zamiast łowić ryby
Już przebrzmiały słowa uroczystych
przemówień żołnierzy Mokotowskich
Oddziałów Powstańczych oraz burmistrza
Mokotowa. Znicz pali się równym,
mocnym płomieniem pamięci. To koniec
rocznicowych obchodów w parku im.
Generała Orlicz-Dreszera. Uczestnicy
uroczystości formują kolumnę gotową
do przemarszu ulicą Puławską.
Na moment zostaje wstrzymany ruch
pojazdów, sprzedawcy z okolicznych
sklepów wychodzą na zewnątrz, patrzą
na milczący pochód, wymieniają się uwagami.
Do pewnego stopnia i oni oddają
hołd poległym mieszkańcom Mokotowa,
odrywając się od swoich zajęć.
Marsz kończy się przed pomnikiem pamięci
119. Pomordowanych Powstańców
przy ulicy Dworkowej. Tu, jak co roku, zostaje
przywołana w mocnych słowach tragedia
bezbronnych ludzi, rozstrzelanych
przez hitlerowców. Kiedy milknie salwa
honorowa, większość uczestników rozchodzi
się, ale wciąż wielu zostaje, aby zapalić
znicz lub w milczeniu zastanowić się nad
losem poległych. To głównie mieszkańcy
z małymi dziećmi, które chcą z bliska
obejrzeć pomnik i położyć kwiaty.
Pan Piotr i jego dwie kilkuletnie córki
to jedne z tych osób, które zostają jeszcze
chwilę przy miejscu pamięci.
– Staram się uczyć moje dzieci szacunku
dla historii Polski. Mnie wpajano ten szacunek
od najmłodszych lat. Bez lekcji mojego
ojca pewnie wolałbym siedzieć dzisiaj gdzieś
nad wodą i łowić ryby – wyjaśnia.
– Proszę spojrzeć, to tam jest oryginalne
wejście do kanału, przy którym rozstrzelano tych ludzi – jeden z kombatantów
wskazuje mi namalowane białą farbą ślady
stóp, prowadzące od pomnika do brązowej
pokrywy.
Warta honorowa pod pomnikiem „Mokotów Walczący 44”
Fot. Katarzyna Kasjanowicz
W milczeniu odchodzę kilkanaście
kroków i kucam, usiłując wyobrazić sobie
tamten dzień sprzed 64 lat. Kiedy unoszę
głowę, zauważam małego roześmianego
chłopca. Biegnie w kierunku włazu, wymachując
powstańczą chorągiewką.
Teraz żyjemy pełną piersią
Pani Hanna Stadnik, przewodnicząca
Zarządu Środowiska Żołnierzy AK
„Baszta”, w 1944 roku była młodziutką
dziewczyną. Kiedy jej konspiracyjna przeszłość
wyszła na jaw, została relegowana
z Uniwersytetu Warszawskiego, zaś wiele
lat później, dzieci pani Hanny w ogóle nie
dostały się na studia. Nigdy jednak nie żałowała
swojego udziału w powstaniu.
– Wiele razy zadawano mi pytanie,
czy było warto. Moim zdaniem, oczywiście,
tak! – stwierdza, energicznie kiwając
głową. – Obecnie żyjemy w wolnej Polsce,
chociaż skłóconej. Żałuję, że potrafimy
zjednoczyć się wyłącznie w obliczu dużego
nieszczęścia. A jeśli tylko możemy
stworzyć coś wielkiego, solidnego i żyć
uczciwie, wtedy okazuje, że jest to niemożliwe.
To dziś najbardziej mnie gnębi.
Mamy jednak wolność słowa, możemy
studiować bez ograniczeń i wyjeżdżać za
granicę – po prostu prowadzić normalne
życie, takie, jakie przystoi człowiekowi
wolnemu. Łatwiej będzie umierać w takiej
Polsce – dodaje z uśmiechem.
Pani Hanna oddaje hołd poległym
kolegom od 1946 roku. Dobrze pamięta
dawne problemy towarzyszące obchodom
dnia 1 sierpnia.
– Rokrocznie spotykaliśmy się w kościele
św. Michała Archanioła i na Powązkach.
Oczywiście, nie było wtedy dodatkowych
autobusów, zatem sami wędrowaliśmy kawał
drogi. Najpierw chodziłam z rodzicami,
później z mężem, wreszcie z dziećmi
– początkowo z jednym, potem jeszcze
z bliźniętami. A od dwudziestu lat chodzę
z wnuczkami. W pierwszych dziesięcioleciach
musieliśmy wszystko sami zorganizować,
kupić znicze i kwiaty za pieniądze
zaoszczędzone na ten cel. Składaliśmy wiązanki
nawet w tych miejscach, w których
nie było jeszcze ani tablic pamiątkowych,
ani pomników. Człowiek nigdy nie wiedział,
czy wróci do domu, czy go po drodze
zaaresztują. Wielu moich kolegów zginęło
jeszcze w 1945, 1946 i 1947 roku. Nawet
nie wiem, gdzie znajdują się ich groby. Od
dziewiętnastu lat w obchodach bardzo
pomaga nam państwo, co dla nas, starych
już ludzi, jest ogromnie cenne. Pamiętam
uroczystość odsłonięcia pomnika przed
Sejmem z udziałem Ojca Świętego. Jedna
pani zapytała mnie wtedy, czym dla nas jest
ten pomnik. Odparłam, że prawie przez 50
lat byliśmy „zaplutym karłem reakcji”, a teraz
żyjemy pełną piersią i jeszcze możemy
przekazać nasze doświadczenia młodym
Polakom.
Rodzinne święto
Pani Hanna dom lat swojej młodości
nazywa „miejscem otwartym”. Chętnie
podejmowała licznych gości i nie szczędziła
im powstańczych opowieści.
– Sama nie raz spotykałam się z prośbami
najbliższych: „Mamo, opowiedz,
jak to wtedy było”. I opowiadałam, bo to
był jedyny sposób przekazania tej wiedzy
młodym ludziom – wspomina. – Moje
wnuczęta zawsze bardzo silnie przeżywały
obchody powstania. Pierwszego sierpnia
na Powązkach przypominał dzień Wszystkich
Świętych. Ponieważ nie pracowałam,
starałam się przychodzić na cmentarz dwa
razy: raz przed południem i drugi, wieczorem,
już z mężem, kiedy płonęły wszystkie
światła. Dziś mam sześcioro wnucząt
i jednego prawnuczka. Tylko dwie wnuczki
mieszkają w Warszawie, reszta jest za
granicą. Ale do dzisiaj, właśnie pierwszego
sierpnia, moje wnuki zawsze do mnie
dzwonią i pytają, jak się czuję. Pamiętają
piękno naszego dawnego świętowania
i żałują, że teraz nie mogą uczestniczyć
w obchodach. Wiedzą, że należy obchodzić
nie tylko Boże Narodzenie i Wielkanoc,
ale także 1 sierpnia. Mój prawnuczek
ma dopiero rok. Pewnie już nie dożyję tego
czasu, w którym moglibyśmy pójść razem
na Powązki, ale wiem, że tradycja świętowania
zostanie mu przekazana – dodaje.
Pani Hanna pokazuje mi okolicznościową
monetę wydaną z okazji 55.
rocznicy wybuchu powstania. Podobnych
monet kupiła akurat tyle, by obdarzyć
nimi swoich najbliższych. Zrobiła
z nich medaliony, które będą przypominały
kolejnym pokoleniom w jej rodzinie
o 1 sierpnia sprzed wielu lat.
Ocalona, aby służyć ludziom
Pani Danuta Pawłowska, emerytowana
nauczycielka biologii, mieszkanka
Mokotowa, kilka dni temu skończyła 85 lat. Podczas powstania była łączniczką
w V Oddziale Komendy Głównej AK.
Sześćdziesiąt cztery lata temu, w dzień
swoich urodzin, z niecierpliwością oczekiwała
Godziny W.
Rokrocznie coraz więcej ludzi uczestniczy w obchodach upamiętniających wydarzenia z 44 roku.
Fot. Katarzyna Kasjanowicz
– Otrzymaliśmy tak zwane znaczki
tożsamości, czyli mały emblemacik, z
orzełkiem po jednej stronie i numerem,
pod którym byliśmy zarejestrowani pod
prawdziwym imieniem i nazwiskiem
oraz datą urodzenia, po drugiej– otrzymałam
numer 77, a mój kolega, Staszek,
także kurier, dostał 74. Wiedziałam, że
w Częstochowie miał narzeczoną i często
powtarzał: „Tak bardzo chciałbym
przeżyć”. Dlatego, gdy wyjaśnił, że dla
niego siódemka jest szczęśliwą liczbą
i zaproponował zamianę naszych numerków,
odparłam: „Oczywiście, masz.
Na mnie nikt nie czeka, bo jeszcze nie
mam chłopaka. Niech ci służy jak najlepiej”.
I proszę sobie wyobrazić, że ten
chłopiec zginął jako pierwszy z naszej
grupy. Nic mu nie pomogło – głos pani
Danuty drży. – Jak się o tym dowiedziałam,
wypłakałam chyba wszystkie łzy, za
całe powstanie. Bo później stałam się już
twarda. I tak sobie czasami myślę, czy ja
się powinnam z nim zamienić? Ale znowu
nie można wiązać takich zdarzeń…
Następnego dnia, 3 sierpnia, ja i koleżanka
musiałyśmy zanieść meldunki na
Wolę. Miałyśmy przebiegać przez Aleje
Jerozolimskie na wysokości Kruczej. Był
tam wyborowy strzelec niemiecki, na
doskonałej pozycji. Kiedy doszłyśmy do
miejsca, w którym mogłyśmy przebiec,
zdecydowałam, że pójdę pierwsza. Koleżanka
zaoponowała: „Ja mam meldunki,
więc ja idę pierwsza”. „Nie, ja”, upierałam
się. Koleżanka stwierdziła jednak, że jest
starsza, w związku z czym ma prawo wyboru.
Poprosiłam ją, by chociaż podzieliła
się ze mną meldunkami. Dziewczyna
przeżegnała się, pobiegła i tuż przy chodniku
padł strzał. Zginęła na miejscu. Dobrze,
że dała mi część tych meldunków.
Stałam roztrzęsiona, ale widziałam, że
muszę biec, więc też przeżegnałam się,
zebrałam w sobie i pędzę. Poślizgnęłam
się w kałuży krwi i w tym momencie kula
przeleciała nad moją głową. Gdybym się
nie poślizgnęła i nie pochyliła, leżałabym
obok niej. Tak się dla mnie zaczęło powstanie.
Kiedy się skończyło, powiedziałam,
że chyba żyję po to, aby dalej służyć
ludziom. No i tak jest do tej pory. Nie żal
mi czasu ani sił, bo póki Bóg daje życie,
trzeba pracować.
Pani Danuta opiekuje się osobami za
środowiska AK, którym choroba i wiek
odebrały już pełną sprawność.
Godzina W
Dochodzi godzina piętnasta, a autobus
linii 180 jest już pełny na odcinku
Muranowa. Nikt nie wysiada, ale też nikt
nie ma szans dostać się do środka. Nic
dziwnego, że koniec podróży w ten jeden
z najcieplejszych dni tegorocznego lata
to wielka ulga. Jeszcze tylko trzeba kupić
bukiet białych i czerwonych goździków,
a później można nareszcie zanurzyć się
w zieleń wojskowego cmentarza. Powietrze
lekko drży od upału i płonących już
gdzieniegdzie zniczy. Pośród gęstych,
wysokich drzew robi się duszno przed
nadchodzącą burzą, ale to nikogo nie
zniechęca. Niektóre twarze pamiętam
z ubiegłych lat, mam je uwiecznione na
fotografiach, innych już nie dostrzegam.
Oprócz oczywistych bohaterów tego dnia
i towarzyszących im rodzin zauważam
niemało starszych osób, ale także młodzieży.
Im bliżej godziny siedemnastej, tym
większy robi się tłok przy barierkach
tnących na skąpe kwadraty przestrzeń
w okolicy pomnika Gloria Victis. Niestety,
tylko nieliczni mogą znaleźć się najbliżej,
ale przecież głównie chodzi o samą obecność,
która w takich okolicznościach jest
najpiękniejszym uczestnictwem. Rodzice
uspokajają marudzące dzieci. Gdzieś obok
słyszę łagodny głos snujący rodzinną opowieść
o ciotecznej babci, która oddała
swoje życie podczas powstania. I w końcu
wszystko cichnie jak przed snem; urywają
się rozmowy. Wszyscy patrzą na zegarki.
Jeszcze dwie minuty, jeszcze minuta…
Zapada cisza, w powietrzu czuć napięcie
i wyczekiwanie, tak jak przed 64 laty…
Już. Przenikliwy jęk syreny zawsze wzbudza
we mnie dreszcz. I jak co roku radość
oraz poczucie dumy, że znowu jestem na
Powązkach o Godzinie W.
Odegranie hymnu i modlitwa ks.
Henryka Kietlińskiego za poległych dopełniają
ceremonii. Teraz można zapalić
światła symbolizujące naszą wiarę
w Zmartwychwstanie Pańskie i wiarę
każdego Polaka w zmartwychwstanie ojczyzny.
Niektórzy rozchodzą się powoli,
inni szukają grobów, na których co roku
składają kwiaty. To koniec rocznicowych
obchodów na warszawskich Powązkach.
Sześćdziesiąt cztery lata temu to był początek.
Wszystkiego: walki, cierpienia,
nadziei. |
| str. 13 |
| Męczennicy polscy czasu wojny |
| Wspólnym rysem polskich męczenników z okresu wojny jest heroizm wiary okazany w ekstremalnych warunkach |
| Oddali życie za sprawę Bożą |
| – Czy wiecie, co was czeka? – jeden z więźniów zapytał pięciu modlących się współwięźniów,
związanych z oratorium księży salezjanów w Poznaniu. Ci odpowiedzieli: – O tym, co nas czeka,
wie tylko Bóg. Jemu ufamy. Cokolwiek się stanie, będzie to Jego wola. |
|
| Piotr Chmieliński |
Czesław Jóźwiak, Edward Kaźmierski,
Franciszek Kęsy, Edward Klinik
i Jarogniew Wojciechowski, zwani
dzisiaj „poznańską piątką”, byli liderami
katolickich organizacji młodzieżowych.
Zostali aresztowani we wrześniu 1940
roku i osadzeni kolejno w różnych więzieniach,
gdzie poddawani rozlicznym
szykanom, odmawiali różaniec i odprawiali
nowenny przed ważnymi świętami
kościelnymi. Zgilotynowano ich 24 sierpnia
1942 roku na dziedzińcu więzienia
w Dreźnie.
Heroizm wiary
„Poznańska piątka” to członkowie
grupy 108 polskich męczenników II wojny
światowej, których beatyfikował Jan
Paweł II 13 czerwca 1999 roku w Warszawie.
Wspólny mianownik całej tej
grupy osób to heroizm wiary ukazany
w ekstremalnych warunkach wojennych.
Oczywiście, nie tylko oni oddali bohatersko
swoje życie w czasie II wojny światowej.
Trudno było jednak beatyfikować
wszystkich, tym bardziej że do beatyfikacji
wymagane są określone warunki.
Dlatego od początku procesu beatyfikacyjnego
w 1992 roku lista kandydatów aż
pięciokrotnie się zmieniała. Powiększała
się, a następnie była redukowana, kiedy
okazywało się, że w danych przypadkach
nie ma wystarczającego materiału
dowodowego na męczeństwo w rozumieniu
teologicznym. Nie wystarczy
bowiem jakiekolwiek
męczeństwo. Do wyniesienia
na ołtarze konieczne jest męczeństwo
za wiarę. „Jest to dobrowolne
i heroiczne przyjęcie
śmierci zadanej z nienawiści
do prawdy chrześcijańskiej,
w celu dania świadectwa, czyli
wykazania postawy wierności
w stosunku do prawdy objawionej
lub prawa Bożego. W
definicji męczeństwa zawarte
są więc trzy elementy: świadectwo,
śmierć i heroizm. Aby czyjąś
śmierć uznać za męczeństwo, musi być
ona przyjęta we właściwy sposób. W jej
ponoszeniu powinno się ujawniać męstwo,
a więc opanowanie strachu, rezygnacji
czy rozpaczy. Męczeństwo stanowi
bowiem heroiczny wymiar męstwa. Nie
jest to jednak postawa biernej rezygnacji
z życia. Zgoda na podjęcie śmierci musi
być nie tylko wyraźna, ale pełna i chętna,
gdyż na męczeństwo nikogo się nie skazuje”
– pisze ks. Jerzy Olszówka SDS na
stronie internetowej www.katolik.pl.
|
W naszym stuleciu wrócili męczennicy.
A są to często męczennicy
nieznani, jak gdyby nieznani żołnierze
wielkiej sprawy Bożej. Jeśli to
możliwe, ich świadectwa nie powinny
zostać zapomniane w Kościele.
Jan Paweł II, „Tertio millenio adveniente”
|
Do nieba nie pójdę sama
W grupie beatyfikowanych męczenników
za wiarę znaleźli się przedstawiciele
różnych stanów, zawodów,
powołań. Oczywiście, byli wśród nich
duchowni, diecezjalni i zakonni, którzy
woleli zginąć, niż zostawić swoją owczarnię.
Ale byli tam także świeccy, na przykład
teściowa, która oddała swoje życie
za synową w ciąży. Albo nauczycielka
z Poznania, żarliwa animatorka apostolatu
świeckich. Natalia Tułasiewicz, bo
o niej mowa, w 1943 roku dobrowolnie
wyjechała do Niemiec z transportem
deportowanych na przymusowe prace
kobiet, by podtrzymywać w nich wiarę
i miłość ojczyzny. Została za to aresztowana,
poddawana torturom i skazana na
śmierć w obozie Ravensbrück. Zginęła
31 marca 1945 roku, zresztą na krótko
przed wyzwoleniem obozu. W swoim
dzienniku duchowym pisała: „Moją
misją jest pokazać światu, że droga do
świętości przemierza także poprzez hałaśliwe
rynki i ulice, a nie tylko w klasztorach
czy w cichych rodzinach. Pragnę
świętości dla tysięcy dusz. I nie nastąpi
to, naprawdę nie nastąpi, że do nieba
pójdę sama. Tam chcę prowadzić po
mojej śmierci szeregi tych, którzy umrą
po mnie”.
Tablica upamiętniająca Powstańców Warszawy na cmentarzu wojskowym na Powązkach
Fot. Katarzyna Kasjanowicz
Inny beatyfikowany świecki, Franciszek
Stryjas, wzorowy ojciec rodziny
spod Kalisza, z powodu braku księży,
sam rozpoczął potajemne nauczanie
dzieci religii w okolicznych wioskach, aby
przygotować je do Pierwszej Komunii.
Fresk „Pochód 108 błogosławionych męczenników II wojny światowej” w kaplicy Muzeum Powstania Warszawskiego
Fot. Artur Stelmasiak
I za to został aresztowany, osadzony
w kaliskim więzieniu, gdzie zmarł po
dziesięciu dniach tortur.
Oni strzelali, on się modlił
Wśród męczenników dominują jednak
osoby duchowne, kapłani diecezjalni
oraz zakonnicy i zakonnice. Jest
na przykład bł. o. Alfons Maria Mazurek
OCD, przeor klasztoru karmelitów
bosych w Czernej koło Krakowa.
Mimo trudnych warunków okupacyjnych
klasztor normalnie funkcjonował
w czasie wojny. Przeor traktował wojnę
jako coś przejściowego i nie myślał o
kapitulacji. Latem 1944 roku Niemcy
zamordowali o. Mazurka. Strzelali mu
prosto w twarz. Wrzucali ziemię do
otwartych ust. O. Alfons wiedział, że
idzie na śmierć. Zanim opuścił klasztor,
modlił się przed Najświętszym
Sakramentem i przed słynącym z łask
obrazem Matki Bożej Szkaplerznej. A
w czasie, gdy do niego strzelali, modlił
się na różańcu.
Z kolei bł. brat Józef Zapłata ze Zgromadzenia
Braci Serca Jezusowego, 3 października
1939 roku, przy rewizji Domu
Arcybiskupa Poznańskiego, został aresztowany
przez gestapo i osadzony w Forcie
VII w Poznaniu. Stamtąd wywieziono
go do więzienia w Kazimierzu Biskupim,
a w końcu do obozu koncentracyjnego
w Dachau. Na dwa miesiące przed wyzwoleniem
obozu przez wojska alianckie,
na apel dowództwa obozowego, dobrowolnie
zgłosił się do pielęgnacji chorych
na tyfus plamisty. Oznaczało to pewną
śmierć. Wiedział, że tak się stanie, ale
przecież ktoś musiał pielęgnować chorych.
„Kto wszedł do tych bloków tyfusowych,
po zarażeniu się przechodził do
nieba jako męczennik z miłości ku Panu
Bogu i bliźnim” – mówił jeden z więźniów.
Decydując się na śmierć, brat Zapłata
wyraził intencję: o szczęśliwy powrót do
ojczyzny po wojnie Prymasa Polski, kard.
Augusta Hlonda. Brat Zapłata zmarł
19 lutego 1945 roku w Dachau, a jego ciało
zostało spalone w krematorium.
Niemcy szczególnie nienawidzili
osób duchownych. W życiorysach błogosławionych
jest wiele wręcz makabrycznych
przykładów tej nienawiści.
Na przykład o. Stanisław Kubista, werbista,
był więziony w Sachsenhausen.
Pewnego dnia do baraku blokowego
wszedł żołnierz niemiecki. Był to więzień
niemiecki, zresztą zawodowy przestępca,
który nie zaniedbywał żadnej
sposobności, aby dokuczyć księżom.
Z szatańską radością zbliżył się do o.
Kubisty i powiedział: „Już nie masz po
co żyć!”. Następnie stanął jedną nogą
na piersiach werbisty, drugą na gardle
i silnym naciskiem zmiażdżył kości klatki
piersiowej i gardła. Krótki charkot
i kapłan zmarł.
To oczywiście tylko kilka przykładów
ze 108 męczeńskich śmierci. W najtrudniejszym
momencie próby nie przestali
wyznawać swojej wiary w Chrystusa.
A wyznając wiarę, ściągnęli na siebie
śmierć. Ich świadectwo stało się dzięki
temu uniwersalne i ponadczasowe. |
| str. 15 |
| Męczennicy polscy czasu wojny |
| Był więziony w alei Szucha, a następnie w więzieniu na Pawiaku. Za to, że był kapłanem i chodził w sutannie,
odważnie głosząc Ewangelię, był nieustannie bity, kopany, torturowany i katowany |
| Dobry proboszcz na złe czasy |
| Wolał umrzeć, niż zgrzeszyć. Dlatego też gdy wybuchła wojna, do końca wytrwał
w powołaniu, służbie innym i głoszeniu prawdy. Jego heroizm przyniósł
mu śmierć, a męczeństwo – świętość. Taki właśnie był błogosławiony
ks. Zygmunt Sajna, proboszcz z Góry Kalwarii. |
|
| Artur Stelmasiak |
Był rok 1938. Kardynał Aleksander
Kakowski mianował na stanowisko
proboszcza i dziekana Góry Kalwarii
księdza Zygmunta Sajnę, doświadczonego
i doskonale wykształconego kapłana.
Zasłynął on podczas swojej pracy duszpasterskiej
w archikatedrze warszawskiej. Pomagał
wówczas stołecznej biedocie. Ubogim
parom udzielał ślubów, fundując obrączki,
a nawet skromne upominki.
Podobnie było w Górze Kalwarii, mieście
o wielkiej tradycji kościelnej, niegdyś
zwanym Nową Jerozolimą. Gorliwy kapłan
szybko zyskał sobie przychylność mieszkańców
miasta. Dał się poznać jako doskonały
spowiednik i kaznodzieja. Pomagał ubogim
i opiekował się młodzieżą, która – jak mówił
– jest przyszłością i nadzieją Kościoła.
1 września o godzinie 6 rano zawyła
syrena na miejskim ratuszu. Mieszkańcy
początkowo byli zdezorientowani, myśląc,
że w mieście wybuchł pożar. Dopiero około
południa wieść o wybuchu wojny oficjalnie
podało radio, a dzieci zostały zwolnione z
zajęć w pierwszy dzień nowego roku szkolnego.
Dodatkowo panikę wśród ludzi wzbudziły
samoloty Luftwaffe, które bombardowały
most na Wiśle koło pobliskiego
Czerska. Mieszkańcy Góry Kalwarii powoli
zaczęli zdawać sobie sprawę z niebezpieczeństwa,
które nadchodzi.
Wojska niemieckie wkroczyły do Góry
Kalwarii 8 września. Miasto nie było znaczącą
fortyfikacją, dlatego też w planach obronnych
Rzeczpospolitej nie była uwzględniana
jako punkt zaporowy na Wiśle. Miasto zostało
oddane prawie bez walki.
Kolejne dni września odsłaniały przed
mieszkańcami prawdziwe intencje okupanta.
– Pamiętam, jak niemieccy żołnierze
plądrowali nasz ogród. Przybiegł do nas sąsiad
i powiedział, że oni wyrywają drzewa
owocowe, aby gałęziami zamaskować swoje
czołgi i wozy bojowe. Gdy ojciec poszedł do
sadu, został na miejscu zastrzelony, a matce
nie pozwolono nawet zabrać ciała – wspomina
Edward Meseerszmit na łamach „Komunikatu”,
periodyku wydawanego przez
Towarzystwo Miłośników Góry Kalwarii
i Czerska.
Takich tragedii, jak ta, można byłoby
przytaczać dziesiątki. Pokazują one, że
Niemcy od pierwszych chwil okupacji nie
liczyli się z nikim, kto nie nosił swastyki na
ramieniu.
Tego roku Boże Narodzenie i Sylwestra
obchodzono w mieście bardzo skromnie.
Nabożeństwo w kościele musiało się zakończyć
przed godziną policyjną. Był to czas,
kiedy nie świętowano, ale raczej opłakiwano
tych, którzy nie powrócili z frontu lub z prac
przymusowych w głębi III Rzeszy.
Wolał umrzeć, niż zgrzeszyć
Mieszkańcy Góry Kalwarii powoli zaczęli
tracić nadzieję. W mieście nasilał się
okupacyjny terror i polityka zastraszania.
Niemcy odzierali ludzi z godności i człowieczeństwa.
Dlatego też w tym trudnym czasie
wielką rolę do odegrania miały Kościół i duchowieństwo.
Hart ducha i wielka wiara księdza Sajny
pozwoliły stanąć mu na wysokości zadania.
– Zapewniam was, w imię Boga Wszechmogącego,
iż przyjdzie czas, że smutek wasz
w radość się obróci. Najświętsza Dziewica
Maryja ma was w swojej opiece, nie upadajcie
na duchu, zaufajcie Jej – tymi słowami
w grudniu 1939 roku ksiądz Sajna podtrzymywał
na duchu parafian.
Kapłan doskonale wiedział, że za takie
kazania grozi mu aresztowanie, a nawet
śmierć. Był świadomy również tego, że nawet
osoby z najbliższego otoczenia donoszą
i mówią o jego działalności patriotycznej.
Mimo to był nieugięty, a konfidentom za
każdym razem wybaczał.
Sytuacja w mieście stawała się coraz
bardziej niebezpieczna. Mimo tego, gdy
zaproponowano proboszczowi ucieczkę,
odmówił. Twierdził, że mówi tylko prawdę
o godności człowieka, walce z ludobójstwem,
miłości do ojczyzny. Uznał, że jako kapłan
nie może opuścić parafii i nie pozwoli, aby
z jego przyczyny zostali rozstrzelani niewinni
ludzie. Proboszcz z Góry Kalwarii do
końca pozostał wierny słowom, które napisał
na swoim obrazku prymicyjnym: „Boże
mój, wolę raczej umrzeć, aniżeli zgrzeszyć”.
Błogosławiony męczennik
W styczniu 1940 roku sprawdził się czarny
scenariusz. Najpierw na ks. Sajnę nałożono areszt domowy. Nie mógł opuszczać mieszkania,
nie wolno mu było nawet chodzić do
kościoła, by pełnić posługę kapłańską. Mimo
tego nadal nie chciał uciekać, twierdząc, iż niczym
nie zawinił, a w kazaniach mówił jedynie
to, do czego został powołany.
Z aresztu domowego został przeniesiony
do koszar wojskowych, a następnie do
zakładu dla starców i paralityków w Górze
Kalwarii. I tu namawiano go do ucieczki, ale
ponownie stanowczo odmawiał.
W kwietniu 1940 roku przewieziono go
do Warszawy. Najpierw był więziony w alei
Szucha, a następnie w więzieniu na Pawiaku.
Za to, że był kapłanem i chodził w sutannie,
odważnie głosząc Ewangelię, był nieustannie
bity, kopany, torturowany i katowany.
Dowodem tego są relacje świadków i protokół
z ekshumacji.
W więzieniu na Pawiaku ksiądz Zygmunt
Sajna pocieszał braci, spowiadał,
zachęcał do modlitwy i nadziei. Udzielał
Komunii św., wykorzystując do tego hostie
dostarczone przez łączników z zewnątrz. Do
końca pozostał wierny swojemu kapłańskiemu
powołaniu. Gdy opuszczał celę, idąc na
śmierć, udzielił swoim współwięźniom błogosławieństwa,
za co dostał od gestapowca
kilka mocnych uderzeń pejczem.
Ksiądz Zygmunt Sajna wspólnie z grupą
200 więźniów został przewieziony do lasów
w Palmirach. Rankiem 17 września 1940
roku około 9 rano wszyscy zostali rozstrzelani.
Według Piotra Herbańskiego, który
obserwował egzekucję z ukrycia, kapłan wyróżniał
się z tłumu. Tuż przed wystrzałami
zdążył jeszcze uczynić znak krzyża.
W 1999 roku ksiądz Zygmunt Sajna
znalazł się w gronie 108 Błogosławionych
Męczenników II wojny światowej, których
wyniósł na ołtarze Jan Paweł II.
Parafialny skarb
Dziś ulica, przy której stoi kościół parafialny
w Górze Kalwarii pw. Niepokalanego
Poczęcia NMP, nosi imię księdza Zygmunta
Sajny, a kilkaset metrów dalej jest liceum
ogólnokształcące jego imienia. Pamięć o
nieugiętym proboszczu przetrwała.
– Żyją jeszcze ludzie, którzy go pamiętają.
Jednak jest ich coraz mniej – podkreśla
marianin, ksiądz Franciszek Smagorowicz z
Góry Kalwarii.
ks. Zygmunt Sajna
W kościele znajduje się obraz błogosławionego
oraz tablica upamiętniająca heroizm
przedwojennego kapłana. Mimo tego
ksiądz Smagorowicz MIC czuje pewien niedosyt.
Jego zdaniem kult błogosławionego
księdza Sajny powinien być bardziej rozwinięty
w mieście.
– Przecież nie każda parafia może się poszczycić
proboszczem, który został wyniesiony
na ołtarze. Błogosławiony, który jest
związany z naszym miastem, to prawdziwy
skarb, którego nie możemy zaprzepaścić
– podkreśla.
Wspomnienie 108 błogosławionych obchodzi
się liturgicznie 12 czerwca. Jednak ponad
setka ludzkich istnień ginie w tłumie.
– Gdy pierwszy raz wziąłem do ręki
publikację poświęconą 108 męczennikom,
to się trochę przeraziłem. Wielka „cegła” z
potężnym spisem treści. Taki tłum odstrasza
– wspomina Mateusz Środoń, który maluje
fresk 108 błogosławionych w kaplicy Muzeum
Powstania Warszawskiego. – Dopiero,
gdy zacząłem studiować każdą historię życia
z osobna, zobaczyłem, jak wielkim są skarbem
dla polskiego Kościoła. Myślę, że to zadanie
dla wspólnot lokalnych, skąd pochodzą
błogosławieni. Gdy pokażemy jednego z
nich osobno, opowiemy o tym, że mieszkał
tu, gdzie my i chodził tymi samymi ulicami.
Wówczas błogosławiony zacznie jawić się
jako ktoś żywy, wzór do naśladowania. Trzeba
jedynie pokazać, że ten błogosławiony
jest jednym z nas.
Kto pamięta o księdzu Sajnie?
Jednak czy przeciętny mieszkaniec Góry
Kalwarii wie dziś, kim był błogosławiony
ksiądz Sajna?
– Księdzem w naszej parafii, którego
zamordowali Niemcy – odpowiada przypadkowo
spotkana kobieta przed kościołem
Niepokalanego Poczęcia NMP. – A dlaczego
został ogłoszony błogosławionym? – pytam
dalej.
– Bo był dobry...? – niepewnie odpowiada
kobieta. Jednak tego, kiedy i gdzie zginął,
już nie wiedziała.
– Myślę, że przeciętny mieszkaniec Góry
Kalwarii wie, kim był ksiądz Sajna. Jednak ta
wiedza pozostawia wiele do życzenia – uważa
ksiądz Smagorowicz.
Zdaniem księdza Smagorowicza błogosławiony
ksiądz Sajna został w Górze
Kalwarii trochę zaniedbany i to także przez
parafię. Jednak bardzo wiele dobrego w jego
popularyzacji robi liceum ogólnokształcące
jego imienia.
– W każdą rocznicę śmierci ksiądz
Sajny 17 września mamy apel przed tablicą
jemu dedykowaną, a później jedziemy
do Palmir, aby pomodlić się przy grobie
naszego patrona. Po południu nasi goście
mogą zobaczyć część artystyczną
poświęconą naszemu patronowi – mówi
Bogdan Wrochna, dyrektor liceum.
Jego zdaniem ksiądz Sajna jest doskonałym
wzorem dla młodzieży. – Swoim
życiem pokazał, co to znaczy wiara, odpowiedzialność
i patriotyzm. Nadanie naszej
szkole jego imienia zobowiązuje. To
nie tylko oddawanie hołdu patronowi, ale
przede wszystkim jego naśladowanie. Dlatego
też nauczyciele i uczniowie powinni
być wierni zasadom i wartościom, którym
hołdował ksiądz Sajna. Bo on jest wzorem
nie tylko dla osób wierzących – podkreśla
Wrochna.
„Ksiądz Zygmunt Sajna – skromny,
wielkiego ducha, odważny, wierny zasadom,
oddał życie za prawdę” – takie słowa zostały
wyryte na tablicy, którą licealiści z Góry
Kalwarii mijają każdego dnia. – Nasz patron
przemawia do uczniów. W tym roku po
maturze widziałem, jak wdzięczni młodzi
składają kwiaty przed tablicą. To chyba najlepsze
świadectwo z ich strony, kim jest dla
nich ksiądz Sajna – uważa Wrochna. |
| str. 17 |
| Wobec wyzwań współczesności |
| Pojawiają się coraz to nowe scenariusze werbowania do sekt |
| Uważaj, kto i w jakim celu nazywa cię „uczniem Chrystusa” |
| Bycie uczniem Chrystusa Kościół w Polsce ogłosił w tym roku wiodącym motywem i celem ewangelizacji,
i życia chcrzescijańskiego. Tę niezwykle potrzebną formułę pogłębiania wiary podjęli
nie tylko nasi kapłani, czy prawdziwe wspólnoty katolickie, bo także ludzie i środowiska określające
się jako katolickie czy chrześcijańskie, a w rzeczywistości będące albo sektami, albo też
pełniące funkcje „naganiaczy” do sekt. |
|
| Jerzy Marlewski |
Bardzo obrazowo ilustruje to
w swojej książce „Życie wspólnoty
w świetle Słowa Bożego” (Kraków
2004) kapłan archidiecezji krakowskiej,
ks. Roman Pindel (zob. s. 21–24), demonstrując
metodę posługiwania się Słowem
Bożym w celach absolutnie sprzecznych
z wiarą katolicką i misją Kościoła. Oto
ważny fragment książki:
„Wyobraźmy sobie małą miejscowość
na zachodzie Europy na początku lat dziewięćdziesiątych,
w której pojawiają się
ręcznie zrobione plakaty. Przyklejono do
nich zdjęcia przedstawiające ruiny budynku
oraz żebrzące na ulicy dzieci. Na plakacie
umieszczono napis: ťCzy chcesz pomóc
tym dzieciom, które nie mają dachu
nad głową?Ť. Z plakatu można się również
dowiedzieć, że ruiny są domem dziecka,
który będzie odremontowany dla polskich
sierot. Można pomóc na wiele sposobów,
oddając na przykład niepotrzebne meble,
lodówkę, telewizor czy przekazując
pieniądze na odpowiednie konto. Można
także pomóc osobiście, wyjeżdżając tam
do pracy czasie wakacji.
Wielu młodych ludzi decyduje się
poświęcić swój wakacyjny czas dla ubogich
sierot i wyjeżdża. Zebrane wcześniej
pieniądze umożliwiają przedsięwzięcie.
Transportowane do Polski przedmioty
zostają przekazane do wiejskiej szkoły,
przedszkola czy gminy. Przybywający są
serdecznie witani, zwłaszcza gdy deklarują,
że chcą trochę posprzątać ulicę. Ruiny
wydają się takie same jak na zdjęciu. Młodzi
ludzie z Zachodu zaczynają banalne
prace, wieczorem natomiast odbywa się
rozmowa i padają pytania: Co tu robicie?,
Dla kogo?, Po co? Czy już kiedyś podejmowaliście
działania na rzecz obcych sobie
ludzi? Jeśli nie, to dlaczego? Należycie
do Kościoła katolickiego czy protestanckiego?
Dlaczego rodzice nie zaproponowali
wam nigdy zrobienia czegoś takiego?
Później uczestnicy wyjazdu dowiadują
się, że od tej pory zaczynają być
prawdziwymi uczniami Jezusa, który
mówił: „Cokolwiek uczyniliście jednemu
z tych najmniejszych, mnieście uczynili”
(Mt 25, 40). To jednak wiąże się z tym,
że prawdziwi uczniowie Jezusa są prześladowani.
Wmawia się tym młodym
ludziom, że jeżeli nikt ich do tej pory
nie prześladował, to znaczy, że nie byli
jeszcze uczniami Jezusa. Teraz natomiast
będą prześladowani nawet przez najbliższych.
Tak bowiem jest napisane w Biblii:
„Mnie prześladowali to i was będą prześladować”
(J 15,20), a nawet dokładniej:
„Ojciec przeciw synowi, a syn przeciw
ojcu; matka przeciw córce, a córka przeciw
matce; teściowa przeciw synowej,
a synowa przeciw teściowej” (Łk 12, 53).
Spotkania grupy trwają również po powrocie
do rodzinnego miasteczka, a nawet
stają coraz bardziej absorbujące. Młodzi
ludzie później wracają do domu, przebywają
w obcym dla rodziców towarzystwie.
Nie robią tego, co ich rówieśnicy,
a to wywołuje niepokój rodziców, którzy
starają się do nich dotrzeć. Kiedy nie dają
sobie rady, proszą o pomoc duchownego,
policjanta. Te pytania i rozmowy młodzi
ludzie odbierają jako potwierdzenie tego,
co mówili organizatorzy wyjazdu. Rzeczywiście,
wygląda to na prześladowanie,
a zatem są oni prawdziwymi uczniami Jezusa.
„Świat leży w mocy Złego” (1 J 5, 19),
a na pewno w jego mocy są ci, którzy ich
prześladują, a zatem rodzice, nauczyciel,
duchowny, koledzy.
To jeden z możliwych scenariuszy werbowania
młodych ludzi do sekty, tym razem
z użyciem „maski charytatywnej”. Zwerbowani
znaleźli grupę, która przynajmniej na
początku, wydaje się zaspokajać ich potrzeby
i wyobrażenia o wspólnocie. Mogą być
wręcz przekonani, że są jedną na świecie
prawdziwą wspólnotą Jezusa, a także bardzo
szczęśliwi, zwłaszcza gdy relacje w rodzinie
nie układały się najlepiej i dopiero
w tej grupie czują się kochani, rozumiani,
zaakceptowani. Rozczarowanie, pustka,
a niekiedy destrukcyjne działanie takiej
grupy może pojawić się później”.
Komentarz zbyteczny. Natomiast
chcę podkreślić tylko jedno – owo kryterium
absolutnej wiarogodności katolickiej
wspólnoty z „prawdziwego”
Kościoła. Otóż „maska cierpienia” to
równie wielka pułapka jak „maska charytatywności”.
Owszem, nie ma chrześcijaństwa
bez Chrystusowego krzyża, ale
nie każdy krzyż, którego doświadczamy,
jest Chrystusowy. Dlatego nie dajmy się
oszukiwać tak fałszywym miłosierdziem,
a także fałszywą interpretacją religijną
prześladowania i cierpienia. |
| str. 18 |
| Wobec wyzwań współczesności |
| Współczesny człowiek w imię wolności i równości dąży do całkowitego odrzucenia wartościowania, pluralizmu i
relatywizmu we wszystkich sferach życia. |
| Deficyt sensu |
| Czego poszukuje współczesny człowiek? Doraźnych i szybkich rozwiązań. Liczy się efekt i możliwie
niski koszt jego uzyskania. Za czym wytrwale goni? Za szczęściem rozumianym jako możliwie
trwałe zadowolenie z życia. Co jest motorem jego działania? Nienasycenie, brak satysfakcji
z obecnego stanu, deficyt sensu. |
|
| Katarzyna Ćwik |
Do dzisiejszej rzeczywistości – komercyjnej
i powierzchownej – dopasowuje
się postawa hedonistyczna,
nastawiona na zaspakajanie doraźnych
potrzeb i zapewnianie możliwie najwięcej
przyjemności. O jakie przyjemności zabiegać
najbardziej, które wybierać – o tym
decyduje się samemu, zależnie od indywidualnych
upodobań. Nie ma hierarchii
wyższe–niższe.
O ile nie każdy ateista musi być od razu
hedonistą, o tyle dzisiejszy hedonista niemal
zawsze jest jednocześnie ateistą. Wiarę
i uczestnictwo we wspólnocie religijnej
odrzuca jako zbyt wymagające, a przede
wszystkim ograniczające i krępujące jego
wolność korzystania z życia i czerpania
z niego radości. W imię wolności i równości
ogłasza się całkowity, pozbawiony
wszelkiego wartościowania pluralizm
i relatywizm we wszystkich sferach życia.
Pochwała wielości, różnorodności i nieskrępowanego
poszukiwania, popularna
i strywializowana wersja postmodernistycznych
manifestów, świadomie lub nie,
wdarła się i opanowała współczesną mentalność
i światopogląd epoki.
Nowy – stary przepis na życie szczęśliwe
W wielobarwnym, zachłyśniętym sobą
świecie hipermarketów coraz mniej miejsca
na głęboką, kontemplacyjną duchowość, rozumianą
jako wewnętrzną świadomość porządku
wartości. Ulega ona zanikowi bądź
wypaczeniu. Obok postawy ateistycznej,
negującej Boga i transcendentny wymiar
ludzkiej egzystencji, nastawionej tylko na tu
i teraz, szukającej swojego miejsca w świecie
takim, jakim on jest, zagrożeniem dla tej
„właściwej” duchowości są nowe ruchy religijne
spod znaku New Age. Ideologia New
Age sięga znacznie dalej niż w XX wiek,
przeżyła jednak swoje odrodzenie począwszy
od lat 60. XX wieku, kiedy to ogłoszono
nadejście „Ery Wodnika”, która ma wyprzeć
„Erę Ryb”, czyli chrześcijaństwa. Era Ryb
zdaniem myślicieli z kręgu New Age usankcjonowała
na świecie jednostronny, dyskryminujący
porządek: patriarchat, etnocentryzm,
kartezjański dualizm, newtonowską
fizykę, oraz zabsolutyzowała rozum. Nie
udało się też uniknąć wojen światowych,
totalitaryzmów ani nie wyeliminowano
nierówności społecznych. Harmonia i ład
wszechświata zostały zaburzone, a zwolennicy
Nowej Ery chcą tę harmonię i właściwy
porządek odnaleźć. Ich przekonania, sposób
funkcjonowania, cele, jakie chcą osiągnąć,
i metody, które mają im w tym pomóc, stoją
w oczywistej sprzeczności z religią i wartościami
chrześcijańskimi.
Nie ma w wykładni New Age Boga
transcendentalnego, nie ma też koncepcji
zbawienia po śmierci. Bóstwem staje się
uduchowiony wszechświat, Kosmos pełen
sprzyjających człowiekowi istot, noszący
w sobie ukryty, doskonały porządek. Związani
z ruchem Nowej Ery dążą do jedności
z wszechświatem, stąd tak powszechne
u nich zainteresowanie ekologią, astrologią,
medycyną alternatywną, wegetarianizm.
Czasem przybiera to formę neopoganizmu
– kultu Gai – ziemi jako boskiej, nieustannie
rozwijającej się, czującej istoty, odrzucenie nowoczesnych technologii, powrót do prymitywnych
rytuałów mających odnowić
kontakt z wszechświatem. Na poziomie
teoretycznym odrzuca się zwykle koncepcję
obiektywnej prawdy czy też jednego właściwego
zestawu metod i praktyk mających
doprowadzić do osiągnięcia stanu harmonii
z sobą, innymi, naturą. To miejsce zajmuje
jest synkretyzm zarówno w sferze metod,
jak i zaplecza teoretycznego – swobodne
czerpanie z rozmaitych odłamów religijnych
i branie z nich wybranych elementów
na własne potrzeby. Wszystko, co służy osiągnięciu
głównego celu, jakim jest szczęście
rozumiane jako harmonijne współbycie
z wszechświatem, odkrycie jego wewnętrznego
ładu i swojego w nim miejsca, jest dobre.
Często przybiera to formę duchowości
instant – pokaż mi, co mam robić, jak medytować,
jak się odżywiać, w jakich praktykach
uczestniczyć i czyje pisma czytać, żebym jak
najszybciej osiągnął stan harmonii, samozadowolenia,
odkrył źródła życiowej energii
i własnego potencjału. Ponieważ liczy się tu
i teraz, zachęca się, aby zamiast zbawienia
każdy własnymi siłami lub z pomocą duchowego
przewodnika osiągnął zadowolenie
i odnalazł sens, przenikając kosmiczny
porządek i odkrywając siebie zjednoczonego
z ubóstwionym, panteistycznym wszechświatem.
Swoiste „samozbawienie” jest na
wyciągnięcie ręki!
Duchowość urynkowiona
Współczesny człowiek jest bezsilnym
świadkiem procesu coraz głębszego przenikania
praw gospodarki rynkowej, z naczelną
zasadą konkurencji, do wszystkich dziedzin
ludzkiej aktywności. Na plan pierwszy
wysuwa się kryterium opłacalności i zysku.
Wydaje się takie książki, które znajdą odpowiednią
liczbę nabywców, w telewizji
nadaje się całymi dniami teleturnieje i seriale, bo znajdują rzesze stałych odbiorców,
sklepy pękają od bezużytecznych gadżetów,
chińskich bubli i głupawych pisemek,
bo świetnie się to sprzedaje. Mnożą się
fast-foody i multikina, kwitną galerie handlowe
i parki rozrywki, bo ciągnie do nich
masowy odbiorca. Dlaczego tak trudno
zaistnieć ofertom kultury wysokiej, Sztuce
przez duże S? Dlatego że klasyfikowanie
rzeczy pod względem jakości, hierarchizowanie
zgodnie z pewnym obiektywnym
kryterium wartości straciło rację bytu. Wobec
zaniku obiektywnych wyznaczników
tego, co lepsze lub gorsze, wszystkie oferty
okazały się jednakowo dobre. Nie ma
znaczenia, że jeden wybierze najnowszą
„strzelankę” na PlayStation, a drugi pójdzie
na koncert do filharmonii. Zniknęła wertykalna
perspektywa, a w jej miejscu pojawiła
się horyzontalna. Świat stał się centrum
handlowo-usługowym, dostarczającym
ogromne ilości przeróżnych towarów. Za
ich selekcję odpowiadają jedynie mechanizmy
konkurencji. Atrakcyjność, opakowanie,
dostępność, niska cena czy dobra
kampania reklamowa to jedyne czynniki,
które zdolne są wpłynąć na wybór klienta
i sprawić, że produkt odniesie komercyjny
sukces, spychając towary konkurencyjne
na niższą półkę. Jeśli próbować wskazywać
na marność pewnych rzeczy, uświadamiać,
dlaczego warto zabiegać o coś zupełnie innego,
natychmiast zostanie się oskarżonym
o dyktatorską chęć narzucenia innym swojej
koncepcji dobra, wartości, prawdy i dyskryminowanie
innych. To z monopolem
na prawdę i sens walczyli postmoderniści,
postulując wolność, wielość możliwych
rozwiązań, postaw i dróg oraz tolerancję.
I czym te wartości stały się dzisiaj? Wolność
oznacza całkowitą dowolność, którą
cechuje impuls i przypadkowość, a równość
i tolerancja bezwarunkową akceptację
odmiennych upodobań i wyborów.
Nawet wartości wyższe zdają się trafiać do hiperketu
Choć może trudno w to uwierzyć, podobne
mechanizmy i relacje można zaobserwować
w sferze duchowości. Potrzeba
duchowości, poszukiwania sensu życia jest
ogromna, łatwo dostrzec dziś wyraźne religijne
ożywienie. Coraz częściej jednak
próby wypełnienia duchowej pustki przybierają
karykaturalne formy. Tak jak po zażyciu
tabletki oczekuje się natychmiastowej
ulgi. Modelową ilustracją takiego podejścia
mogą być Stany Zjednoczone, gdzie każdego
roku powstają setki nowych kościołów
nienależących do powszechnych wyznań
– więcej niż różnego rodzaju organizacji
czy stowarzyszeń. Amerykanie zwykle nie
są jednak zainteresowani rozwojem duchowym
pojętym jako formacja, rozłożony
w czasie proces, wymagający determinacji,
skupienia i wytrwałości. Szukają rozwiązań
prostych i atrakcyjnych, recepty czy poradnika
w rodzaju „Dziesięć sposobów na
osiągnięcie harmonii duchowej”. Tego typu
przewodniki, jak również wszelkie zbiory
praktyk medytacyjnych, oczyszczających
naparów, podręczników astrologii czy płyt
z muzyką relaksacyjną kupowane są masowo
i sprzedają się tam lepiej niż jakakolwiek
inna literatura branżowa. Każda droga, jeśli
tylko skuteczna, jest przecież dobra. Możemy
wybierać. Ponadto istnieje w Stanach
mnóstwo telewizji czy stacji radiowych podejmujących
wyłącznie tematykę religijną,
a przedstawiciele poszczególnych wyznań
uważani za mistrzów duchowych funkcjonują
w sferze publicznej jako gwiazdy
popkultury. Sfera duchowości została skomercjalizowana.
Szybko i bez większego
wysiłku, wystarczy kupić, zaprenumerować,
pójść na spotkanie.
Znak sprzeciwu
Kościół katolicki postrzegany jest dzisiaj
często jako instytucja zachowawcza
i anachroniczna; jako taka, która nie potrafi
dostosować się do nowych trendów, do
potrzeb młodych ludzi, żyjących w epoce,
w której wszystko wolno. Wiarę chrześcijańską
uważa się za zbyt wymagającą, niedostosowaną
do współczesnych realiów.
Nowe ruchy religijne swobodnie czerpią
z różnych kultur i tradycji, dostosowują się
często do mód i tendencji, oferują szczęście
w kuszącym opakowaniu. Brak głębi
i trwałych fundamentów powoduje, że sens
gdzieś umyka, a poczucie pustki ciągle powraca.
Kościół katolicki nie dał się wciągnąć
w relację klient–sprzedawca, który próbuje
zwabić kupującego marketingowymi zabiegami.
Nie rozstawił obok innych swojego
kramu z towarami, nie wszedł w absurdalną
rywalizację o wyznawców. Nie nagiął
się i nie zmienił stanowiska, reguł i zasad
funkcjonowania. Pozostał ostoją trwałych,
niezmiennych wartości, stojących na straży
człowieczeństwa i społecznego ładu. Dzięki
tym stałym definicjom dobra, sprawiedliwości,
prawdy, duchowego piękna i miłości
bliźniego wierny może odnaleźć istotę
i sens własnego życia, drogowskaz postępowania.
Natomiast postawa relatywistyczna,
nastawiona na konsumowanie i chwilowe
zadowolenie, wyklucza znalezienie trwałego
sensu własnej egzystencji.
Autorka jest studentką filozofii na Uniwersytecie
Jagiellońskim. Zajmuje się analizą przemian we
współczesnej kulturze i przestrzeni społecznej. |
| str. 20 |
| Wobec wyzwań współczesności |
| Współczesność to królestwo reklamy. Dziś wszystko stało się jej przedmiotem, nie ma też dla niej żadnego tabu |
| Granice wolności w królestwie reklamy |
| Kampania reklamowa, która budzi dużo emocji. Oczywiście, nigdy nie jest tak, że te emocje wywołuje
u wszystkich, jednak bywa tak, że znajduje się spora grupa ludzi, która jest daną kampanią
oburzona czy poruszona. |
|
| Anna Walas |
Na wiosnę zawisły w Warszawie
plakaty przedstawiające rozmodloną
dziewczynę trzymającą
w rękach różaniec. Towarzyszyło im hasło
Virginity. Tej konkretnej kampanii
reklamowej poświęcono sporo uwagi
w mediach, między innymi „Tygodnik
Powszechny” pisał o niej w kilku numerach.
To kampania firmy produkującej
ubrania dla młodzieży. Trudno oprzeć
się wrażeniu, że ta firma reklamuje
swoje produkty, szydząc z modlitwy i
czystości. Jestem za wolnością słowa,
jednak mam z tą reklamą problem. Jestem
pewna, że przekracza jakąś granicę,
jednak granica ta jest nieuchwytna
i nie potrafię jej nazwać. Dodatkowo
budzi mój sprzeciw fakt, że ta marka
kieruje swoje produkty do młodzieży,
w moim odczuciu głównie tej w wieku
gimnazjalnym, a to przecież czas, kiedy
młodzi ludzie sprawdzają granice.
A taka reklama pokazuje im, że można
sprofanować sacrum i że taka profanacja
może być zabawna i atrakcyjna.
Przedstawiciele House of Colors przekonywali,
że reklama w swoim założeniu
miała być rodzaju reklamą społeczną.
„Czyżby ochrona dziewictwa była
takim niepokojącym tematem?” – pytali
jej twórcy. Jasne jest, że nie o ochronę
dziewictwa chodziło. Hasła typu „Pokój
dziewic. Jak pukać, to palcem!”, „Niech
wzorem będzie dla ciebie zakonnica z
najbliższej parafii” czy zbieranie podpisów
pod „obywatelskim” projektem
ustawy „O promocji dziewictwa i miłości
czystej na 69 sposobów” (w myśl
którego państwo polskie będzie wypłacać miesięczne świadczenie rentowe
w wysokości 1 tysiąca złotych wszystkim
tym, którzy zachowają dziewictwo,
za każdy miesiąc powyżej osiemnastego
roku życia) bynajmniej nie miały na celu
propagowania życia w czystości. Taka
reklama może urazić uczucia religijne
i co do tego trudno mieć wątpliwości.
Potwierdza to fakt, że w ciągu miesiąca
do Rady Reklamy wpłynęło 300 skarg
skierowanych przeciw niej, a było to
dwukrotnie więcej niż wszystkie reklamy
w ubiegłym roku. Mimo to reklama
House of Colors budzi mój sprzeciw,
trudno jasno powiedzieć, jakie należałoby
podjąć w stosunku do niej kroki.
A jest to problem dotyczący wielu reklam,
nie tylko tej jednej.
Reklama francuskiego domu mody Marithé and François Girbaud.
Szacunek wobec człowieka
Przede wszystkim problem dotyczy
reklam pełnych agresji i brutalnych. Zalicza
się do nich plakat reklamujący film
„Piła”, który przez długi czas można było
oglądać w warszawskim metrze. Patrząc
na niego, z przerażeniem myślałam
o dzieciach, które literują hasło „Zasady
można łamać, tak jak ludzi”. Przemoc
w reklamie jest tym, co budzi mój największy
sprzeciw. Wydaje mi się, że są
pewne rzeczy, które nie powinny być
w reklamie dopuszczalne, i że powinno
to wypływać z szacunku do drugiego
człowieka, z szacunku do jego wrażliwości
i przekonań. To nie znaczy, że
należy wprowadzić do reklamy cenzurę
obyczajową. Nie miałoby to sensu.
Nie da się jasno wytyczyć zasad,
co można, a czego nie można. Kodeks
Etyki Reklamy wprawdzie określa,
co jest dopuszczalne, a co nieetyczne
w przekazie reklamowym, jednak czynito na poziomie bardzo ogólnym. Zawiera
przepisy, które zakazują dyskryminacji
w reklamie w szczególności ze względu
na rasę, przekonania religijne, płeć
czy narodowość, używania elementów
zachęcających do aktów przemocy czy
nadużywania zaufania odbiorcy, jego
braku doświadczenia lub wiedzy. Mówi
też, że reklamy skierowane do dzieci lub
młodzieży muszą uwzględniać stopień
ich rozwoju oraz nie mogą zagrażać ich
fizycznemu, psychicznemu lub moralnemu
dalszemu rozwojowi. Trudno te
postulaty przełożyć na konkret. Coś,
co dla jednego będzie przejawem dyskryminacji,
dla drugiego nie musi nim
być. Wydawałoby się, że sam szacunek
dla wyznawanych przez ludzi przekonań
powinien wystarczyć. Jednak, jak widać,
tak nie jest.
Nie chcę tu czynić z reklamy demona.
Sama w sobie nie jest przecież
niczym złym. Zdarzają się reklamowe
dzieła sztuki, jak np. secesyjna reklama
papierosów autorstwa Alfonsa Muchy
(choć reklamowanie produktów takich
jak papierosy też jest etycznie wątpliwe).
Reklamodawcy finansują różne formy
działalności kulturalnej i sportowej.
Z reklamy utrzymują się prasa, radio,
telewizja. Reklama może być zaangażowana
społecznie, może kształtować postawy.
Przykładem takiego marketingu
społecznie zaangażowanego są niektóre
z reklam Benettona szerzące ideę tolerancji
i równości ludzi różnych ras. Nawet
w bardziej prozaicznej materii, takiej
jak zmiana standardów higieny osobistej,
reklama okazuje się pomocna.
Jednak niesie też ze sobą różne zagrożenia.
Przede wszystkim rozbudza
potrzebę konsumowania. Tworzy nowe,
sztuczne potrzeby, które chcemy zaspokajać.
Reklama często jest manipulacją
przekonaniami i emocjami odbiorcy.
Duże wątpliwości cały czas budzi wykorzystywanie
w reklamie bodźców podprogowych,
choć, jak wykazali naukowcy,
reklama podprogowa wcale nie jest
skuteczna.
Reklamodawcy nie raz przekraczali
granice dobrego smaku i przyzwoitości,
by uczynić swój produkt bardziej pożądanym.
W historii reklamy zdarzały się
nawet sytuacje, gdy wykorzystywano
ludzkie nieszczęścia. Przykładem może
być tu kilka amerykańskich spotów reklamowych,
zachęcających do kupienia
pieluszek, środków kosmetycznych i zabawek,
w których wykorzystano dzieci
z wodogłowiem. Firmy zdecydowały się
na taki krok, ponieważ chciały wzmóc
efekt wywoływany przez pokazywane
w reklamach dzieci lub zwierzęta, na
które większość ludzi reaguje serdecznością,
a nawet zachwytem. Czoło dziecka
z wodogłowiem jest jeszcze bardziej
wysklepione, a głowa większa i bardziej
okrągła. Okazało się, że skuteczność takiej
reklamy znacznie wzrosła. Jednak
uznano, że wykorzystywanie ludzkiej
ułomności do powiększenia zysków jest
nieetyczne i zakazano takich reklam.
„10 lat pasji” – reklama przygotowana na 10-lecie Sony Playstation. Wywołała głośne protesty ze strony Watykanu.
Szok gwarancją wysokiej sprzedaży
Okazuje się jednak, że zakazanie
pewnych nieetycznych technik skutkuje
szukaniem innych – takich, które okażą
się skuteczne. To, czy będą etyczne, jest
zdecydowanie mniej ważne. Istotne, by
nie były zakazane.
Jedną z metod stosowanych w reklamie
jest szokowanie. Ten typ reklamy
Anglicy nazywają shockvertising. Wykorzystuje
ona motywy powszechnie uważane
za ryzykowne, budzące niesmak.
Dlatego często wykorzystuje się w nich
temat seksu, przemocy i religii. Oczywiście,
ich celem jest zwrócenie uwagi
na produkt. Przykładem takiej reklamy
są wspomniane na początku dwie kampanie.
Sprzeciw przeciwko publikowaniu
takich reklam okazuje się elementem
strategii reklamowej. Dzięki temu
o reklamie jest głośniej, mówi się o niej
w telewizji, pisze w prasie, rozmawia ze
znajomymi, internauci rozsyłają ją sobie
nawzajem. Jest w związku z tym efektywna.
Tylko żeby zaszokować, trzeba
za każdym razem użyć czegoś nowego,
trzeba przekraczać kolejne granice, bo
to, co już było, nie szokuje.
Często reklama wykorzystuje środki
pozaracjonalne, takie jak popęd seksualny.
Kanadyjski socjolog, Wilson Bryn
Key, uważał, że twórcy reklam niezwykle
podstępnie umieszczają w różnych
obrazach obiekty seksualne. Wywołują
w ten sposób emocjonalne pobudzenie,
wyrażające się przez specyficzny
niepokój, którego można się pozbyć,
kupując reklamowany produkt. Mogą
wywoływać też specyficzną przyjemność,
którą czerpie się z patrzenia na
obiekt seksualny, ukryty w reklamowanym
produkcie. Odczucie przyjemności
przenosi się na reklamowany produkt,
co skutkuje dokonaniem zakupu. Key
w reklamowanych produktach, niczym
Freud w marzeniach sennych, dopatrywał
się męskich i żeńskich organów
płciowych. Widział je w kostkach lodu,
w dymie papierosowym, w butelce Pepsi.
Jego poglądów nie podzielali jednak
inni uczeni, zarzucali im brak naukowości
i w rezultacie Key stracił posadę
na uniwersytecie. Jednak wcześniej jego
koncepcja zyskała popularność, zdołał
nawet zbić na niej fortunę.
Jak się skutecznie bronić?
Obserwując dzisiejszą reklamę, trudno
byłoby powiedzieć, że Key zupełnie
się mylił. Motyw seksualny jest chyba
najczęściej wykorzystywanym motywem
w reklamie, nieważne, czego reklama dotyczy.
Występuje on w reklamach firm
odzieżowych, perfum, samochodów,
alkoholu, czekoladek, a nawet sprzętu
AGD. Niewątpliwie erotyka przyciąga
uwagę. Główny problem z reklamami
odwołującymi się do skojarzeń seksualnych
leży w tym, że są często seksistowskie.
Na przykład firma odzieżowa Tally
Weijl zdecydowała się ubrać pracownice
swoich sklepów w koszulki z napisem
„bitch” (suka). Z kolei Tom Ford reklamował
perfumy dla mężczyzn za pomocą
zdjęć przedstawiających różne części ciała
kobiety zakryte jedynie flakonem perfum.
Najbardziej kontrowersyjne przedstawiało
krocze kobiety zasłonięte tylko
buteleczką perfum reklamowanej marki.
Reklamę uznano za obsceniczną i najbardziej
cenione męskie magazyny takie
jak Mens Vogue czy GQ nie zgadzały się
jej publikować. Jednak ze względu na to
mówiło się o niej więcej, niż gdyby została
opublikowana. Kolejnym przykładem
wykorzystywania motywu seksu, a do
tego przemocy, są opublikowane w 2007
roku zdjęcia reklamowe ekskluzywnej
marki Dolce&Gabbana, przedstawiające
leżącą na ziemi modelkę w kostiumie kąpielowym
otoczoną przez grupę obojętnie
patrzących mężczyzn. Jeden z nich
trzyma ją za nadgarstek. Kampania musiała
zostać wycofana z mediów, bowiem
uznano, że sugeruje scenę zbiorowego
gwałtu. Nieprawdopodobne i przerażające
jest to, że odwołanie się do przemocy,
w tym przypadku, żeby było jeszcze
ostrzej, do przemocy i seksu, okazuje się
skutecznym chwytem marketingowym.
Jeszcze więcej kontrowersji wzbudzają
reklamy łączące motyw erotyczny
z religijnym. W Mediolanie
zakazano kiedyś rozpowszechniania
plakatów reklamujących jeden z domów
mody, ponieważ przedstawiały
„uwspółcześnioną” wersję „Ostatniej
wieczerzy” Leonarda da Vinci. Na
zdjęciu zamiast Chrystusa i apostołów
widać było pięknie ubrane flirtujące ze
sobą kobiety. Swoją decyzję radni Mediolanu
tłumaczyli brakiem poszanowania
przez ową reklamę tradycyjnych
wartości. Jak widać, podjęcie takich
decyzji jest możliwe, a podejmowane
bywają nawet w stolicy mody.
Jedne z obrazoburczych plakatów kampanii reklamowej firmy Virginity
Jak reagować na reklamy, które godzą w wartości?
Czy należy pozostać wobec nich
obojętnym, bo przecież o naszą reakcję
twórcom tych reklam chodzi? Jednak czy
pozostanie obojętnym to dobre rozwiązanie?
Przecież w ten sposób dajemy znać,
że wszystko jest w porządku. Sytuacja jest
patowa. Żadna z reakcji nie jest dobra.
Można liczyć na to, że reklama odniesie
skutek negatywny do zamierzonego, że
marka stanie się antymarką i nie będzie
chętnych na kupowanie jej produktów.
Anarchiści próbują walczyć z reklamą
za pomocą antyhaseł, które domalowują
na plakatach. Na przykład nielegalny
billboard przy Dworcu Centralnym
w Warszawie z wielkim napisem „Gówno
jest zjadliwe. Efekt Axe” miał bojkotować
akcję reklamową dezodorantu AXE („Maturzystki
lubią zaliczać”, „Wychowawczynie
lubią sprawdzać”, „Nauczycielki uczą
nocami”). Billboard, atakujący kampanię
reklamową „Szyjemy inaczej” firmy
CroppTown („Krochmalenie poszwy”,
„Obciąganie guzików”, „Obrabienie dziurek”),
stworzyli studenci grafiki gdańskiej
ASP – członkowie grupy „Krechy”. Stylistyką
nawiązuje on do reklam Croppa, a
opatrzony został hasłem: „Nasze szmaty
są tanie. Kampania przeciwko szmaceniu
w przemyśle tekstylnym”. Członkowie grupy
sprzeciwiają się nie tylko tej jednej konkretnej
akcji, ale w ogóle nurtowi szeroko
obecnemu dziś w reklamie, który przejawia
się w pielęgnowaniu seksizmu. Takie reklamy
szmacą według nich wizerunek kobiet
i uwłaczają inteligencji. Pozostaje pytanie,
czy opisane działania są skuteczne. Pewnie
nie na szeroką skalę, ale żeby coś miało
sens, nie musi dawać wielkich rezultatów.
Namawiając do bojkotowania konkretnych
marek, tych, które budują swój wizerunek
na dyskryminacji, anarchiści oddają społeczeństwu
przysługę. Przyczyniają się do
propagowania świadomej konsumpcji.
Sprzeciw wobec firm reklamujących się
w sposób nieetyczny lub etycznie wątpliwy
można zaznaczyć, rezygnując z kupowania
ich produktów. Problem leży najczęściej
w tym, że, jeśli reklama jest dla nas antyreklamą,
to najprawdopodobniej nie jesteśmy
jej grupą docelową.
Jednak, jak pokazuje przykład Sao
Paulo, z reklamą można poradzić sobie
też na poziomie ustawodawczym. Władze
miasta, które jeszcze do niedawna
uchodziło za jedno z najbardziej zaśmieconych
wizualnie miast na świecie,
poradziły sobie z problemem w sposób
radykalny. W 2007 roku wprowadzono
tu „Prawo czystego miasta”, na mocy
którego usunięto 15 tysięcy billboardów.
Nie ma już reklam w autobusach
i na przystankach. Rozmiar liter w logach
sklepów, restauracji czy banków podlega
ograniczeniom. Nie ma prowokacyjnych
kampanii, nie ma łamania tabu, tylko fasady
budynków malowane są na jaskrawe
kolory, by przyciągnąć uwagę przechodniów.
Tak więc nie cenzura, ale radykalne
uwolnienie przestrzeni publicznej od
wszechobecnej rozpraszającej reklamy
okazuje się skuteczne. |
| str. 23 |
| Społeczeństwo |
| Młodzi laureaci Konkursu im. Teresy Ocieszko mieli okazję do niezwykłego przeżycia, po raz pierwszy w życiu zobaczyli Rzym |
| Odkrywając Wieczne Miasto |
| Kampania reklamowa, która budzi dużo emocji. Oczywiście, nigdy nie jest tak, że te emocje wywołuje
u wszystkich, jednak bywa tak, że znajduje się spora grupa ludzi, która jest daną kampanią
oburzona czy poruszona. |
|
| Katarzyna Przygońska i Tymoteusz Hossa |
Na wyjazd czekałam od dłuższego
czasu z wielką niecierpliwością.
Gdy nadszedł ów dzień,
poczułam się jakoś nieswojo. Rzadko
rozstawałam się z rodziną na tak długo…
i ten lot samolotem – przerażała
mnie ta myśl. Wracałam myślami do
minionych dni… Nie wiem, jak to się
stało, ale zostałam laureatką konkursu
literackiego im. Teresy Ocieszko, zatytułowanym
„Boże, który dałeś nam
ziemię jakże piękną”. Lubię pisać i muszę
przyznać, że wymyślanie opowiadań
sprawia mi przyjemność, ale nie
spodziewałam się, że takie marzenia
mogą stać się realne, ale los lubi zaskakiwać
i tak było w moim przypadku.
Główną nagrodą był wyjazd do Rzymu
sponsorowany przez Barbarę Bielecką.
Wraz ze mną nagrodzone zostały jeszcze
dwie osoby.
2 czerwca, rano wylecieliśmy
z lotniska w Warszawie do Rzymu.
W samolocie bliżej poznałam Noemi
i Tymka – laureatów konkursu plastycznego
i fotograficznego, którzy
okazali się bardzo mili i szybko się zaprzyjaźniliśmy.
Po dwóch godzinach lotu byliśmy już
w Rzymie. Jakie było moje pierwsze wrażenie?
Wszystko wyglądało inaczej niż
w Polsce. Budynki, ulice, nawet powietrze
było inne. Trochę dziwnie się
czułam, mijając na lotnisku cudzoziemców,
dużo Chińczyków, a tylko
gdzieniegdzie słyszałam polski język.
Szybko jednak się do tego przyzwyczaiłam.
Na drugi dzień o godzinie 7 poszliśmy
na śniadanie, a później znów
wyprawa w nieznane. Wypoczęci wyruszyliśmy
na miasto. Byliśmy na placu
św. Piotra, w Watykanie, w kościele św.
Jana, w Bazylice św. Piotra i w Muzeum
Watykańskim. Tego dnia nawet udzieliliśmy
wywiadu dla Radia Watykańskiego.
Noemi Maria Staniszewska, Katarzyna Przygońska, Barbara Bielecka
Następny dzień spędziliśmy z Michałem,
który mieszka w Rzymie
od kilkunastu lat i zna najpiękniejsze
zakątki tego miasta. To dopiero
była frajda… Jednak w tym dniu
nie to wywarło na mnie największe
wrażenie. Zanim spotkaliśmy się
z Michałem, byliśmy na audiencji
u papieża. Widzieliśmy go! Był dziesięć
metrów od nas. Machał nam i uśmiechał
się, pozdrawiając nas po polsku!
To było wspaniałe przeżycie.
Następnego dnia rano byliśmy na
Mszy świętej w intencji Jana Pawła II,
która była odprawiona w języku polskim.
Po Mszy św. modliliśmy się przy
jego grobie. To było niesamowite przeżycie.
Wszystkie muzea, które zwiedziliśmy
tego dnia, katakumby, Panteon
i fontanna di Trevi nie wywarły na mnie
takiego wrażenia, jak spotkanie z Benedyktem
XVI i modlitwa przy grobie Jana
Pawła II.
Tego dnia byliśmy też w miejscu,
gdzie trwają przygotowania do beatyfikacji
Jana Pawła II. Zdałam sobie
sprawę z tego, że właśnie to, co tego
dnia widziałam, było dla mnie najważniejszym
wydarzeniem podczas tego
pobytu. Następnie Barbara Bielecka
pokazała nam miasto nocą. Widoki
były cudowne. I tak spędziliśmy ostatni
wieczór w Rzymie.
Rano spakowaliśmy się i wyruszyliśmy
na lotnisko. Gdy już byłam w samolocie,
trochę było mi przykro, że już
wracamy, przecież tyle jeszcze miejsc do
zwiedzenia…
Odkrywając Wieczne Miasto
Jest takie powiedzenie, że
wszystkie drogi prowadzą do Rzymu.
Moja przygoda z Wiecznym
Miastem zaczęła się od zamiłowania
do fotografii i gdyby wcześniej
ktoś mi oświadczył, że to
hobby zaprowadzi mnie do Rzymu,
wziąłbym to za dobry żart.
Zdecydowałem się wziąć udział
w II Międzynarodowym Konkursie
Artystycznym im. Teresy Ocieszko.
Dalej wszystko potoczyło się
szybko i niespodziewanie. Okazało
się, że jestem jego zwycięzcą
w edycji fotograficznej. Gdy dowiedziałem
się, iż nagrodą jest
wycieczka do Rzymu, oniemiałem.
Była to jedna z najwspanialszych
chwil mojego życia.
Drugiego czerwca rano wyruszyliśmy
do Rzymu. Było nas
pięcioro. Nasza grupa składała
się z trojga finalistów: Katarzyny
Przygońskiej (z edycji literackiej),
Noemi Marii Staniszewskiej (z
edycji plastycznej) i mnie. Towarzyszyli
nam Maciej Konieczny,
pomysłodawca i organizator
konkursu, oraz siostra Teresy
Ocieszko, Barbara Bielecka, prezes
fundacji Dei Gratia w Gdyni,
fundatorka nagród w konkursie.
Już sama podróż okazała się niesamowitym
przeżyciem, bo dla wszystkich
finalistów to była pierwsza podróż samolotem.
Z okien samolotu podziwialiśmy
świat z całkowicie innej perspektywy,
zgodnej z tematem konkursu: „Boże, który
dałeś nam ziemię jakże piękną”.
Przed lądowaniem podziwialiśmy
Rzym z lotu ptaka. Ukazało nam się miasto,
którego początki sięgają początku
Europy.
Przez rzymskie place i wokół fontann
Zwiedzanie Wiecznego Miasta zaczęło
się od Bazyliki Santa Maria Maggiore,
przepięknej świątyni z renesansowym sufitem,
który został ozdobiony złotem przywiezionym
przez Krzysztofa Kolumba, a
zaprojektowany przez Giuliano da Sangallo.
Odwiedziliśmy również Bazylikę św.
Noemi Maria Staniszewska, Barbara Bielecka, Katarzyna Przygońska, Tymoteusz Hossa przed rzymską bazyliką św. Piotra za murami
Jana na Lateranie, Bazylikę św. Pawła za
Murami oraz Bazylikę Santa Maria Sopra
Minerwa, gdzie uczestniczyliśmy w Mszy
św. Piękna tych miejsc nie sposób opisać,
zaprojektowane przez mistrzów, dzieła
malarskie i rzeźby wykonane przez największych
artystów, wystarczy wspomnieć
nazwiska: Francesco Borromini, Giovani
Lorenzo Bernini czy Michał Anioł. Wiadomości
dotyczące historii i architektury
przekazywała nam Barbara Bielecka.
Oprócz zabytków sakralnych zwiedziliśmy
Forum Romanum, Kapitol, Koloseum,
Schody Hiszpańskie, fontannę
di Trevi, Panteon, Zatybrze, a także przepiękne
place: Piazza Navona, Pola Marsowe,
Piazza Venezia.
Twarzą w twarz z dziełami mistrzów
Na osobne wspomnienie zasługują
muzea watykańskie, w których zgromadzono
tak wielką kolekcję dzieł
sztuki, że jeżeli chcielibyśmy
obejrzeć wszystko dokładnie, to
trzeba byłoby tam spędzić kilka
miesięcy. Zwiedziliśmy Pinakotekę,
gdzie zgromadzone są
obrazy: Giotta, Belliniego, Leonarda
da Vinci, Caravaggia,
Domenichina, Guida Reniego
i wielu innych. Obejrzeliśmy
także zbiory rzeźb antycznych
zgromadzonych przez Klemensa
XIV i Piusa VI. Wśród greckich
i rzymskich rzeźb najpiękniejsze
są Apollo Belwederski, Grupa Laokoona
i Tors Belwederski. Zwiedziliśmy
ekspozycję poświęconą
starożytnemu Egiptowi. Jednak
najwspanialszym miejscem
w Muzeach Watykańskich jest
Kaplica Sykstyńska, z malowidłami
ściennymi wykonanymi przez
Michała Anioła. Jest to miejsce, w
którym naprawdę można poczuć
bliskość Boga.
Dom wszystkich wierzących
Nie wspomniałem do tej
pory o Bazylice św. Piotra, ponieważ
chciałem jej poświęcić
trochę więcej miejsca. Choć
wcześniej podczas zwiedzania
przechodziliśmy przez plac św. Piotra
po drodze do innych zabytków, jednak
największe przeżycie dla mnie z tym
placem związane jest z audiencją papieską.
Widzieć papieża z tak małej odległości
jest doznaniem o niezwykłym
wymiarze duchowym. Po audiencji
zwiedziliśmy Bazylikę św. Piotra, weszliśmy
na szczyt jej kopuły, skąd mogliśmy
podziwiać panoramę Rzymu.
W podziemiach uczestniczyliśmy także
w Mszy św. przy grobie Jana Pawła II.
Znaleźliśmy się również w miejscu,
gdzie zbierane są dowody świętości Jana
Pawła II i inne dokumenty potrzebne do
uznania go za świętego.
Ostatnim punktem naszego pobytu
było zwiedzenie ulic i placów Wiecznego
Miasta nocą, w blasku księżyca
i lamp tworzących niesamowite wrażenia
świetlne. |
| str. 25 |
| Społeczeństwo |
| XXIV Sejmik Morski Gdynia 2008 |
| 90 lat floty polskiej |
| ,,(...) Morze to dłużnik wyjątkowy. Każdy rzetelny wkład, każdy kapitał, każdą pracę zwraca najprędzej
z lichwiarsko potężnym procentem
(E. Kwiatkowski, Polska na morzu). |
|
| Waldemar Jaroszewicz |
Święto Morza zgodnie z tradycją obchodzi
się w Polsce w czerwcu. Sięga
ona przełomu XVIII i XIX wieku
i nawiązuje do zwyczaju ścinania w noc
świętojańską kani – symbolu zła i ludzkich
utrapień. Pomysł obchodów Święta
Morza zrodził się w niepodległej Polsce
w 1932 roku w Gdyni i od tej pory odbywa
się co roku. Włączając się w klimat
jego obchodów, Ośrodek Myśli Morskiej
Gdańsk, Szczecin Katolickiego Stowarzyszenia
„Civitas Christiana”, Związek Miast
i Gmin Morskich oraz Stowarzyszenie
Miast Autostrady Bursztynowej zorganizowały
w Akademii Marynarki Wojennej
oraz w Morskim Porcie w Gdyni już po
raz XXIV Ogólnopolski Sejmik Morski.
Jest to doroczna konferencja środowiska
naukowego, samorządowców i praktyków
związanych z morzem. W sali Senatu
Akademii Marynarki Wojennej uczestników
przywitał komandor Cezary Specht,
prorektor do spraw dydaktycznych. Na
spotkanie przybyli wojewoda pomorski,
Roman Zaborowski, oraz reprezentujący
dowódcę Marynarki Wojennej, wiceadmirał
Maciej Węglewski, szef Szkolenia MW.
Obrady sejmiku poprzedziła Msza św.
odprawiona na statku w intencji poległych
i zaginionych marynarzy floty wojennej
i handlowej oraz ludzi morza i uczestników
konferencji. Mszę św. współkoncelebrowali
kapelan Akademii Marynarki Wojennej,
ks. kmdr por. Radosław Michnowski, oraz
Duszpasterz Ludzi Morza ze Świnoujścia,
ks. Arkadiusz Skwara. Tegoroczne obrady
były związane z przypadającą w tym roku
90. rocznicą powstania floty polskiej i zostały
podzielone na cztery bloki tematyczne.
W pierwszym bloku, historycznym, zaprezentowano
mało znane aspekty historii
oraz rolę marynarki wojennej zarówno
dla obronności kraju, jej przemian, a także
martyrologię oficerów po II wojnie światowej
w Polsce.
Uczestnicy XXIV Sejmiku Morskiego przeg gmachem Akademii Marynarki Wojennej w Gdyni
Dr Tadeusz Górski przypomniał chwalebne
zachowanie oficerów w okresach
przełomu w PRL-u i konsekwencje, jakie
ich za to spotkały. Przypomniał por. Tadeusza
Szczudłowskiego, postać, o której nie
pamiętały wszystkie dotychczasowe rządy
solidarnościowe. Przypadająca w tym
roku rocznica była nie tylko sentymentalnym
powrotem do lat świetności polskiej
floty, ale rekapitulacją tego wszystkiego,
co działo się w minionych dziecięciu latach
z próbą spojrzenia na perspektywy
rozwoju. Swoje oczekiwania i postulaty
wobec władz gospodarczych w perspektywie
przypadającego 2018 roku stulecia
floty, przedstawił dr Adolf Wysoki, akcentując
głównie potrzebę realizacji przyjętej
w lutym tego roku Deklaracji „Partnerstwo
dla morza”.
Drugi obszerny blok zagadnień stanowiła
problematyka funduszy Unii Europejskiej
dla gospodarki morskiej. Nie
ulega wątpliwości, że zarówno infrastruktura
drogowa, jak i portowa, są w Polsce
w opłakanym stanie. Tylko od priorytetów
naszego rządu zależy, czy będziemy rzeczywiście
prowadzili politykę morską państwa,
a strumień pieniędzy unijnych zostanie wykorzystany
na cele poprawiające sytuacje
naszej gospodarki morskiej i w ten sposób
nadal będziemy „państwem morskim”,
czy ta gałąź gospodarki będzie skazana na
skansen.
W prezentowanych opracowaniach
dokonano bilansu pierwszego okresu.
Prof. Tomasz Parteka ukazał priorytety
w samorządowych strategiach gmin nadmorskich,
w których „infrastruktura morska”
stanowi zasadniczy trzon inwestycji zorientowanych na fundusze europejskie,
a prof. Aleksander Szwichtenberg przedstawił
partnerstwo publiczno-prywatne
jako optymalne ich wykorzystania w projektach
turystycznych.
Msza św. na statku
Z przedstawionego bilansu wynika,
że najwięcej środków zostało wykorzystanych
na infrastrukturę drogową.
Przykładem jest otwarta (po 30 latach od
rozpoczęcia jej budowy) Trasa Kwiatkowskiego
w Gdyni. Z najciekawszych projektów
małych gmin nadmorskich to porty
stanowiły główny podmiot wykorzystania
środków UE. Dotyczyły one zarówno poprawy
estetyki zrujnowanych nabrzeży,
jak i odbudowy infrastruktury, zwiększającej
dostęp do nich turystów morskich.
Niestety, nie udało się ocenić, jak bardzo
wykorzystano w minionym okresie środki
z UE przeznaczone dla Polski. Takiego bilansu
nie przedstawiło również Ministerstwo
Rozwoju Regionalnego.
Przedstawiciele sejmików wojewódzkich,
gmin i portów mieli okazję zaprezentować
przygotowane projekty inwestycyjne
do sfinansowania, aplikujące do funduszy
strukturalnych. Ponieważ środki są nieporówywalnie
większe, najciekawsze projekty
dotyczą właśnie obecnego okresu finansowania.
Wśród nich jest długo oczekiwana
w Gdańsku Trasa Sucharskiego z tunelem
pod kanałem portowym w kierunku planowanej
Baltic Areny, centrum logistyczne,
terminal kontenerowy i promowy
w portach Szczecin i Świnoujście. Z przedstawionych
prezentacji wyraźnie wynika,
że w małych gminach portowych nie ma
problemu z pomysłem na dobry projekt, ale
jest za to z własnym wkładem, który umożliwiłby
realizację inwestycji. Postulowano,
aby rząd wspomógł małe gminy, chociaż
w fazie projektowej, co w znacznym stopniu
ułatwiłoby przygotowanie „inwestycji
portowych”. Duży problem stanowi również
program „Natura 2000”, który często
blokuje rozwój infrastruktury, szczególnie
w małych gminach portowych.
Tegoroczny Sejmik miał również wymiar
międzynarodowy. Część „gdyńska”
związana była z projektem „A–B Landbridge,
w której uczestniczyła Francesca
Romana Forestieri, koordynator projektu
z Włoch, przedstawiciele z Moraw i Słowacji.
Przedstawiono inicjatywy wspierające
rozwój VI korytarza transportowego
(linia kolejowa i autostrada A1 nazywana
już Autostradą Bursztynową), takie jak:
port lotniczy w Gdyni-Kosakowie, rozwój
autostrad morskich (terminale promowe,
nabrzeże dla dużych wycieczkowców), budowa
Morskiego Klastra Edukacyjnego.
Niewątpliwie najwięcej emocji wzbudził
blok tematyczny poświęcony wspólnej
przestrzeni miasta i portu. Port nie jest
typowym przedsiębiorstwem. Ze względu
na swoją rozległość jest on swoistą dzielnicą
miasta, na terenie którego jest położony.
Miały one od okresu średniowiecza
swoje charakterystyczne cechy wyróżniające
zarówno od względem ich położenia,
jak i dostępu od strony morza. Przez tysiąc
lat we wspólnej przestrzeni wiele się
zmieniło. Prof. Piotr Lorens przedstawił
obszary popartowe, na przykład genezę
średniowieczną, które uległy przeobrażeniom
w XIX wieku i zostały przeznaczone
na cele publiczne lub mieszkaniowe.
Podobnie dzieje się teraz. Nowe technologie
transportu morskiego powodują, że
port „wychodzi” z miasta, pozostawiając
tereny, które obecnie podlegają rewitalizacji
polegającej na ożywieniu zdegradowanych
obszarów – przywróceniu ich do
życia, zmianie funkcji, co w wielu wypadkach
budzi duże emocje. Nieobce jest to
szczególnie dużym miastom, takim jak
Szczecin, Gdańsk czy Gdynia, w której
punktem zapalnym jest budowa 32-piętrowego
wieżowca w porcie.
Przywodne tereny bardzo interesują
architektów budujących swoiste wizytówki
miast portowych, popularnie nazywanych
nieprzetłumaczalnym pojęciem – „waterfronty”
– i w dużym stopniu decydują
o charakterze – a więc i tożsamości – miasta
portowego. Mówiła o tym dr Małgorzata
Pacuk z Uniwersytetu Gdańskiego. Ciekawsze
można obejrzeć w Kopenhadze,
Amsterdamie czy w Hamburgu. Stanowią
również atrakcję turystyczną. Pamiętajmy,
że gdańskim waterfrontem jest przecież
Długie Pobrzeże, które w średniowieczu
i następnych wiekach stanowiło klasycznie
rozumiane nabrzeże portowe.
Współczesne przeobrażenia miast portowych
nie powinny jednak uszczuplać
możliwości przeładunkowych i turystycznych
portów. Temu tematowi zostanie poświęcona
osobna konferencja, o co postulowali
uczestnicy Sejmiku. Dbajmy więc
o to, co stanowi istotę regionu nadmorskiego
– gospodarkę morską – i jej elemencie,
czyli szybko rozwijająca się turystyka morska.
Twórzmy lobby na rzecz realizacji polityki
morskiej państwa i zróbmy wszystko,
by nigdy nie zapomnieć słów Eugeniusza
Kwiatkowskiego: ,,Przysięgamy odwiecznych
praw Polski do Bałtyku i morskich
przeznaczeń Rzeczypospolitej strzec! (...)
Dorobek Polski na Wybrzeżu i morzu stale
pomnażać!(...) Tak nam dopomóż Bóg!”. |
| str. 27 |
| Społeczeństwo |
| Finał XII Ogólnopolskiego Konkursu Wiedzy Biblijnej |
| Księga życia |
| Roześmiane twarze nastolatków, hałas i zgiełk, patrząc z zewnątrz zupełnie zwyczajna młodzież,
a jednak jest w niej coś niezwykłego. Tych 11 4 nastolatków postanowiło zawalczyć o laur zwycięstwa
w dwunastej edycji Ogólnopolskiego Konkursu Biblijnego, którego finał odbył się w Niepokalanowie. |
|
| Patrycja Guevara-Woźniak |
Sanktuarium Matki Bożej Niepokalanej
i św. Maksymiliana Kolbe w Niepokalanowie,
w dniach 12 i 13 czerwca
2008 roku stało się miejscem szczególnego
spotkania, bo choć w pewnym sensie chodziło
w nim o rywalizację młodzieży, to
jednak przede wszystkim chodziło o zbudowanie
między uczestnikami konkursu
poczucia wspólnotowości opartej o Księgę
Życia. Konkurs organizowany przez Zespół
ds. Młodzieży Katolickiego Stowarzyszenia
„Civitas Christiana” od lat cieszy się dużym
zainteresowaniem. W 2008 roku w konkursie
na terenie całej Polski udział wzięło około
dwudziestu tysięcy uczniów ostatecznie
do finału zakwalifikowało się 115 osób.
„Młodzi dla młodych”
Pierwszego dnia po Mszy św. w kaplicy
św. Maksymiliana i zakwaterowaniu
uczestników wraz z ich opiekunami nastąpił
moment sprawdzenia wiedzy biblijnej.
W wyniku eliminacji testowych miała
zostać wybrana ścisła czołówka finalistów
– jednakże uczestnicy wyniki tego testu
mieli poznać dopiero następnego dnia, tuż
przed finałowym starciem. Emocje zbliżały
do siebie młodzież, która wspólnie powtarzała
nauczony materiał. Co niezwykłe, ci
młodzi ludzie w najbardziej buntowniczym
okresie swojego życia mieli odwagę mówić,
że w tej Księdze jest Bóg.
- To wspaniale, że jak przyjeżdżamy
tutaj, to możemy porozmawiać z innymi
młodymi ludźmi o Bogu – powiedziała
Agnieszka Błachowicz, która zajęła
pierwsze miejsce w konkursie. – Tutaj
nikt z nikogo się nie śmieje, możemy być
sobą.
Pod okiem Matki Bożej Niepokalanej
młodzi mogli jeszcze obejrzeć występ
artystyczny grupy studentów Akademii
Teatralnej z Białegostoku, ale i wysłuchać
w Auli św. Bonawentury koncertu zespołu
Siewcy Lednicy.
Pierwszy dzień finałów stał się również
doskonałą okazją na spotkanie z tymi,
którzy choć mało widoczni, czynią bardzo
wiele. Bowiem nie było by tak dużego zainteresowania
Konkursem Wiedzy Biblijnej
gdyby nie katecheci. W podziękowaniu za
nieustającą pomoc w rozbudzaniu zainteresowania
Starym i Nowym Testamentem
organizatorzy wręczyli dyplomy uczestnictwa
nauczycielom i ich szkołom. Była to
też okazja do wymiany poglądów na temat
konkursu i jego przyszłości.
Finaliści konkursu
Fot. Marcin Sułek
Wierny i niezmienny przyjaciel...
Dzień uroczystego zakończenia Konkursu
Wiedzy Biblijnej rozpoczął się od
zwiedzania Niepokalanowa. Następnie w
Bazylice pw. Niepokalanej Wszechpośredniczki
Łask odbyła się Msza św. pod przewodnictwem
Prymasa Polski, kard. Józefa
Glempa. O oprawę muzyczną podczas
Mszy św. i podczas finału konkursu zadbał
zespół Ultima z Raciborza. „Witamy Cię”
i oklaski młodzieży rozbrzmiały, gdy Prymas
wszedł na salę, finałowego spotkania.
- Wyrażam ogromną radość, że jestem
między wami – mówił ksiądz prymas do
młodzieży. – Życzę wam, by Pismo święte
towarzyszyło wam całe życie, bo to jest
księga natchniona.
Ziemowit Gawski, przewodniczący
Katolickiego Stowarzyszenia „Civitas Christiana”
mówił – Dziękuję, że Eminencja
patronuje naszemu konkursowi od jego
pierwszej edycji. A zwracając się do uczestników
powiedział – Biblia to jest księga, która
jest niezwykłym przyjacielem, wiernym
i niezmiennym. Ostatecznie do finału zakwalifikowali
się: Monika Łebek, Agnieszka
Błachowicz, Dominika Biel, Przemysław
Tomczyk, Jan Schonthaler – Diecezja, Marek
Czyżyk, Dawid Mielnik. Finalistom nagrody
ufundowało: Katolickie Stowarzyszenie
„Civitas Christiana”, Spółka Inco-Veritas
oraz Instytut Wydawniczy PAX. |
| str. 28 |
| Społeczeństwo |
| Trzeba pochylić się nad świętością dzisiaj, gdy fundamenty cywilizacji zachodniej są zagrożone przez relatywizm |
| Promieniowanie świętości |
| Świętość wydaje się często rzeczywistością niedostępną i oddaloną od ziemskich kategorii.
Wielu chciałoby ją zamknąć na kartach starych kronik lub tylko w murach świątyń. Tymczasem
oddziaływanie świętości przypomina trudne do ogarnięcia, dynamiczne zjawisko, które swoją
mocą napełnia całe istnienie. Istotę tego znakomicie oddaje teologia Kościoła wschodniego,
ukazując ją jako symboliczne „Boskie energie”, które niczym fale promieniują od postaci i oblicza
Chrystusa, Matki Bożej lub świętych. |
|
| Łukasz Kobeszko |
Takim „promieniowaniem” świętości
był też bez wątpienia pontyfikat
Jana Pawła II. W trzy lata po
jego odejściu do Domu Ojca, Oddział
Małopolski Katolickiego Stowarzyszenia
„Civitas Christiana” zorganizował
interesującą sesję papieską zatytułowaną
właśnie „Promieniowanie świętości”.
Odbyła się ona 12 czerwca br. w
krużgankach krakowskiej bayzyliki oo.
Franciszkanów na placu Wszystkich
Świętych, słynącego z czczonego przez
Małopolan Obrazu Matki Bożej Bolesnej
– Smętnej Dobrodziejki Krakowa.
Zebranych powitał Przewodniczący
Stowarzyszenia Ziemowit Gawski.
Zwrócił on uwagę, że katecheza umierania
Papieża – Polaka wstrząsnęła
płytkim i zwariowanym czasem współczesnym,
który nie chce lub obawia się
mówić o świętości. Dlatego też trzeba
pochylić się nad promieniowaniem i
przenikaniem świętości, szczególnie
dzisiaj, gdy fundamenty cywilizacji zachodniej
wydaja się być coraz bardziej
zagrożone przez relatywizm. Ważne
jest zdaniem Przewodniczącego, aby
promieniująca na świat świętość Jana
Pawła II nie rozpłynęła się w masowej
popkulturze. Promieniowanie świętości
kojarzy się bowiem z czymś najbardziej
podniosłym, ale zarazem także
ludzkim, trafiającym prosto w serce.
Nie przypadkowo jednemu ze swoich
wierzy Karol Wojtyła nadał tytuł „Promieniowanie
ojcostwa”.
O. Zdzisław Kijas OFM, sekretarz
Papieskiej Akademii Niepokalanej w
Rzymie i wykładowca Papieskiej Akademii
Teologicznej w Krakowie skupił
się w swoim referacie na fenomenem
komunikowania się Papieża – Słowianina
z otoczeniem. Zarówno w myśli i
nauczaniu duszpasterskim, jak i bezpośrednich
relacjach, Jan Paweł II nigdy
nie dzielił ludzi. Przykładem może być
tu chociażby podkreślenie wartości i
wzajemnej tożsamości mężczyzny i kobiety.
Bazą papieskiej filozofii był człowiek,
odczytujący siebie w relacjach
do Boga objawionego w Chrystusie i
drugiego człowieka. Kolejnymi drogami
do komunikacji międzyludzkiej są
wiara, sumienie, dialog , modlitwa oraz
miłość. Podstawą współczesnej cywilizacji
winna się stać owa wielokrotnie
przywoływana przez papieża Wojtyłę
„cywilizacja miłości”. Miłość nigdy nie
zniewala, lecz szanuje wolność i godność
drugiego.
Ks. dr Franciszek Ślusarczyk przypomniał
oddziaływanie Jana Pawła
II jako apostoła Bożego Miłosierdzia,
wskazując jednocześnie na tajemniczy
splot losów św. Faustyny Kowalskiej
i Karola Wojtyły. Gdy młody Karol
sprowadził się z ojcem do Krakowa,
w Łagiewnikach umierała właśnie siostra
Faustyna. Gdy przyszły papież był
robotnikiem w zakładach „Solvay” w
czasie okupacji, często nawiedzał grób
zakonnicy. Już jako biskup, Wojtyła
przełamał w Watykanie opory względem
dzieła Faustyny i w 1965 rozpoczął
na szczeblu diecezjalnym proces informacyjny,
mający doprowadzić do jej
beatyfikacji. W 1978 roku, na pół roku
przed objęciem Tronu Piotrowego, Stolica
Apostolska anulowała dekret Świętego
Oficjum obowiązujący od 1958
roku, który zakazywał rozpowszechniana
kultu Faustyny Kowalskiej. Według
Papieża, miłosierna miłość Boga
do człowieka powinna być źródłem nadziei
na nowe, trzecie tysiąclecie.
Ks. Bolesław Karcz zastanawiał się
z kolei nad istnieniem „pokolenia JP2”.
Czy jest to żywa rzeczywistość, czy
tylko następny medialny mit? Początki
dyskusji o pokoleniu Papieża miały
miejsce jeszcze za jego życia, po Światowych
Dniach Młodzieży w Paryżu w
1997 roku. Liberalne środki przekazu
wieściły fiasko tego spotkania, lecz
odzew z jakim spotkał się Jan Paweł II
wśród europejskiej i światowej młodzieży
zaskoczył wszystkich. Współczesna
socjologia nie zawsze potrafi objąć fenomen
„pokolenia JP 2”. Uczestnictwo
młodych w tym pokoleniu nie musi
wcale oznaczać pełnej akceptacji dla
nauki Kościoła. Sama śmierć Papieża
była wielkim wydarzeniem emocjonalnym,
w którym możemy dostrzec dwie
tendencje – pozytywną, przechowującą
i rozpowszechniająca nauczanie papieskie
oraz negatywną, prowadzącą do
spłycenia i komercjalizacji. Jej najbardziej
charakterystycznym przejawem
staje się zalew gadżetów i kiczu związanego
z postacią Jana Pawła II. Podstawowym
warunkiem przynależności
do pokolenia papieskiego powinno być
akceptowanie nauk Głowy Kościoła.
Fot. Łukasz Kobeszko
Prof. Czesław Dźwigaj z krakowskiej
ASP podkreślił w swoim wystąpieniu dotyczącym sztuki inspirowanej przez
postać Karola Wojtyły, iż kultura jest rzeczywistością,
w której człowiek kształtuje
swoją relację ze stworzeniem i Bogiem.
Sztuka nowoczesna jest zagrożona
nihilizmem i subiektywizmem. Kościół
zawsze wyrażał swoją wiarę przez piękno
sztuki. Twórczość stanowi medium
do kontaktu z drugim człowiekiem. Tak
naprawdę jednak nie ma sztuki „starej”
i „nowoczesnej”, jest sztuka dobra i zła,
która powinna być tworzona z myślą o
odbiorcy. Jan Paweł II uświadomił nam,
iż sztuka powinna znajdować się „na
przecięciu teraźniejszości i wieczności,
idąc szlakiem prawdy, dobra i piękna.
Kultura musi być zakorzeniona w tożsamości
i ojczyźnie. Nowe style i trendy są
potrzebne, ale w ramach odpowiedzialności
duchowej i moralnej. „Potrzebna
jest sztuka przeciwstawiająca się XXwiecznej
destrukcji” – zakończył prof.
Dźwigaj cytatem z książki :”Duch liturgii”
kardynała Josepha Ratzingera.
Ksiądz Maciej Ostrowski w referacie
„Pielgrzymowanie śladami Jana Pawła
II” przypomniał, że na ulubionych
trasach wycieczek Karola Wojtyły – W
Gorcach, Tatrach, Beskidach i na Turbaczu
znaleźć można setki wizerunków
i kapliczek poświęconych postaci Papieża.
Turystyka, jak pokazał Papież-
Polak tez może być forma ewangelizacji.
To swoiste poszukiwanie miejsc
stworzonych przez Boga i związanego
z nimi przesłania.
Jeden z pomysłodawców sesji, prof.
Gabriel Turowski z UJ wskazał, że promieniowanie
świętości Papieża składało
się z dwóch płaszczyzn – naturalnej
(wspólne wycieczki i spotkania w
duszpasterstwie młodzieżowym) oraz
duchowej – tajemnicy Bożego daru i
rozwoju duchowego. „Teraz promieniowanie
to jest przekazywane już
trzeciemu pokoleniu. I będzie promieniować
dalej, tak jak promieniowała
na cały świat świętość tego niemianowanego
proboszcza swoich podopiecznych”
– podsumował krakowski
profesor.
Sesji w bazylice franciszkańskiej
towarzyszyła również wystawa grafik
i ekslibrisów przedstawiających Jana
Pawła II zaprezentowana w klasztornych
krużgankach. Zebrani mogli
również obejrzeć film zaprezentowany
przez inż. Józefa Dobrowolskiego
z krakowskich PKP o Pociągu Papieskim.
Jego trasa biegnie od Krakowa,
poprzez Łagiewniki, Skawinę, Kalwarię
Zebrzydowską do Wadowic, a ideą
pomysłu jest upamiętnienie polskiego
pontyfikatu i popularyzacja największych
sanktuariów Małopolski, które w
tak znaczący sposób ukształtowały też
duchowość Jana Pawła II.
Opuszczając krakowską sesję nie
sposób było też nie zadawać sobie znaczącego
pytania: na ile świętość Jana
Pawła II promieniuje również w moim
osobistym życiu... |
| str. 30 |
| Społeczeństwo |
| Sprawiedliwość okiem filozofii |
| Mam prawo do… |
| Wyróżnikiem pojęcia sprawiedliwości jest to, że jak żadna inna kategoria filozoficzna wkracza ona
niemal do każdej dziedziny naszego życia. |
|
| Łukasz Kobeszko |
Oczekiwanie sprawiedliwości, czy
to na gruncie codziennych relacji
międzyludzkich czy też na płaszczyźnie
społecznej i politycznej wydaje się
jednym z najbardziej fundamentalnych
i oczywistych dążeń człowieka. Niedoskonałość
rodzaju ludzkiego i wycinkowy
sposób postrzegania rzeczywistości przez
ludzki aparat poznania sprawiają jednak,
iż próby wprowadzenia w życie ideałów
sprawiedliwości są zawsze obarczone poważnym
ryzykiem błędu. To, co wydaje
się sprawiedliwe nam samym, często nie
jest już sprawiedliwe dla innych. Udzielając
sprawiedliwości wybranym jednostkom
lub grupom społecznym można,
świadomie lub nie, odebrać też prawo do
sprawiedliwości pozostałym.
Próbą filozoficznej odpowiedzi na
szereg takich dylematów są sympozja
organizowane przez Fundację Lubelskiej
Szkoły Filozofii Chrześcijańskiej działającej
przy Katedrze Filozofii KUL pod
wspólnym hasłem „Przyszłość cywilizacji
Zachodu”. W bieżącym roku, przy współpracy
Wyższej Szkoły Kultury Medialnej
w Toruniu, Centrum Badań nad Etyką
Gospodarczą przy Katolickim Uniwersytecie
w Lille (CREE), amerykańskiego
Stowarzyszenia Wilsonowskiego (Gilson
Society) oraz lubelskiego oddziału Katolickiego
Stowarzyszenia „Civitas Christiana”
zdecydowano się na refleksję, której
przyświecało motto: „Sprawiedliwość
– idee a rzeczywistość”.
Polityczna poprawność
Profesor Thomas Michaud z USA
zwrócił w swoim wystąpieniu uwagę,
iż we współczesnym świecie pojęcie sprawiedliwości jest zastępowane pojęciem
politycznej poprawności. Political
correctness wchodzi nie tylko w miejsce
sprawiedliwości, ale także w miejsce
prawdy, stanowiąc swoisty „polityczny
antyrealizm”. W optyce poprawności
politycznej poszukiwanie prawdy
i sprawiedliwości staje się zwykłą pogonią
za władzą i jej siłą. Na nierozerwalny
związek prawdy i sprawiedliwości
po raz pierwszy we współczesnej myśli
tak dobitnie zwrócił uwagę Jan Paweł II
w encyklice Centessimus annnus, napisanej
tuż po upadku systemu komunistycznego
w Europie Wschodniej.
Uczestnicy sympozjum „Przyszłość cywilizacji Zachodu”
fot. Łukasz Kobeszko
Według prof. Michauda całkowita
równość promowana przez ideologię
politycznej poprawności jest sprzeczna
z chrześcijańską ideą osobowej
godności człowieka. Zamiast harmonijnego
społeczeństwa, realizującego
nowotestamentową zasadę „jeden
drugiego brzemiona noście”, w świecie
rządzonym przez political correctness
zaczynają dominować separatyzm
i egoizm. Szczególnym rysem ideologii
poprawnościowej jest tryb myślenia
„mam prawo do”, czyli oczekiwanie
konkretnych społecznych uprawnień
za odmienność – obecnie szczególnie
na tle obyczajowym. Prowadzi to
w konsekwencji do podziału ludzkich
wspólnot i narodów na wiele antagonistycznych
i nastawionych roszczeniowo
grup, zwalczających się niczym
prymitywne plemiona.
Prof. Geert Demuijnck z Uniwersytetu
w Lille przyjrzał się z kolei realizacji
zasady sprawiedliwości wobec
niepełnosprawnych we współczesnym
prawie i praktyce Unii Europejskiej.
Zdaniem Belga, podstawowym problemem państwa liberalnego jest to, iż
jego prawodawstwo odmawia definicji
tego czym jest życie i osoba. Najnowsze
badania statystyczne pokazują,
że od 4 do 12 proc. mieszkańców UE
stanowią osoby o różnym stopniu niepełnosprawności
i kalectwa. Liberalny
myśliciel John Rawls oraz jego uczniowie
postulowali zapisanie w ustawodawstwie
„pełnej i absolutnej równości
wszystkich ludzi we wszystkim”. Taki
jednak zapis z miejsca dyskryminowałby
osoby niepełnosprawne, które przecież
nie mogłyby we wszystkim równać
się z osobami w pełni sil i zdrowia.
Liberalizm nie broni godności ludzkiej
Zapewnienie człowiekowi samego
„świętego prawa do własności i posiadania”
nie daje w pełni satysfakcjonujących
rozwiązań. Część unijnych ekspertów
skłania się np. ku poglądowi, że
nabycie niepełnosprawności z własnej
winy powinno wykluczać kompensację
ze strony instytucji państwowych.
Jest to kolejny przykład łamania zasady
równości. Projekt liberalny odrzuca
myślenie na temat tego, co oznacza
pojęcie „niepełnosprawności”. Stąd też,
prof. Demuijnck jest zdania, że ludzie
upośledzeni są tak naprawdę niepełnosprawni
nie z powodu własnej choroby,
lecz wadliwej organizacji społeczeństwa,
które mimo haseł o absolutnej
równości nie potrafi znaleźć miejsca
dla osób dysfunkcyjnych.
Prof. Pablo Perez Lopez (Uniwersytet
Valladolidad) na przykładzie fałszowania
przez środowiska współczesnej
hiszpańskiej lewicy pamięci historycznej
o wojnie domowej w jego ojczystym
kraju w latach 1937–39 pokazał,
jak niebezpieczna i sprzeczna z zasadą
sprawiedliwości jest rozpowszechniona
współcześnie zasada używania historii
do atakowania przeciwników politycznych.
Zadaniem historyka powinno
być obiektywne poszukiwanie prawdy,
a nie „szukanie winnych”. Badania
historyczne nie powinny zastępować
Boga i stawać się „Sądem Ostatecznym”.
Hiszpański historyk uważa, że
umysł ludzki nie jest w stanie ogarnąć
całości historii i nie może dać sprawiedliwego
wyroku, jaki należy tylko do
Stwórcy.
Istotną kwestię podjął w swoim
referacie dr Mieczysław Ryba (KUL).
Skupił się on na semantyce traktatów
międzynarodowych od pierwszego
rozbioru Polski w 1772 roku po konferencję
w Jałcie. Analiza języka tych
traktatów jasno wskazuje, że od końca
XVIII wieku w historii stosunków Polski
z możnymi tego świata mieliśmy do
czynienia z legalizacją niesprawiedliwości.
Gdyby w oderwaniu od znajomości
historii prześledzić samą treść
traktatów rozbiorowych lub paktu Ribbentrop-
Mołotow, to odkrylibyśmy, iż
wszystkie te umowy odnosiły się do
szczytnych haseł zapewnienia porządku
społecznego i uregulowania stosunków
z sąsiadami. Akt abdykacji króla
Stanisława Augusta Poniatowskiego
powoływał się na konieczność „przywiązania
do spokojności publicznej”.
W sensie formalno-prawnym traktaty
te mówiły o sprawiedliwości, poszanowaniu
prawa i pokoju – w sensie realnym
– było to zalegalizowanie brutalnej
przemocy silnych wobec słabych.
Prof. dr hab. Krzysztof Wroczyński
(KUL) poruszył zagadnienia relacji
sprawiedliwości do prawdy i prawa.
W potocznym odczuciu nie rozróżnia
się pomiędzy pojęciem sprawiedliwości
a prawa. Dopiero św. Tomasz
z Akwinu dokonał rozdzielenia tych
kwestii na gruncie filozofii zachodniej.
Ksiądz Antonio Rosmini, wybitny
włoski filozof XIX-wieczny, beatyfikowany
przez Jana Pawła II poszedł dalej
od Akwinaty i zaproponował pojęcie
„prawa sprawiedliwego”. Według włoskiego
myśliciela prawda posiada moc
normatywną, tak jak osoba ludzkiego,
a więc jej poszukiwanie doprowadzi
nas do sprawiedliwości.
Filozoficzną przyczyną niesprawiedliwości
jest bytowa struktura człowieka
i nasze niedoskonałe poznanie, odbywające
się poprzez „pośredników”
– emocje, wiedzę, kulturę etc. Obrona
sprawiedliwości powinna być zdaniem
Wroczyńskiego obroną realizmu
– zarówno w filozofii, jak i politologii
i pozostałych naukach społecznych.
Sprawiedliwość zapobiega jego zdaniem
„wirtualizacji” życia naukowego
i ideowego.
Jednym z ostatnich m ówców sympozjum
był ks. prof. Tadeusz Guz
z KUL, który podjął rozważania nad
obecnością solidarności społecznej
w filozofii politycznej UE. W żadnym
dokumencie Unii na temat sprawiedliwości
(np. Karcie Praw Podstawowych)
nie nawiązuje się do rzeczywistości
transcendentalnej i Boga. Odrodzenie
solidarności europejskiej bez podstaw
duchowych będzie jednak niemożliwe.
Sprawiedliwość i solidarność to
naturalne sposoby bytowania ludzkiej
społeczności we wszystkich jej wielkościach.
Solidarność i sprawiedliwość zaczynają się w rodzinie.
Karta Praw Podstawowych relatywizuje
według ks. Guza fundamentalne
prawa osoby ludzkiej i zrywa z prawem
naturalnym, nie definiując rodziny jako
związku kobiety i mężczyzny. Unijny
dokument posiada co prawda zapis
o prawie każdego do życia, ale z jednoczesną
możliwością aborcji i eutanazji.
Jest tutaj zasadnicza sprzeczność, podobnie
jak w zapisie Karty na temat
„konieczności solidarności międzygeneracyjnej”,
co w kontekście prawa do
eutanazji osób starszych zakrawa na
ponury żart.
UE powinna pójść w stronę rzeczywistej
solidarności, a wspólnoty na
niej oparte muszą codziennie tworzyć
wszyscy chrześcijanie. „Solidarność
chroni przed nieobliczalnym liberalizmem
ale i skostniałym konserwatyzmem”
– podsumował swój referat ks.
Guz.
Warto jest rozwijać refleksję o fundamentach
naszej cywilizacji. Tegoroczne
sympozjum na KUL potwierdziło, że
bez zdefiniowania podstawowych pojęć,
współczesna myśl europejska łatwo
schodzi na manowce etycznej pustki.
A w świecie bez wartości sprawiedliwości
na pewno się nie znajdzie. |
| str. 32 |
| Społeczeństwo |
| Istotą debaty publicznej musi być dochodzenie do prawdy |
| Polska między Niemcami a Rosją – trudne sąsiedztwo |
| Adresowana do ludzi polityki, środowisk aktywnych w życiu publicznym, ludzi kształtujących
świadomość społeczną debata pod hasłem: „Polska – między Niemcami a Rosją” zorganizowana
przez Oddział Warmińsko-Mazurski Katolickiego Stowarzyszenia „Civitas Christiana” w miejscu
dla Polaków znaczącym, w Olsztynie zgromadziła w sali Instytutu Kultury Chrześcijańskiej
im. Jana Pawła II liczne grono osób opiniotwórczych z miasta. |
|
| ZK |
Należy podkreślić otwartość debaty
i dążenie jej uczestników do odkrywania
prawdy, czym niewątpliwie
wyróżnia się ona na tle wielu polskich
debat prowadzonych ostatnio o polityce
zagranicznej rządzącej koalicji, w których
pomija się na ogół negatywy, je śli nie odpowiadają
one zasadom poprawności politycznej
i ulubionej przez rządzącą Platformę
Obywatelską dyplomacji „umizgów
i uśmiechów”.
Takie podejście pozwoliło jednak na
przyjrzenie się konsekwentnie, a bywa,
że brutalnie realizowanemu interesowi
sąsiadujących z nami państw, prowadzonej
przez nie polityce historycznej, ściśle
podporządkowanej funkcjom rosyjskiej i
niemieckiej polityki.
Odżywa rosyjski imperializm
Jak wywodził Grzegorz Górny, redaktor
naczelny „Frondy”, złudzenie Zachodu,
ale po części i naszych elit, dotyczące
demokratyzacji Rosji, która miała się rzekomo
rozpocząć po upadku komunizmu
i objęciu rządów przez prezydenta Borysa
Jelcyna, prysnęło jak mydlana bańka
po przejęciu władzy na Kremlu przez
prezydenta Władimira Putina. Za jego to
rządów przyjęto za główną ideę państwowotwórczą
Rosji euroazjatyzm, zakładający
zbudowanie sojuszu państw Europy
i Azji przeciw Stanom Zjednoczonym.
Rosja z jej nacjonalizmem ma ambicje
liderowania temu sojuszowi.
Komponentem głoszonego i realizowanego
przez Rosję euroazjatyzmu stała
się głoszona przez ówczesnego rosyjskiego
wicepremiera Anatolija Czubajsa doktryna,
w myśl której Rosja prowadzi na zewnątrz
politykę imperialną, wprowadzając
jednocześnie pociągnięcia liberalizujące w
polityce i gospodarce wewnątrz kraju.
Na początku rządów ekipy Putina doszło
do swoistej syntezy euroazjatyzmu,
koncepcji Czubajsa i wpływów KGB.
Z całą mocą powróciła też idea odbudowy
imperium, w którym ideologię komunistyczną
zastąpiono nacjonalizmem.
To wręcz narzucało priorytety rosyjskiej
polityki historycznej. Zaczęto więc głosić,
przeciwnie niż za czasów Jelcyna,
że za Katyń odpowiedzialni są Niemcy,
a świętem narodowym, w miejsce rocznicy
wybuchu rewolucji październikowej,
ogłoszono rocznicę wypędzenia Polaków
z Kremla w 1612 roku. W myśl zasad tej
polityki Polska nie jest postrzegana jako
równorzędny partner. Takim partnerem
są bowiem dla Rosji Stany Zjednoczone
i Unia Europejska.
My musimy jednak, nie bez niepokoju
dostrzegać, że Niemcy – najważniejszy
gracz w Unii Europejskiej – wybiera raczej
samodzielne dogadywanie się z Moskwą
z pominięciem Brukseli. W stosunkach
zaś Polski z Niemcami, co z naciskiem
wykazywał znany publicysta Piotr Semka,
najważniejszym problemem pozostaje
pojednanie. Nie widać niestety końca
tego procesu. Przeciwnie pojawiają się
wciąż nowe jego fazy, inicjowane zresztą
przez Niemcy. Takim charakterystycznym
faktem było zażądanie w 2002 roku przez
kandydującego na urząd kanclerza Niemiec,
premiera Bawarii Stoibera, uznania
za nieważne dekretów Benesza o wysiedleniach
Niemców z Czech i dekretów
Bieruta o wysiedleniach Niemców z polskich
ziem zachodnich.
Rozliczenia z przeszłością rozpoczęło
w Niemczech pokolenie 68. Oskarżało
ono co prawda pokolenie rodziców,
że byli faszystami, ale ta sama generacja
zaczęła wskrzeszać pamięć o wypędzeniach
i zrzucać z Niemców ciężar i winę
sprawców II wojny światowej. Obecnie
działalność mającą de facto na celu wykreowanie
nowej świadomości historycznej
Niemców jako narodu pokrzywdzonego,
prowadzi Erika Steinbach. Jej
program budowy Muzeum Wypędzeń,
jak to podkreślał Piotr Semka, powstał
i jest realizowany na bazie głębokiej dechrystianizacji
życia w Niemczech, co
dotyczy również niemieckiej chadecji.
Zaniknęła tam pamięć o wzajemnym
wybaczeniu, do którego wezwały na
początku lat 60. Episkopaty Polski i Niemiec.
Wobec faktów instrumentalizowania
i podporządkowywania polityki historycznej
podporządkowywania interesom
państwowym przez Rosję i Niemcy, musi
niepokoić fakt wycofywania się Polski z
prowadzenia konsekwentnej polityki
historycznej. Znalazło to wyraz w wypowiedzi
senator Doroty Arciszewskiej-
Mielewczyk, założycielki Powiernictwa
Polskiego, zaangażowanej obserwatorki
i uczestniczki polityki polskiej, zwłaszcza
w zakresie polityki zagranicznej i bezpieczeństwa państwa. Jak stwierdzała
senator Arciszewska, rząd Platformy
Obywatelskiej, uprawiając politykę
„umizgów i uśmiechów”, unika prawdziwych
problemów. Chodzi tu zwłaszcza
o walkę o prawdę, która w stosunkach
z Niemcami ma zasadnicze znaczenie.
Nie chodzi bowiem o to, żeby mieć dobre
stosunki w myśl zasad poprawności
politycznej, żeby dobrze pisały o nas
niemieckie gazety, ale uzyskać coś od
Niemców w interesie naszego kraju.
Podczas dyskusji panelowej w Instytucie Kultury Chrześcijańskiej im. Jana Pawła II . Wypowiada się jeden z panelistów – red. Grzegorz Górny.
Tymczasem w ostatnim okresie stosunki
polsko-niemieckie stają się coraz
bardziej asymetryczne. Coraz częstsze
są kolizje interesów między Warszawą
a Berlinem. Zaszłości historyczne rzutują
na stosunki między obu państwami.
Tak jest ze sprawą niemieckich roszczeń
o zwrot mienia pozostawionego na ziemiach
polskich, czy zwrotem zagrabianych
w czasie wojny dóbr kultury. Niemcy
są tu bardzo konsekwentni i skuteczni.
My zaś spraw tych nie zabezpieczyliśmy
w podpisanych już w latach 90. traktatach
z Niemcami.
Polska – Niemcy – pogłębiająca się asymetria
Mnożą się i muszą niepokoić nas
fakty świadczące o porozumiewaniu się
Niemców i Rosjan ponad naszymi głowami.
Świadczy o tym choćby budowa
gazociągu północnego, który omija nasz
kraj i nie dość, że narusza nasze interesy,
to stanowi zagrożenie dla polskiej suwerenności.
Jeśli dodać, że polityka rosyjska
jest w Polsce traktowana z dużą nieufnością,
to widoczne w działaniach Kremla
dążenie do ponownego podporządkowania
gospodarczego naszego kraju, do
czego drogą jest dążenie do opanowania
sektora energetycznego, stanowi poważne
wyzwanie dla polskiej polityki.
Powstaje most Berlin–Moskwa
O ile Niemcy i Rosja różnią się co do
pojmowania praw człowieka, to blisko
współpracują w kwestiach gospodarczych
i obrony interesu narodowego. Wielce
charakterystyczne było tu traktowanie
przez naszych sąsiadów dążeń Polski do
podpisania umowy ze Stanami Zjednoczonymi
w sprawie tarczy antyrakietowej;
Rosja była ustosunkowana wrogo,
a Niemcy wyrażali zaniepokojenie tym
naszym dążeniem, jako przejawem prowadzenia
samodzielnej polityki.
Generalnie zaś Polska ma sprzeczne,
szczególnie z Rosją, interesy geopolityczne.
Świadczy o tym współpraca z
Ukrainą, budowa gazociągu północnego,
tarcza antyrakietowa, pojmowanie
praw człowieka, kwestie historyczne,
zwłaszcza sprawa Katynia, wreszcie dążenie
Rosji do odzyskania dominacji gospodarczej
nad Polską.
Z Niemcami zaś różni nas sprawa
gazociągu północnego, rosnące w siłę
partie nazistowskie, działające zresztą
legalnie, drażliwa kwestia dzieci z rodzin
mieszanych, tworzenie przez Niemców
nowej tożsamości historycznej, czego
wyrazem jest budowa Centrum przeciw
Wypędzeniom. I sprawa roszczeń własnościowych.
Niepokojący dla nas Polaków jest widoczny
coraz wyraźniej most porozumienia
wokół tych spraw między Berlinem
a Moskwą. Nie jest to kwestia polskich
antyniemieckich czy antyrosyjskich fobii,
ale historycznego doświadczenia.
Jak bowiem powiedział Prymas Tysiąclecia
kard. Stefan Wyszyński: Człowiek
jest odpowiedzialny nie tylko za uczucia,
które ma dla innych, ale i za te, które
w innych budzi.
Mając zatem silniejszych sąsiadów
konsekwentnie realizujących swe interesy
powinniśmy dążyć do tworzenia europejskiej
solidarności. Ten priorytet naszej
polityki wydaje się nie mieć alternatywy.
Z całą pewnością zaś nie jest taką alternatywą
polityka pozorów, umizgów, uśmiechów,
gdyż prowadzi ona do zagrożenia
naszych interesów narodowych. |
| str. 34 |
| Społeczeństwo |
| Sport przyciąga miliony ludzi, łączy ich fascynacja sportem i miłość herosów |
| W nienawiści jest strach |
| Przed laty burdy na stadionach oglądaliśmy z niesmakiem tylko w telewizji, bo dotyczyły obiektów
w Wielkiej Brytanii, Holandii, Belgii i we Włoszech i innych państw. Dziś na własnej skórze poznajemy
„smak” tego zjawiska. |
|
| Przemysław Michalski |
Rodzi się bunt. Wyzwala agresja. Jednak
w sytuacjach szczególnych następuje
zbratanie kibiców. Wszyscy
pamiętamy swoiste przymierze nieznoszących
się na co dzień kibiców Wisły i Cracovii
i po śmierci Ojca Świętego Jana Pawła
II. Szkoda, że na chwilę...
Źródła stadionowego chuligaństwa
Każdy człowiek, biedny czy bogaty, chce
się czymś emocjonować, z czymś identyfikować.
Sport spełnia taką funkcję. Ma jeszcze
i inną zaletę, szczególnie istotną dziś, kiedy
Polska walczy o swoją pozycję w Europie.
Największe sportowe gwiazdy ocieplają wizerunek
krajów, których barwy reprezentują.
Dużą rolę odgrywają właśnie kibice będący
swoistymi ambasadorami kraju. Przykładem
są fani siatkarscy. Włosi zdążyli nawet
ukuć powiedzenie: kibicować „alla Polonia”,
czyli jak Polacy. Sport pozwolił Włochom
spojrzeć na zupełnie inną Polskę – spontaniczną,
wesołą i rozśpiewaną.
Stadionowe chuligaństwo w Polsce istnieje
już od lat 70. Ale przed 1989 rokiem
fakt ten był jednak starannie ukrywany –
jako przykład można podać zamieszki związane
z finałem Pucharu Polski pomiędzy
drużynami Lecha Poznań i Legią Warszawa.
Dramatyczne zajścia miały miejsce w Częstochowie.
Zginęła wtedy jedna osoba. Istnieje
wiele teorii dotyczących wyjaśnienia
zachowań pseudokibiców – socjologicznych,
psychologicznych czy cywilizacyjnych.
W Polsce niewątpliwie mamy do czynienia
z problemem związanym po części
z sytuacją społeczną. Przemiany lat 80.
i 90. spowodowały osłabienie autorytetów.
Wcześniej nie było w społeczeństwie takiego
poczucia bezkarności.
Szalikowcy i ultrasi
Czy my w ogóle coś wiemy na temat
tych młodych ludzi zapełniających nasze
stadiony? Młodzi kibice to głównie osoby,
które identyfikują się z klubem piłkarskim
ze swojego miasta (lub z jednym z klubów
swojego miasta). Są bardzo podatni na
wpływy, łatwo ich pobudzić do działania,
także negatywnego. Młodzi ludzie szukają
wzorców, autorytetów, możliwości identyfikacji
w zbiorowości. I to może im zapewnić
sympatyzowanie z klubami piłkarskimi.
Jednocześnie w wielu wypadkach nie mają
możliwości „wyżycia się”. Kibicowanie
w pewnym stopniu na to pozwala.
Fani klubu piłkarskiego dzielą się na
szalikowców i ultrasów. Ci pierwsi chodzą
porządnie ubrani, nie piją, nie biorą narkotyków,
prowadzą sportowy tryb życia. Jednak
wszystkich pociąga zadyma, chęć sprawdzenia
się w starciu z inną grupą. Czy to spostrzeżenie
podziela inspektor Michał Czeszejko-
Sochacki z Komendy Głównej Policji?
Policja dzieli kibiców na trzy kategorie:
A – kibiców spokojnych, zainteresowanych
wydarzeniem sportowym, nieuczestniczących
w zadymie; B – kibiców, którzy w określonej
sytuacji mogą wywołać burdę (np.
sprowokowani), oraz kibiców C – zainteresowanych
głównie walką z innymi podobnymi
grupami. Fanów można podzielić na
zwykłych kibiców, zainteresowanych przede
wszystkim wydarzeniem na boisku, którzy
chcą oglądać rywalizację i robić to w normalnych
warunkach (przez innych kibiców
nazywanymi często „piknikami”). Szalikowcy
z kolei to grupa niejednorodna. Nie
są to jedynie ludzie wywodzący się z niższych
grup społecznych. Cechuje ich duże
zaangażowanie, fanatyzm w odniesieniu do
własnego klubu i utożsamianie się z nim.
Pewna ich część (w dużej mierze ci, którzy
podróżują na mecze wyjazdowe) może zostać
zaliczona do wspomnianej kategorii B,
czyli w określonych okolicznościach naruszająca
porządek. Ultrasi to z kolei kibice
zaangażowani przede wszystkim w oprawę
meczu, czyli organizowanie różnych pokazów
choreograficznych z udziałem flag,
serpentyn, a także, co niestety staje się niebezpieczne,
z użyciem materiałów pirotechnicznych
(race, ognie wrocławskie). Działają
jeszcze tzw. „hools”, czyli swoiste „bojówki”
identyfikujące się z danym klubem. Są to
grupy (zwykle niezbyt liczne), które zainteresowane
są przede wszystkim konfrontacjami
z im podobnymi, czy to na stadionie
podczas meczu, czy w ramach tzw. „ustawek”.
Potrafią się bić, ćwiczą sztuki walki
i prowadzą sportowy tryb życia.
Zadania policji
Często zadajemy sobie pytanie, dlaczego
policja reaguje dopiero w sytuacji ekstremalnej?
– Podejmujemy reakcję – mówi inspektor
Czeszejko-Sochacki – gdy tylko zachodzi
niebezpieczeństwo zakłócenia porządku
publicznego, naruszenie prawa. Trochę
jest inaczej, gdy do takiej sytuacji dochodzi
na obiekcie sportowym. Zgodnie z przepisami
ustawy o bezpieczeństwie imprez
masowych za bezpieczeństwo w miejscu
przeprowadzenia imprezy odpowiada jej
organizator. On jest zobowiązany do wystawienia
odpowiednio przygotowanych
służb porządkowych. Policja jest również
przygotowana do interwencji, ale pozostaje
poza obiektem. Gdy dochodzi do
naruszenia prawa, a służby organizatora
nie są w stanie przywrócić porządku, policja
wkracza do akcji na pisemny wniosek
przedstawiony przez upoważnioną osobę,
zwykle kierownika ds. bezpieczeństwa,
dowódcy policyjnego zabezpieczenia.
Rozgrywki sportowe wywołują silne emocje
i czasem trudno jest zaobserwować tę
nieuchwytną granicę pomiędzy żywiołem,
spontanicznym kibicowaniem czy też okazywaniem
negatywnych emocji, a zachowaniem,
które za chwilę będzie skutkować
naruszeniem prawa.
Przykład kultury stadionowej
O dziwo, na meczach bokserskich awantur
jest mniej... Ten fakt może dziwić. Ale
okazuje się, że spokojnej jest na meczach
żużla i wielu innych dyscyplinach. Tylko
tam mamy do czynienia z licznymi przerwami
w rywalizacji sportowej, wynikającymi
m.in. z charakteru dyscypliny. Na meczu
piłkarskim emocje „grają” dwa razy po 45
minut. I kibice nie mają czasu na „wyciszenie”.
W tej swoistej grupie zanika poczucie
indywidualnej odpowiedzialności. Dominująca
staje się licytacja przemocy.
– Dla fanów sportu żadne rozgrywki
nie stanowią pretekstu do „draki” – mówi
inspektor Czeszejko. – Natomiast są grupy,
niemające nic wspólnego z prawdziwymi
kibicami, które wykorzystują możliwość
przebywania w tłumie, emocje nimi sterujące
do wywołania zamieszania i „wyładowania”
własnej agresji.
Rola służb porządkowych
Przed pamiętnym meczem Polska
– Anglia miało miejsce tragiczne wydarzenie.
Młody dwudziestoletni chłopak przyjechał
ze Szczecina do Chorzowa. Wsiadł
do tramwaju jadącego na stadion śląski.
Wybrał wagon, w którym liczebną przewagę
mieli chuligani z Krakowa. Tramwaj ruszył, tamci zaatakowali. Dostał nożem
w klatkę piersiową. Ciało wyrzucili na ulicę.
Zgroza. Rodzi się pytanie, czy służby
porządkowe są bezsilne?
– Nie są – mówi inspektor Czeszejko.
– Jednak nie można oczekiwać, że kwestie
chuligaństwa stadionowego rozwiąże
jedynie policja. Jest to przecież problem
społeczny, więc potrzeba wspólnego skoordynowania
wielu podmiotów takich jak
kluby, związek piłkarski, władze lokalne,
organizacje społeczne, sądy czy prokuratura.
Obecnie zamiast współpracy dominuje
zrzucanie odpowiedzialności na
innych.
Za porządek na arenie sportowej odpowiada
organizator. Ma swoje służby, które
powinny pilnować respektowania przepisów
prawa, obowiązujących regulaminów obiektów,
zasad uczestnictwa w imprezie sportowej.
Nie zwalnia to jednak policji z ogólnej
odpowiedzialności za bezpieczeństwo i porządek
publiczny w każdym miejscu. Dlatego
też podczas imprez masowych policja
zawsze jest gotowa do podjęcia interwencji,
choć znajduje się poza miejscem gdzie przeprowadzana
jest impreza masowa.
Napatrzyliśmy się burdy na stadionach
angielskich. Ale tam policja i służby porządkowe
opanowały sytuację, nabrały doświadczenia
w skutecznym zapobieganiu aktom
przemocy na arenach sportowych. Może
powinniśmy wziąć przykład z wyspiarzy?
Do opanowania sytuacji związanej
z chuligaństwem w Anglii nie przyczyniła
się jedynie policja. Bardzo ważna była decyzja
rządu, który dokonał zmian w prawie
karnym, dzięki którym chuliganów czeka
dotkliwa i natychmiastowa kara. Wymuszono
także inwestycje w infrastrukturę, w tym
na rozwiązania pozwalające na zwiększenie
bezpieczeństwa: dobrej jakości monitoring,
systemy identyfikacji poszczególnych osób,
aby nie pozostawały anonimowe.
Zdecydowaną większość działań, jakie
podjęto w Anglii, można zaadaptować do
polskich warunków. Nie możemy rozwiązań
brytyjskich przenieść „żywcem” na
nasz grunt. Na przeszkodzie stoi inny system
prawny, inne są możliwości finansowe,
inne jest społeczeństwo. Możemy jednak zaczerpnąć
od nich jedno – stworzyć wspólny
front do walki z chuligaństwem, na którym
po jednej stronie staną: rząd, ustawodawca,
związek piłkarski, kluby szkoły, sądy prokuratura
i policja oraz wszyscy ci, którzy mają
wspólny cel i razem będą go chcieli osiągnąć,
a jest nim kultura widowiska sportowego.
I nikt nie będzie zrzucał odpowiedzialności
na innych. Z problemem chuligaństwa musimy
więc walczyć codziennie, a nie tylko
wtedy, gdy burdy pseudokibiców zostaną
nagłośnione przez media.
Organizatorom zależy na spokoju podczas
widowisk sportowych. Muszą jednak
uświadomić sobie swoją odpowiedzialność,
a także fakt, że nic „samo się nie zrobi”.
Jeśli chcą mieć liczną widownię muszą
stworzyć jej odpowiednie warunki, poprawić
infrastrukturę obiektów, unowocześnić
stadiony, zainstalować systemy bezpieczeństwa,
między innymi monitoring i właściwie
go wykorzystywać. Tak już się dzieje
na niektórych stadionach w naszym kraju.
Jednocześnie nie bać się chuliganów; organizatorzy
muszą umieć, a przede wszystkim
chcieć korzystać z prawa, jakie mają
– nie wpuszczać na obiekty tych, którzy nie
potrafią respektować zasad uczestnictwa
w imprezie.
To gospodarz określa warunki, na jakich
przyjmuje gości, a takimi są widzowie na imprezach
sportowych. Ten, kto nie ma sobie
czegoś do zarzucenia, nie musi się niczego
obawiać. O zamachach na prywatność mówią
tylko ci, którzy czegoś się obawiają. Klubom
po trosze brakuje środków na właściwe
zabezpieczenie stadionów, hal. Nie zwalnia
ich to jednak od odpowiedzialności. |
| str. 36 |
| Kultura |
| Rok Zbigniewa Herberta |
| Pan Cogito i cnoty |
| Cykl Zbiegniewa Herberta o Panu Cogito, ale i inne jego wiersze stanowią dobry pretekst do
ukazania stosunku autora „Barbarzyńcy w ogrodzie” do cnót dość szeroko pojętych, ale opartych
na fundamencie cnót kardynalnych, nazywanych w Katechizmie Kościoła katolickiego cnotami
teologicznymi. Te ostatnie to triada: Wiara, Nadzieja i Miłość („z tych najważniejsza jest Miłość”).
Do cnót kardynalnych zaliczamy roztropność, sprawiedliwość, męstwo i umiarkowanie. Cnót
ludzkich (w dalszym ciągu wedle terminologii KKK) jest zresztą więcej, należą do nich: pokora,
czystość (albo niewinność), pracowitość i wiele innych. |
|
| Jerzy Biernacki |
Ukazanie się w 1956 roku Struny
światła było swoistym „wejściem
poetyckiego smoka” w uwolnione
nagle z kagańca socrealizmu życie literackie
PRL-u. Przy tym jedynie wtajemniczeni
wiedzieli o latach samotniczego frontu
odmowy poety, będących zarazem latami
głodu i nędzy, co było ceną płaconą za
niezłomność. Piszę „samotniczego frontu
odmowy”, jakkolwiek nie był to jedyny
przypadek tego rodzaju, żeby wymienić
chociażby Jerzego Narbutta, który z tych
samych względów opóźnił swój książkowy
debiut jeszcze o rok dłużej, doznając podobnych
jak Herbert perturbacji, szykan,
a także biedy i głodu. Ale nie ma mowy
o jakiejś „grupie”, chociaż kilku starszych
pisarzy, jak Wojciech Bąk, Władysław
Jan Grabski czy January Grzędziński, no
i oczywiście – wiekowo pośrodku między
tymi i tamtymi – Leopold Tyrmand,
było w podobnej sytuacji. Każdy z nich
samotniczo znosił dobrowolnie przyjęty
ostracyzm, zazwyczaj w ogóle o sobie
nie wiedząc. Wiedza o tych dramatycznych
zaszłościach w życiu młodego poety
mogła być jedynie rezultatem środowiskowych
plotek, a już o jego związkach
z AK i związanych z tym wewnętrznych
zobowiązaniach, co znajdowało wyraz w
twórczości, jedynie najbardziej przenikliwi
mogli się domyślać. Ci może, którzy
podobne związki mieli w swoich biografiach
lub dociekali tajemnic przeszłości,
korzystając z tego, że „karzeł reakcji” przestał już być „zapluty”, jakkolwiek pozostał
obywatelem drugiej czy trzeciej kategorii
i zawsze mógł spotkać się z takimi czy innymi
restrykcyjnymi działaniami tajnych
służb.
Krytyka i szeregowi odbiorcy byli
zaskoczeni niezwykłą świeżością i rozległością
poetyckich wizji, nierzadko
ubranych w kostium antyczny (Do
Marka Aurelego, O Troi, Do Apollina,
Do Ateny), niekiedy nawiązaniami do
tonu Norwidowskiego czy do poetyki
diamentów, którymi strzelano do wroga,
a więc jego rówieśników poległych
w powstaniu warszawskim – Krzysztofa
Kamila Baczyńskiego czy Tadeusza Gajcego.
Herbert pisał na przykład:
Złóż ręce tak by sen zaczerpnąć
tak jak się czerpie wody ziarno
a przyjdzie las: zielony obłok
i brzozy pień jak struna światła
i tysiąc powiek zatrzepoce
liściastą mową zapomnianą
odpomnisz wtedy białe rano
Gdyś czekał na otwarcie bram (…)
Las Ardeński
Trudno tego dowieść, ale „na słuch”
można zauważyć pewne podobieństwo
poetyk.
W pierwszych tomach poetyckich
Herberta dostrzegano przede wszystkim
odrodzeńczy żywioł nowej poezji, niedostępną
innym poetom umiejętność
kontynuacji nurtu najwybitniejszych
poprzedników, w całkowicie oryginalny
sposób (ten paradoks jest równie prawdziwy,
jak słowa z Przesłania Pana Cogito:
„bo tak zdobędziesz dobro którego
nie zdobędziesz”). Zachwycano się męskim
tonem dialogu z dawnymi bogami
i postaciami starożytnymi, takimi jak
Marek Aureliusz czy Cicero (charakterystyczne,
że Cezar nie był z bajki Poety!).
Pod tymi maskami i kostiumami
nie odkrywano rzeczywistej postawy
Herberta, uważającego się za strażnika
dziedzictwa i pamięci poległych obrońców
ojczyzny, a wiersze pisane wprost na
ten temat traktowano zapewne jako nieodzowny
trybut poety polskiego, który
przecież nie może całkiem pominąć tak
martyrologicznych tradycji.
Czytelnik zapewne niecierpliwi się
i zastanawia, co to ma wspólnego z cnotą
czy cnotami w tej twórczości. Jeszcze
chwila cierpliwości.
Jak wiadomo, Herbert, jak tylko stało
się to możliwe, dużo podróżował. Właściwie
najwięcej czasu, począwszy od
1958 roku, aż po lata 90., spędzał za granicą.
Praktycznie był emigrantem, w PRL
zaś był emigrantem wewnętrznym. Podróżował
do źródeł europejskiej kultury
i sztuki, europejskiej cywilizacji. Sprawdzał
jej wartość. Opukiwał różne miejsca
w basenie śródziemnomorskim, badając,
które wydają pusty odgłos, a które zachowały
swój miąższ i kształt, a także znaczenie.
Ale jak pisze Jacek Łukasiewicz
w książce pt. Herbert nie czyni tego jedynie
we własnym imieniu. Podróżuje i
wchodzi w interakcję z zasobami i wytworami
sztuki europejskiej, poddaje je
badaniu instrumentami swojej wrażliwości
i wiedzy, w imieniu poległych swoich
rówieśników, którym nie było to dane.
Poeta traktuje to jako zobowiązanie.
Pamięć o poległych, młodych bohaterach,
tak niesłychanie ważna w Polsce
od dawna, od czasu, gdy każde niemal
kolejne pokolenie Polaków musiało (a
czy nie musiało?) oddawało życie za ojczyznę,
jest – by tak rzec – odpryskiem
jednej z cnót kardynalnych, tej najważniejszej:
Miłości. Nie dajmy zginąć poległym
– woła Herbert w Trzech wierszach
z pamięci z tomu Struna światła. Są dziesiątki
wierszy Herberta poświęcone tej
tematyce, począwszy od Dwóch kropel,
według Herberta, pierwszego wiersza
uznawanego za dojrzały.
Zbigniew Herbert
Drugim ważnym motywem podróży
poety jest dążenie do doskonałości, do
spotkania z doskonałością. W czasach
chaosu i ogólnego znijaczenia świata
brzmi to jak anachronizm. Ale w czasach
mojej młodości, pełnej buntu i kontestacji,
dążenie do doskonałości brzmiało
i było traktowane poważnie. Skojarzone
z owym zobowiązaniem wobec poległych
w pojęciu Herberta nabiera szczególnej
wartości. Z punktu widzenia jakichkolwiek
rozważań o cnotach – dążenie do doskonałości
jest bez wątpienia jedną z nich
czy też po prostu rezultatem ich obserwacji,
czyli uprawiania i przestrzegania.
Jedną z wyróżniających cech w twórczości
poetyckiej Herberta jest szczególny
stosunek poety do rzeczywistości,
a nawet do poszczególnych przedmiotów,
składających się na nią. Tytuł tomiku
(i wiersza) Studium przedmiotu pojawił
się nie bez powodu. Rzeczywistość
jest dla Herberta swoistym wyznacznikiem,
alfą i omegą, a wierszy o różnych
przedmiotach – stołkach, kołatkach,
krzesłach, kamykach i kamieniach
(te zajmują szczególne miejsce w swoistej
filozofii Herbertowskiej rzeczywistości)
– znajdujemy ich dziesiątki od początku
twórczości Poety. Taki stosunek do
przedmiotu i rzeczywistości nieżyjący
o. prof. Mieczysław Albert Krąpiec
z całą pewnością oceniłby jako przejaw
uprawiania cnoty roztropności. Przedmiotowość
poezji Zbigniewa Herberta
w swojej rozległości, ważności i szczególności
odpowiada wielkości i geniuszowi
jej podmiotowości.
Nie ukrywam, że zależało mi na
tym, by dowieść obecności istotnych
motywów (nazwijmy je za poetą „gorzko-
patriotycznymi”) i śladów uprawiania
przez poetę pewnych cnót we wczesnych
fazach jego
twórczości. Ważne
jest, żeby powiedzieć
to, czego nie chcą
przyznać pewne środowiska
salonowe, że
w życiu Herberta nie
było żadnego wielkiego
przełomu (ani
tym bardziej zmiany
poglądów w wyniku
choroby psychicznej!),
w kierunku nacjonalistycznym,
lecz
że ów nurt „gorzkopatriotyczny”
oraz związany z cnotami
od początku charakteryzował jego
twórczość poetycką.
Również cnota męstwa – aż do poświęcenia
życia w imię ideałów takich
jak ojczyzna czy wolność, o czym można
przeczytać w Katechizmie Kościoła
katolickiego (!), w tak oczywisty sposób
charakteryzująca cykl wierszy o Panu
Cogito i „Raport z oblężonego miasta”,
też, wbrew pozorom, nieustannie funkcjonuje
w wielu wcześniejszych wierszach.
Zbigniew Herbert nie jest poetą
kalkulującym, jego wypowiedzi poetyckie
i dyskursywne charakteryzuje
pewność osobistej postawy, co nie znaczy,
że wszystko wie i wszystko potrafi
z miejsca rozstrzygnąć. Ale zawsze wie,
po której stanąć stronie, i jest to zawsze
strona słabszych, krzywdzonych,
poległych. Pamiętając Przesłanie Pana
Cogito, ten poemat wszech czasów,
zbyt prostą rzeczą jest mówić o cnocie
wierności, odwagi, a więc męstwa,
a także sprawiedliwości i wytrwałości.
Jak wiemy z ewokatywnego tonu czy
charakteru wiersza, mamy tu do czynienia
z wymaganiami i wyzwaniami
wprowadzania tych cnót w życie, czego
poeta od nas wymaga. Pewnie niewielu
z nas jest w stanie sprostać temu
wyzwaniu. Ale „w ostatecznym rachunku”
tylko maksymalne wyzwania się liczą
i tylko na takie warto odpowiadać.
A więc „idź wyprostowany wśród tych
co na kolanach”, ale też „strzeż się jednak
dumy niepotrzebnej/ oglądaj w lustrze
swa błazeńską twarz/ (…) strzeż
się oschłości serca kochaj źródło zaranne/
ptaka o nieznanym imieniu dąb
zimowy/ światło na murze splendor
nieba (…)”. Cnoty, cnoty, same cnoty.
Miłość, męstwo, skromność. Taki jest
cały Herbert, cała jego twórczość.
Pozostaje do wyjaśnienia, jak należy
rozumieć owe Herbertowskie cnoty.
Czy dokładnie zgodnie z KKK? Czy
Zbigniew Herbert – w swojej poezji,
a także w życiu – był chrześcijaninem,
czy katolikiem? „Ja jestem rzymski katolik,
ale bardziej rzymski niż katolik”
– powiedział kiedyś żartobliwie. Na pytanie
o Boga, zadane mu na spotkaniu
w kościele NMP na Nowym Mieście
w Warszawie w 1984 roku, odrzekł,
iż Bóg jest niepojęty i że to jest wszystko,
co na ten temat może powiedzieć.
Paweł Lisicki, obecny na tym spotkaniu,
odniósł wrażenie, że wszystko, co mówił
poeta, było jakieś niechrześcijańskie.
Też tam byłem i odniosłem zupełnie
inne wrażenie. Bohdan Urbankowski
w książce „Poeta, czyli człowiek zwielokrotniony”
mówi o przybliżaniu się
i oddalaniu poety od Boga, nie rozstrzygając,
który z tych ruchów nastąpił
pod koniec życia. Ostatnie słowa
wiersza Brewiarz nie pozostawiają wątpliwości.
Poezja Herberta na pewno nie
jest pogańska, a cnoty, jak wiadomo, są
tylko te, które są. Niezmienne. I tylko
to jest ważne. |
| str. 38 |
| Kultura |
| Wakacje ks. Jana Twardowskiego |
| Wakacje to dni podarowane przez Boga |
| Ks. Jan Twardowski urodził się w Warszawie, tu się wychował i zdobył wykształcenie. Niemal całe jego życie upłynęło w samym sercu stolicy, między
ulicami: Koszykową, gdzie przyszedł na świat, Elektoralną, gdzie rodzina Twardowskich zamieszkała po odzyskaniu niepodległości, Kapucyńską, przy
której mieściło się Gimnazjum im. Tadeusza Czackiego, wreszcie Krakowskim Przedmieściem, gdzie najpierw studiował polonistykę na Uniwersytecie
Warszawskim im. Józefa Piłsudskiego, a po wojnie w seminarium duchownym przygotowywał się do kapłaństwa, by po jedenastu latach (od 1959 roku)
zamieszkać przy klasztorze Sióstr Wizytek – Krakowskie Przedmieście 34 – jako ksiądz rektor już do końca długiego, dziewięćdziesięcioletniego życia. |
|
| Waldemar Smaszcz |
Twardowski należał do nielicznej w polskiej literaturze grupy
pisarzy na wskroś warszawskich, jak choćby starszy o pokolenie
Jan Lechoń, autor najpiękniejszych strof o rodzinnym mieście.
W tym przypadku okazało się, że tak jednoznaczna biografia
w najmniejszym stopniu nie wpłynęła na charakter twórczości i
światopogląd poetycki autora Sześciu pór roku. Jan Twardowski od
początku nie czuł się człowiekiem miasta, przeciwnie, wielokrotnie
podkreślał swoją niechęć do cywilizacji urbanistycznej, by przywołać
zaskakujące wyznanie z wiersza Dzieło rąk Kainowych:
Ucałuję cię, Biblio, bo w tobie są słowa,
że Kain pierwsze miasto na ziemi zbudował
(...)
Kiedy zaś po święceniach kapłańskich został skierowany do
pracy w parafii w Żbikowie, które dzisiaj jest dzielnicą Pruszkowa,
lecz w 1948 roku był wsią, był bardzo szczęśliwy. Tym boleśniej
przeżywał powrót do Warszawy w 1952 roku, o czym wiemy z głośnego
wiersza Pożegnanie wiejskiej parafii. Wykształcony polonista
świetnie wykorzystał poetykę valety, niemal zupełnie zapomnianego,
choć znanego już w starożytności gatunku lirycznego:
Pożegnać wikariatę na niewielkim piętrze
zabrać Biblię w tłumoczek kazania gorętsze
a sad sobie zostanie z gęsiami i płotem
(...)
Pora odejść żal tając jak iskry niezgasłe
że mnie ze wsi zabrali by pokrzywdzić miastem
(...)
„Żal”, jedno z ulubionych słów księdza-poety, powraca w tym
wierszu kilkakrotnie, jakby na potwierdzenie wyznania Antoniego
Słonimskiego z pięknego liryku tak właśnie zatytułowanego: „Jak
różne są rzeczy ukryte/ W króciutkim wyrazie: żal”. Czego więc młodemu
księdzu było żal: „...szkoły dzieci w ławkach woźnej z pękiem
kluczy/ (...)/ kulawych i głuchych chorego w szpitalu/ bardzo dawnej
paniusi w przedpowstańczym szalu/ przygotowań do wilii smutnej
oczywiście/ gdy opłatek od matki drży na poczcie w liście”.
Rękopis wiersza „W jarzębinach”, przepisanego z dedykacją dla Waldemara Smaszcza
Czytając owe wyliczenia, trudno nie skonstatować, że
przecież wszystko to mógł mieć w nowym miejscu posługi
kapłańskiej. Żegnał się jednak i z czymś, co ponad wszelką
wątpliwość tracił, a co od dzieciństwa było mu tak bliskie:
Tak smutno psy porzucać. Tak zapomnieć trudno
wodę w stawie mierzoną złocistą sekundą
las z dzięciołem
To był jego świat, tam czuł się najlepiej, mógł – jak kiedyś
w dzieciństwie – znikać na cały dzień w okolicznych lasach,
wędrować po polnych ścieżkach, brodzić po łąkach, zbierając
znane z imienia zioła i kwiaty do zielnika, jakby wciąż trwał ów
szczęśliwy czas „tajemniczego ogrodu” z dzieciństwa.
Zachwyt nad dziełem Stwórcy
We wstępie do pierwszego wyboru swoich wierszy w „Bibliotece
Poetów” LSW (1979) napisał:
„Zachwyca mnie otaczający świat, jego kolor, dźwięk, zapach,
różnorodność. Wracam do starego Linneusza, który nazywał po
imieniu zwierzęta, ptaki, rośliny. Długo i cierpliwie uczyłem się
przyrody, czytałem książki przyrodnicze. Zbieram zielniki. Kiedy
się mówi tyle o człowieku, o różnie pojmowanym humanizmie –
widzę urok szpaka, wilgi, dzikiego królika, szorstkowłosego wyżła.
Juliusz Słowacki w znanej strofie z Beniowskiego pisze, że Bóg jest
Bogiem rozhukanych koni, a nie pełzających stworzeń; sądzę, że
jest także Bogiem chrząszczy, mrówek, biedronek i szczypawek.
Czy takie widzenie przyrody nie uczy nas pokory?
Przecież to samo światło pada i na ludzi, i na koniki polne,
i na świerszcze.
Świat dany nam jest w sposób rzeczywisty, a nie wyobraźniowy.
Nie istnieje jako pomyślenie czy poetycka rzecz. I dlatego lubię
nazywać po imieniu drzewa, kwiaty, kamienie. Daleki jestem
od operowania, tak powszechnego dziś, znakami: ptak, zwierzę,
ryba, liść, kwiat. Widzę bowiem dzięcioła, kosa, bociana, słonia,
pstrąga, ślaz, borsuka, wrotycz, makolągwę – konkretny, nie
anonimowy świat. Wiem, że liść wiązu drapie, a gryka rośnie na
czerwonej łodydze, że gile mają nosy grube, a dudki krzywe, że
pstrągi są szaroniebieskie, a wilcza jagoda brunatno-fioletowa.
Zdumiewam się i zachwycam urodą i dziwnością widzialnego
i niewidzialnego świata. To, co widzialne, dotykalne, pozwala
określić granice niewiadomego i niepoznawalnego. Bez tej jedynej
bliskiej miary świata nie dałoby się też dostrzec i pojąć jego
nieuchwytnych tajemnic. Interesuje mnie więc wszystko: ptaki,
kwiaty, owady, kamienie. I zamiast o katedrach i gotykach wolę
pisać o drzewach, które mają w sobie coś ze wspomnienia raju.
Świat jest naprawdę cudowny...”.
Wyznanie to ma wręcz programowy charakter, jednakże
nawet po tak jednoznacznej wypowiedzi nadal nie do końca
wiemy – by sięgnąć do słownika poetyckiego samego autora
– „skąd przyszło” to wszystko.
Poeta bez biografii
Warszawski kapłan-poeta należał do tych literatów, którzy
niechętnie mówili o sobie. Przekonany, że „ksiądz czymś musi
różnić się od świeckich, nie powinno mu zależeć na pokazywaniu
siebie”, nie tylko unikał ujawniania własnego życiorysu,
ale też – poza niewielkim skarbczykiem szczególnie cennych
pamiątek, nazywanym przez księdza-poetę sztambuchem
– nie gromadził niczego, co mogłoby ułatwić zadanie przyszłym
biografom. Obszerniejsza nota o autorze po raz pierwszy
pojawiła się we wspomnianych Poezjach wybranych wyłącznie
dlatego, że taka była zasada edytorska serii „Biblioteka
Poetów”. Kiedy jednak wydawca najważniejszego przez wiele
lat wyboru wierszy Nie przyszedłem pana nawracać (1986)
zamieścił Posłowie o podobnym charakterze, poeta poprosił
o wycofanie tekstu i wszystkie następne nakłady zawierały już
tylko wiersze.
We wrześniu 1985 roku opublikowałem niewielki szkic
Warszawskie wiersze ks. Jana Twardowskiego. Poeta, zawsze niezwykle
życzliwy, tym razem po prostu mnie ofuknął: „A co ty
takiego mieszczucha ze mnie robisz?!”.
Ks. Jan Twardowski na wakacjach, lata 90.
Fot. Jadwiga Marlewska
I wówczas po raz pierwszy dowiedziałem się o źródłach
ogromnego umiłowania przyrody i wiążącego się z tym poczucia
obcości w mieście. Opowiedział o zupełnie nieznanych mi
faktach z własnej biografii. Zarówno rodziny ojca, jak i matki,
aczkolwiek zadomowione już w Warszawie, wywodziły się
z drobnego mazowieckiego ziemiaństwa. Konderscy wcześniej
posiadali majątek Oleksianka niedaleko Mińska Mazowieckiego,
podobnie Twardowscy (herbu Ogończyk, jak wiemy z jednego
z wierszy) gospodarzyli na jakiejś resztówce koło Piaseczna.
On sam wychowany został w miłości do przyrody od najwcześniejszego
dzieciństwa, kiedy to rodzice – jak wielu mieszkańców
Warszawy – wynajmowali na letnie miesiące mieszkanie
w Milanówku i cała rodzina żyła po prostu na wsi…
Syn państwa Twardowskich każdego roku niecierpliwie czekał
na wakacje, by wyjechać do Milanówka, a od pewnego czasu
do Druchowa, niewielkiego majątku, położonego między Płockiem
a Sierpcem, zakupionego już w wolnej Polsce przez wuja
Wacława Konderskiego, brata matki, dyrektora banku. Tam
właśnie przyszły poeta dogłębnie poznał polską wieś, przyrodę
z jej tajemnicami, ludzi, którzy doskonale rozumieli „mowę”
zwierząt, ptaków i roślin, z ich zachowania odczytywali charakter
pór roku, zmiany pogody, potrafili żyć w tym otoczeniu, jak
w znanym sobie świecie i była to wiedza, której próżno szukać
w najmądrzejszych książkach.
Po latach, będąc księdzem, przekonał się, że prawdy zapisane
w Piśmie św. znakomicie współbrzmią z tymi, które wyznaczają
odwieczny rytm przyrody. Stąd wyrosły takie wiersze, jak Na wsi,
z jednoznacznym przekonaniem: „Tu Pan Bóg jest na serio pewny i prawdziwy...”, bo tylko tutaj wiedzą „Jak odróżnić liść klonu
od liścia jaworu/ tak podobne do siebie lecz różne od spodu/
a liści nie zrozumiesz ani nie odmienisz”. Gdyby nie zachwyt dla
wszystkie go, co nas na wsi otacza, zapewne nie powstałoby wiele
utworów, w tym jeden z najpiękniejszych i najgłębszych w całym
dorobku ks. Twardowskiego, zatytułowany Świat:
Bóg ukrył się dlatego by świat było widać
gdyby się ukazał to sam byłby tylko
kto by śmiał przy nim zauważyć mrówkę
(...)
miłość której nie widać
nie zasłania sobą
Trudno jednak byłoby z tego utworu odczytać treści, jakie
były przedmiotem wspomnianej mojej rozmowy z ks.
Twardowskim. Wyraziłem więc żal, że prawie nikt o tym nie
wie, a są to przecież sprawy niezwykle istotne do zrozumienia
jego twórczości. Zażartowałem nawet, że to tak, jakbyśmy
z biografii Fryderyka Chopina usunęli jego związki z
wsią mazowiecką i nieśmiertelne wierzby, a zostawili jedynie
Warszawę i Paryż.
Jaka była moja radość, gdy w opublikowanym w następnym
roku zbiorku Na osiołku natrafiłem na wyjątkowo piękny liryk
Było, w którym znalazłem to wszystko, o czym mówił mi ksiądz
w naszej rozmowie:
Wiersze staroświeckie co wzruszają teraz
z rymami jak należy z przecinkiem i kropką
z dworem co znikł nagle cicho i na zawsze
a wiadomo cisza większa niż milczenie
i pamięć już posłuszna gdy przeszłość przychodzi
z babcią co na werandzie cerowała dziurę
(...)
Zamknąć piękno w słowach
Po latach, podczas kwerendy roczników „Kuźni Młodych”,
międzyszkolnego pisma literackiego, z którym w latach 1932–
–1935 poeta najpierw współpracował, potem wszedł w skład
redakcji, przez prawie dwa lata prowadząc „Poradnik Literacki”,
znalazłem wiele podobnych wypowiedzi, świadczących o
bardzo wczesnym ukształtowaniu się takiego właśnie widzenia
świata. Najciekawsze wydają się refleksje sformułowane przy
okazji oceny nadesłanych wierszy, będących lirycznym zapisem
wakacji na wsi (nr 15, 1935). Niezwykle surowy zazwyczaj
redaktor „Poradnika Literackiego”, częściej „odradzający” niż
„doradzający” – „radzę przestać pisać, nie można przecież literatury
pięknej uprawiać niepięknie” – tym razem niemal się
rozanielił:
„Bardzo miłe prace nadesłał nam kolega Atos. Mówią
nam one ťo wsiŤ, ťo szerokich łanachŤ, ťo żurawiach skrzypiących
Ť i ťo zapachu ziarna – ciągnącym od pól wieczorem
Ť.
Wszystkie te utwory, jakkolwiek opisane, odznaczają się
świeżością, prostotą i bezpośredniością ujęcia.
W Lipcu – wyczuwa się doskonale gorące tchnienie wakacji
– owych dni najlepszych i najmilszych, które Pan
Bóg stworzył po to, aby ťopalać się na słońcuŤ i ťnie martwić
się dwójką z fizykiŤ. Z Pasieki – bije szczere umiłowanie wsi
i sprawia, że czytelnik przykuwa się do wiersza – bo trzyma go
wielka moc – siła najczystszej poezji – ukochanie prawdziwego
tematu” (podkreśl. – WS).
* * *
Przekonanie, że wakacje to „dni najlepsze i najmilsze,
które Pan Bóg stworzył...”, towarzyszyło ks. Twardowskiemu
przez całe życie. Dzięki temu właśnie rozwiązał…
bodaj najtrudniejszy swój dylemat. Po przyjęciu
powołania kapłańskiego musiał, jak wielu przed nim i
po nim, postawić pytanie o miejsce twórczości literackiej
w biografii kapłana. Przypomnijmy, że temu właśnie
problemowi poświęcił Karol Wojtyła swój najważniejszy
utwór dramatyczny, Brat naszego Boga… Ks. Twardowski
uznał, że otrzymany talent można doskonale wykorzystać
w pracy duszpasterskiej. Przekonał się bowiem, że dzięki
poezji można niekiedy dotrzeć do tych, do których nie dociera
Ewangelia. Nie rozdzielał więc swojego duszpasterstwa
od twórczości poetyckiej. Jednak aby uniknąć pokusy zbyt
głębokiego zanurzenia się w sztuce, dokonał zdumiewająco
konsekwentnego podziału swoich obowiązków: przez jedenaście
miesięcy w roku był wyłącznie księdzem, a twórczości
poświęcał jeden miesiąc w roku, swoje wakacje…
W rozmowie z Moniką Żmijewską dobiegający dziewięćdziesięciu
lat ksiądz-poeta mówił, że każdego roku czeka na
ów czas „słoneczny, pachnący, beztroski” i rozmarzył się jak
za czasów gimnazjalnych:
„Wakacje to czas szczęśliwy, czas na zmianę, coś innego,
choć jednocześnie odpoczynek. Proszę zwrócić uwagę na etymologię
słowa ťodpoczynekŤ. Mieści się w nim i spokój, i ťpoczynanie
czegośŤ – czyli tworzenie czegoś nowego. Wakacje są
potrzebne, tak jak święta. Wielu z nas na wakacje i święta czeka
cały rok”.
* * *
Tak więc od objęcia w 1959 roku obowiązków rektora
w kościele Świętego Józefa Oblubieńca Sióstr Wizytek przy Krakowskim
Przedmieściu, ustalił się coroczny rytuał wakacyjnych
wyjazdów do niewielkich miejscowości położonych w mazowieckich
lasach głównie z myślą o twórczości. Ksiądz rektor
pisał podanie do swojego biskupa o miesięczny urlop i wówczas
nic już nie stało na przeszkodzie, by poświęcić ten czas nowym
wierszom.
Czy można więc się dziwić, że powstające wówczas wiersze
okazały się „najlepsze i najmilsze” w polskiej liryce współczesnej,
a ich autor najpowszechniej czytanym poetą naszych czasów?! |
| str. 41 |
| Kultura |
| Po raz 61 została wręczona Nagroda im. Włodzimierza Pietrzaka |
| Różne wymiary troski o człowieka |
| Profesor Józefina Hrynkiewicz, ksiądz profesor Jerzy Lewandowski, profesor Józef Borzyszkowski,
Leszek Mądzik i ojciec Daniel Ange odebrali w Galerii Porczyńskich w Warszawie tegoroczną nagrodę
imienia Włodzimierza Pietrzaka, której fundatorem jest Katolickie Stowarzyszenie „Civitas
Christiana”. Nagroda honoruje i inspiruje twórczość i działalność w dziedzinie kultury i nauki,
będące wyrazem postaw właściwych dla chrześcijańskiego humanizmu. |
|
| Patrycja Guevara-Woźniak |
Tym samym laureaci uhonorowani laurem
Pietrzakowym 26 czerwca w Galerii
Porczyńskich w Warszawie dołączyli
do szanownego grona nagrodzonych
twórców kultury i nauki. Wspomnę tu tylko
kilka nazwisk z tego szacownego grona: Augustyn
Bloch, Roman Brandstaetter, Ernest
Bryll, Paweł Jasienica, Jacek Kaczmarski,
Krzysztof Kolberger, ksiądz Jan Twardowski,
Włodzimierz Fijałkowski, ksiądz Marek
Starowieyski, ojciec Jan Góra.
Ziemowit Gawski otwierając uroczystość
wręczenia nagród 61. edycji, mówił
laureatów tegorocznej nagrody łączy troska
o człowieka w różnych wymiarach,
z perspektywy różnych dziedzin, które reprezentują.
Przewodniczący Katolickiego
Stowarzyszenia „Civitas Christiana” podkreślił,
że troska o człowieka jest rysem charakterystycznym
kultury polskiej i za to, że
tę kulturę polską laureaci sobą reprezentują
i ubogacają, serdecznie im dziękujemy.
Kapituła nagrody 15 maja w składzie: ks.
bp dr. Wiesław Mering, ordynariusz Diecezji
Włocławskiej – przewodniczący kapituły,
ks. bp Marian Duś, wiceprzewodniczący
kapituły, ks. bp dr hab. Andrzej Franciszek
Dziuba, i ze strony stowarzyszenia: Ziemowit
Gawski, Karol Irmler, Marek Koryciński,
Zbigniew Borowik – sekretarz, przyznała
pięć nagród w kategoriach: nagroda specjalna,
nagroda naukowa, nagroda artystyczna
oraz nagroda zagraniczna.
Miłość do małej Ojczyzny
Nagrodę specjalną przyznano profesorowi
Józefowi Borzyszkowskiemu – za prace naukowe i publicystyczne oraz za promocję
kultury, dziejów i religii Kaszubów oraz całej
„małej Ojczyzny” pomorskiej. Laudację
wygłosił bp Wiesław Mering, o laureacie
mówił: „Człowiek o niespożytej energii,
społecznik, znawca Kaszubów i Kaszub, jest
piewcą piękna swojej małej ojczyzny, czyli
Pomorza”. Profesor Józef Borzyszkowski po
studiach rozpoczął karierę naukową, uzyskując
w 1992 r. tytuł profesora nauk humanistycznych.
Pracuje na w Instytucie Historii
Uniwersytetu Gdańskiego, pełni funkcję
prorektora Elbląskiej Uczelni Humanistyczno-
Ekonomicznej. Specjalizuje się w historii
Polski i historii powszechnej wieków
XIX–XX. Od 1986 do 1992 r. był prezesem
zarządu głównego Zrzeszenia Kaszubsko-
Pomorskiego. Zajmował stanowisko przewodniczącego
zarządu Fundacji Biblioteki
Gdańskiej, jest założycielem i prezesem Instytutu
Kaszubskiego. W latach 1990–1996
był wicewojewodą gdańskim. Od 1991
do 1993 r. był senatorem, wybranym
z listy ZKP. Należał do klubu parlamentarnego
KLD i następnie PPL. Podczas
laudacji ks. bp Wiesław Mering mówił:
– Profesor jest osobą otwartą na współpracę
z przedstawicielami różnych dyscyplin naukowych.
Swoim entuzjazmem skutecznie
zapala innych, co przynosi plon w postaci
najrozmaitszych sesji, konferencji, seminariów
naukowych.
Leszek Mądzik
Fot. Radosław Kieryłowicz
To jest bardzo cicha praca
Nagrodę naukową otrzymała profesor Józefina
Hrynkiewicz, za badania nad „kwestią
społeczną” w Polsce oraz modelem polityki
społecznej ze szczególnym uwzględnieniem
problematyki demograficznej. – To, co robię,
wymaga kontynuacji. Zmiany społeczne,
które zachodzą dzisiaj w Polsce, wymagają
bardzo istotnej i wielkiej pracy, wymagają
zrozumienia przyczyn pewnych zjawisk, którym
musimy zapobiegać lub przeciwdziałać
– mówiła wzruszona profesor J. Hrynkiewicz.
– W „Civitas Christiana” znalazłam środowisko,
z którym bardzo chętnie i systematycznie
współpracuję – kontynuowała – to jest to środowisko,
które dobrze rozumie procesy demograficzne
i te procesy, które dzisiaj zachodzą
w rodzinie, a których nie można ignorować.
Józefina Hrynkiewicz, absolwentka
Wydziału Psychologii i Pedagogiki Uniwersytetu
Warszawskiego, adiunkt, a następnie
profesor nadzwyczajny w Instytucie
Stosowanych Nauk Społecznych Uniwersytetu
Warszawskiego (od 1988, wcześniej W latach 1997–2006 była rektorem Wyższej
Szkoły Ekonomiczno-Humanistycznej
w Skierniewicach. Specjalizuje się w uwarunkowaniach
i strategii rozwoju polityki
społecznej, uwarunkowaniach społecznych
rozwoju demograficznego oraz rozwoju
samorządów społecznych, ruchów i inicjatyw
obywatelskich. Jest autorem licznych
książek i artykułów, a także ekspertyz, opinii
i projektów badawczych z zakresu polityki
społecznej. Współpracowała z takimi instytucjami
jak: Instytut Spraw Publicznych od
2000 r., KSAP (od 1998), ZUS (przewodnicząca
Rady Nadzorczej II Oddziału ZUS
w Warszawie w latach 1996–1998), z Biurem
Studiów i Ekspertyz Kancelarii Sejmu
RP (w latach 1991-1995), Kancelarią Senatu
RP (od 1990). W latach 1992–1993 doradca
rządowy ds. polityki społecznej, następnie w
latach 1994–1996 sekretarz Rady Nadzorczej
Polskiego Radia SA, a w latach 1992–2002
była członkiem i wiceprzewodniczącą Rady
Społeczno-Ekonomicznej przy Rządowym
Centrum Studiów Strategicznych. Lata
2006–2008 to pełnienie funkcji dyrektora
Krajowej Szkoły Administracji Publicznej.
Od 2001 roku jest członkiem Rady Społecznej
Episkopatu Polski, od 1999 roku wiceprzewodniczącą
Rządowej Rady Ludnościowej,
a od lipca 2007 członkiem Rady Służby
Publicznej przy Prezesie Rady Ministrów.
Prof. Józef Borzyszkowski i prof. Józefina Hrynkiewicz
Fot. Radosław Kieryłowicz
Nauka wielkiego Prymasa
Nagrodę naukową otrzymał ksiądz
profesor Jerzy Lewandowski, za badania
nad nauczaniem, myślą i posługą Stefana
Kardynała Wyszyńskiego, Prymasa Polski,
oraz za czynne zaangażowanie się w pastoralną
wizję pracy Kościoła w Polsce. Ks.
prof. Jerzy Lewandowski jest absolwentem
Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego
i Uniwersytetu w Strasburgu. Tematem
jego rozprawy doktorskiej zatytułowanej
„Naród w dziejach zbawienia” była koncepcja
narodu w nauczaniu kardynała
Stefana Wyszyńskiego. Rozprawa została
wydana również w języku francuskim.
Postać wielkiego prymasa stała się przedmiotem
badania, ale w szczególnej formie
to jest z perspektywy pastoralnej, poddając
badaniu jego posługę kapłańską. Obecnie
ksiądz profesor jest kierownikiem Sekcji
Teologii Dogmatycznej Uniwersytetu Kardynała
Stefana Wyszyńskiego oraz profesorem
w Akademii Muzycznej im. Fryderyka
Chopina w Warszawie.
Spotkanie z drugim człowiekiem
Nagrodę artystyczną przyznano Leszkowi
Mądzikowi, twórcy Sceny Plastycznej
KUL za całokształt twórczości artystycznej,
podejmującej z pasją pytania egzystencjalne
człowieka oraz znajdowanie odpowiedzi
na nie w przestrzeni sacrum. Leszek Mądzik
to scenograf i reżyser teatralny. Ukończył
Liceum Plastyczne w Kielcach. Bez powodzenia
próbował dostać się do Akademii
Sztuk Pięknych, sześciokrotnie, studiował
historię sztuki na Katolickim Uniwersytecie
Lubelskim. W 1969 roku założył Scenę
Plastyczną KUL, gdzie po roku zaczął wystawiać
przedstawienia (pierwszym była
oparta na scenariuszu Mądzika sztuka Ecce
Homo wystawiona 24 marca 1970 roku).
W przedstawieniach Mądzika dominuje
ruch, obraz, a nadrzędną rolę pełni według
twórcy światło. Jego interpretacjom
towarzyszy także warstwa dźwiękowa, natomiast
nie ma słowa. Sztuki prezentowane
na deskach Sceny Plastycznej KUL prezentują
filozoficzną refleksję o życiu i przemijaniu.
Ta refleksja bardzo często bierze
się z konkretnych przeżyć artysty. Leszek
Mądzik współpracował m.in. z Ireną Byrską,
Mieczysławem Kotlarczykiem, Jerzym
Zawieyskim czy Teatrem Gong 2. Tworzył
także w teatrach dramatycznych w Lublinie
(Teatr im. Juliusza Osterwy), Łodzi i Warszawie
(Teatr Studio) oraz z Teatrem Lalki
i Aktora im. Hansa Christiana Andersena
w Lublinie. Obecnie współpracuje z wieloma
uczelniami teatralnymi w Polsce
i na świecie, jest wykładowcą w Akademii
Sztuk Pięknych w Poznaniu. W 1997 roku
wyreżyserował swoją własną sztukę Pętanie
na potrzeby Teatru Telewizji. Był tam też
autorem scenariusza i scenografii. Jest honorowym
obywatelem Kielc.
Głosiciel nadziei
Nagroda zagraniczna trafiła do ojca
Daniela Ange, twórcy Szkoły Modlitwy
i Ewangelizacji „Młodość-Światło” (Jeunese-
Lumiere) – za pełną pasji pracę nad ewangelizacją
młodych poszukujących Boga.
O. Daniel Ange był członkiem benedyktyńskiej
wspólnoty „Matki Bożej Ubogich”,
potem misjonarzem i pustelnikiem, napisał
wiele książek. Na początku lat 80. opuścił pustelnię
i przyjął święcenia kapłańskie. Postanowił
poświęcić się ewangelizacji i docieraniu
do ludzi najbardziej oddalonych od Boga.
W 1984 roku założył na południu Francji
międzynarodową szkołę modlitwy i ewangelizacji
dla młodych „Młodość-Światło”
(Jeunesse-Lumiere). To wielki orędownik
komunii między kościołami siostrzanymi
Kościołem katolickim, greko-katolickim
i prawosławnym.
Warszawską uroczystość zakończył występ
zespołu „Kształty słów” skupionego
wokół Stowarzyszenia „W Stronę Sztuki” z
Lublina zajmującego się wspieraniem utalentowanej
artystycznie młodzieży. |
| str. 43 |
| Kultura |
| 88. rocznica cudu nad Wisłą |
| Hej, hej ułani, malowane dzieci... |
| W pierwszym szeregu nacierającej piechoty dominuje postać księdza Ignacego Skorupki, kapelana
263. pułku piechoty, który wznosząc w górę dłoń z krucyfiksem, wskazuje polskim żołnierzom
bolszewickich wrogów. |
|
| Jarosław Kossakowski |
Zwycięski odpór, z jakim spotyka się
wrogi najeźdźca, uwidacznia się
w zaskoczonych i przerażonych kałmuckich
twarzach poddających się sołdatów.
Uciekający w panice porzucają broń,
błagają o litość. Taką artystyczną wizję
cudu na Wisłą, przełomowego momentu
wojny polsko-bolszewickiej z sierpnia
1920 roku, uwiecznił na swoim płótnie
malarz Jerzy Kossak. Symboliczny, ponadczasowy
charakter kompozycji podkreśla
unosząca się w chmurach postać
Matki Boskiej Zwycięskiej, błogosławiącej
idących w bój skrzydlatych husarzy.
Artysta świadomie, zmieniając geografię
wydarzeń, umieścił w tle marszałka Józefa
Piłsudskiego na czele nadjeżdżających
z pomocą ułanów. W rzeczywistości
w tym czasie Piłsudski dowodził sławną
kontrofensywą znad Wieprza. Pierwszoplanowe
postacie młodej dziewczyny
w mundurze i skauta w krótkich
spodniach służą przekazaniu widzowi
przesłania, iż Bitwa Warszawska była
zdarzeniem, w którym cały naród zjednoczył
się w walce w obronie świeżo odzyskanej
niepodległości.
Historia jednej rodziny
Wszechstronna twórczość przedstawicieli
niezwykle utalentowanej, wielopokoleniowej
rodziny Kossaków stale
fascynuje Polaków. Samych twórców
natomiast zawsze pasjonowała historyczna
przeszłość naszego narodu, ważne
militarne wydarzenia, wszystkie wojny
i bitwy. Obecne dzieje Polski szlacheckiej
cieszą się wielkim zainteresowaniem,
nowym spojrzeniem i wzbudzają podziwwśród polskich historyków młodego
pokolenia. To czas sprzyjający temu, by
szerzej przyjrzeć się historycznym wartościom
malarskiego dorobku Kossaków.
Szarża pod Rokitną, obraz Wojciecha Kossaka
Kazimierz Olszański, autor najrzetelniejszych
opracowań i publikacji
omawiających twórczość malarską
Kossaków, we wstępie do wydanych
przez Instytut Wydawniczy PAX (1971)
„Wspomnień” Wojciecha Kossaka pisał:
„Na pewne momenty z historii Polski
przywykliśmy patrzeć poprzez wizje
malarskie naszych mistrzów pędzla.
I tak Matejko roztacza przed nami obraz
Polski królewskiej, Grottger cierpiącej,
Juliusz Kossak szlacheckiej, Brandt
kresowej...”. Zgadzając się w całej pełni
ze zdaniem Kazimierza Olszańskiego,
przypomnijmy genialnego rysownika
koni, seniora rodziny Juliusza Kossaka
(1824–1899). Właściwie był samoukiem,
a jego artystyczna osobowość
wyraźnie ukształtowała się już przed
późnymi studiami w Paryżu i Monachium.
Jak zawsze wspominał, najważniejszą
szkołą dla niego były pełne
historycznych pamiątek i otoczone licznymi
stadninami polskie dwory kresowe.
Dzięki zyskanej opiece zachwyconych
jego łatwością portretowania
ludzi i koni, możnych ziemian Podola
i Wołynia, mógł swobodnie podróżować
nie tylko po naszych kresach, ale
także odbywać zagraniczne wycieczki.
Malował głównie akwarelami, ale podczas
paroletniego pobytu w Paryżu bliżej
poznał też technikę olejną. Zaprzyjaźnił
się tam ze sławnym francuskim
batalistą Horacym Vernetem, ojcem chrzestnym Wojciecha Kossaka. Po powrocie
do Polski pracował w Warszawie
jako kierownik artystyczny i szef drzeworytni
w „Tygodniku Ilustrowanym”.
Powstały wtedy sławne cykle ilustracji
m.in. do „Roku myśliwca” Wincentego
Pola i „Dawne ubiory i uzbrojenia”. Powiększająca
się rodzina skłoniła artystę
do stałego zamieszkania. Wybór padł
na Kraków, gdzie Juliusz Kossak kupił
niewielki dworek na Zwierzyńcu, który
pod nazwą „Kossakówka” przeszedł
do historii tego miasta. Na XIX-wiecznych
fotografiach został utrwalony widok
pracowni Juliusza w „Kossakówce”:
stare meble, sztaluga, rozciągnięte
w tle wschodnie kobierce, na ścianach
karabele i pałasze, w rogu zbroja husarska,
siodła i zabytkowe końskie rzędy.
W „Kossakówce” pracował do końca
życia i tu powstały liczne piękne akwarele
dokumentujące ziemiańskie życie
polskich kresów, ich historię nierozerwalnie
łączącą się z stałymi zbrojnymi
utarczkami i wojnami. Tu artysta
opracowywał również znane ilustracje
do „Ogniem i mieczem” Sienkiewicza,
„Konrada Wallenroda” Mickiewicza i
inne.
Jeszcze podczas pobytu Juliusza w
Paryżu w rodzinie Kossaków przyszły
na świat bliźnięta: Wojciech i Tadeusz
(1857). Jedno z nich, starszy o godzinę
Wojciech stał się godnym spadkobiercą
malarskiego talentu ojca, rozsławił
nazwisko Kossaków na całym świecie,
a jego obrazy należały w Polsce do najpopularniejszych
dzieł sztuki. Studiował
w Krakowie i Monachium, skąd
powrócił z pierwszą w życiu artystyczną
nagrodą. Służbę wojskową odbył
w Krakowie w 1. ck. pułku ułanów armii
austriackiej. „Służba wojskowa w
ułanach – pisał później – odkryła we
mnie zapalonego żołnierza”, pogłębiła
też jego malarskie upodobania do tematów
batalistycznych. Właśnie tego
rodzaju kompozycje „Kossaka-syna”, jak
długo jeszcze nazywano Wojciecha w
Krakowie, wędrowały i zbierały nagrody
na wystawach we Lwowie, w Warszawie,
Wiedniu, Peszcie, Pradze, Monachium,
Paryżu i Berlinie, dając artyście sławę
porównywalną do dzisiejszych wielkich
gwiazd estrady i filmu. Popularność
przyniosły mu również malowane panoramy,
szczególnie głośna „Panorama
Racławicka”. Wojciech Kossak zmarł
w Krakowie w 1942 roku.
Cud nad Wisłą, obraz Jerzego Kossaka
Artystycznej i towarzyskiej legendy
ojca nie udało się powtórzyć jego synowi
Jerzemu (1886–1955.), zdolnemu i płodnemu
malarzowi, ale zbyt często i szybko
powielającemu tematy i kompozycje
Wojciecha, zresztą za jego cichą zgodą.
Miecze, szable, gwintówki
Juliusz Kossak na papierze i płótnie
w mistrzowski sposób kreował postacie
XVII-wiecznych rycerzy oraz bohaterów
powstań narodowych, bliskich
sercu wszystkim Polakom czasów zaborów.
Jego twórczość odegrała ważną rolę
w kształtowaniu i umacnianiu ducha narodowego
Polaków. Znane były takie tytuły:
„Bitwa pod Beresteczkiem”, „Sobieski
na Kahlenbergu”, „Odsiecz Smoleńska”.
Jako artysta koncentrował się głównie na
temacie obrazu, na chwytliwej i czytelnej
anegdocie, czego od niego oczekiwało
patriotycznie nastawione społeczeństwo.
Wspomniany Kazimierz Olszański pisał:
„Juliusz Kossak specjalizował się głównie
w przedstawieniach dziejów, wojen i obyczajów
Rzeczypospolitej szlacheckiej od
XVII w., częściowo wchodząc w wiek XIX.
Wojciech Kossak nie unikając malowania
obrazów z okresu staropolskiego, był mistrzem
XIX-wiecznych walk o wydobycie
się narodu z niewoli, tworząc epopeję napoleońską,
listopadową i pierwszej wojny
światowej, w powojenne dzieje wchodząc
sporadycznie. Natomiast Jerzy Kossak,
obok wcześniejszego w swej twórczości
tematu napoleońskiego, skoncentrował
się niebawem na ukazaniu wydarzeń
z historii najnowszej, stając się właściwie
twórcą malarstwa niepodległościowego,
a więc epopei Legionów Piłsudskiego
i wojny polsko-bolszewickiej 1920 r.”.
Na obrazach wszystkich trzech Kossaków
uderza znakomita znajomość
realiów historycznych, zwłaszcza broni
i barwy. Można się o tym Przekonać,
zwiedzając czynną do końca września.
wystawę w Muzeum Wojska Polskiego
w Warszawie zatytułowaną „Wizja
Wojska Polskiego w twórczości Kossaków”.
Bardzo ciekawie zaaranżowaną
ekspozycję, oprócz płócien i rysunków
artystów, wzbogacają liczne rekwizyty
pozamalarskie. Są to ułańskie i żołnierskie
mundury oraz elementy uzbrojenia.
Stwarzają one patriotycznemu malarstwu
Kossaków właściwą oprawę scenograficzną,
potwierdzają też szeroką
historyczną wiedzę twórców i artystyczne
mistrzostwo w wiernym odtwarzaniu
militariów różnych epok. |
| str. 45 |
| Kultura |
| 88. rocznica Bitwy Warszawskiej |
| Poległym pod Radzyminem |
| 15 sierpnia biskup polowy WP, Tadeusz Płoski, podczas Mszy św. w Radzyminie mówił: „Jak paciorki
różańca przepływają przed naszymi oczami zdarzenia, w których tradycja polska dostrzega
ślady twórczej obecności Maryi” |
|
| Andrzej Zalewski |
Bitwa Warszawska w sierpniu 1920
roku była kulminacyjnym momentem
trwającej od stycznia 1919
roku wojny z bolszewicką Rosją. Armia
Czerwona znalazła się na przedpolach
stolicy i 12 sierpnia rozpoczęła się krwawa
bitwa o Radzymin i okolice, a szala
zwycięstwa przechylała się raz na jedną,
raz na drugą stronę. Zacięte walki trwały
do 16 sierpnia. Początkowo poległych
żołnierzy grzebano na starym cmentarzu
w Radzyminie, ale gdy zaczęło brakować
miejsca, urządzono cmentarz wojenny
na terenie ofiarowanym przez Kronnenbergów.
Cmentarz powstały według projektu
inżyniera Stefana Rogowicza, został
poświęcony w pierwszą rocznicę bitwy
w 1921 roku. W uroczystości brał udział
generał Lucjan Żeligowski, głównodowodzący
walkami o miasto.
Plan przestrzenny oparty jest na rzucie
lekko ukośnego czworoboku zbliżonego
do prostokąta. Od bramy, przez środek, z
zachodu na wschód biegnie szeroka aleja.
Po obu stronach znajdują się kwatery ułożone
symetrycznie i oddzielone zielenią.
Na środku alei głównej został ustawiony
krzyż, a w 1927 roku, po prawej stronie
wybudowano niewielką kaplicę, skierowaną
frontem ku północy. Jej szczyt wieńczy
metalowy krzyż na kuli, z kulistą glorią
wokół przecięcia ramion, poniżej w prześwicie
umieszczona jest sygnaturka. Nad
wejściem znajduje się sgrafitto w kolistym
tondzie, przedstawiające żołnierzy na placu
Zamkowym broniących Warszawy. Fasada
kaplicy poprzedzona jest tarasem, na który
prowadzą pięciostopniowe schody. Taras
otacza metalowa, ażurowa balustrada. We wnątrz kaplicy znajduje się niewielki ołtarz
z obrazem Matki Boskiej Ostrobramskiej.
Na ścianach wewnątrz kaplicy umieszczono
tablice epitafijne. Na zewnątrz znajduje
się tablica upamiętniająca wizytę na
cmentarzu Ojca Świętego – Jana Pawła II,
a na frontonie fasady kaplicy z lewej strony
umieszczono popiersie papieża.
Cmentarz otacza
stalowy parkan,
a w słupach bramy
umieszczone
są cztery
tablice pamiątkowe.
Na jednej
z nich jest
napis: „Przec
h o d n i u !
Powiedz
Ojczyźnie,
że
wierni jej
prawom – tu
spoczywamy. Towarzyszom
broni B. 46 P.P. Strzelców
Kresowych obecnie 5 P.S.P. – poległym
w obronie Ojczyzny pod Radzyminem w
dniach chwały 13–18 VIII 1920 r. Oficerowie
i szeregowi 5. Pułku Strzelców Podhalańskich.
14 VIII 1931 r.”
W latach 1921–1939 na cmentarzu
dokonywały się pochówki wojskowych
i osób cywilnych, ale tylko za zgodą zarządu
Towarzystwa Opieki nad Grobami
Bohaterów. Każdego roku, w sierpniu odbywały
się uroczystości upamiętniające
walki z 1920 roku.We wrześniu 1939 roku
chowano tu żołnierzy poległych w walkach
pod Radzyminem. W czasie wojny
pojawiły się groby żołnierzy Polski Podziemnej.
Podczas działań wojennych w 1944
roku cmentarz został częściowo zniszczony,
a później władze komunistyczne, aż
do 1956 roku, zakazywały organizowania
uroczystości, nawet w Zaduszki.
Uroczystości patriotyczne na cmentarzu
wznowiono w 1989 roku z inicjatywy
Towarzystwa Przyjaciół Radzymina.
W rocznicę cudu nad Wisłą na cmentarzu
odprawiana jest Msza św., towarzyszą jej
uroczystości z udziałem najwyższych dostojników
państwowych i generalicji.
13 czerwca 1999 roku,
podczas kolejnej pielgrzymki
do ojczyzny,
Cmentarz
Poległych
odwiedził Ojciec
Święty,
Jan Paweł II.
Modlił się
przy grobach
ż o łni e r z y,
spotkał się
z weteranami
wojny
z 1920 roku.
Na pamiątkę tej
wizyty przed kaplicą została umieszczona
tablica z herbem papieskim, który
zawiera fragmenty przemówienia wygłoszonego
wtedy przez papieża.
Oto treść napisu: „Urodziłem się
w roku 1920 w maju, w tym czasie, kiedy
bolszewicy szli na Warszawę, i dlatego
noszę w sobie od urodzenia wielki dług
w stosunku do tych, którzy wówczas podjęli
walkę z najeźdźcą i zwyciężyli, płacąc za
to swoim życiem. Przybywam tu z wielką
wdzięcznością, spłacając dług za to, co od
nich otrzymałem (...)”. |
| str. 46 |
| Kultura |
| Moja Akademia Telewizyjna: Nie da się ukryć – lato 2008 zdominowane zostało przez sport. Także w telewizji.
Umiarkowany miłośnik sportu dodałby tu jeszcze słowo „niestety”… |
| Raz na… sportowo |
| 15 sierpnia biskup polowy WP, Tadeusz Płoski, podczas Mszy św. w Radzyminie mówił: „Jak paciorki
różańca przepływają przed naszymi oczami zdarzenia, w których tradycja polska dostrzega
ślady twórczej obecności Maryi” |
|
| Wojciech Piotr Kwiatek |
Niestety, bo sport cieszy się w mediach
niezrozumiałymi przywilejami
i na przykład byle transmisja z
byle meczu rozwali każdą ramówkę, choć
nie wszyscy telewidzowie to kibice; niestety,
bo mistrzostwa Europy w piłce nożnej
oraz chińska (pożal się, Boże!) olimpiada
stały się okazją do totalnego wydrwienia
telewizji jako medium. Telewizja, ze swoimi
wielkimi możliwościami okazała
się albo banalnym „transmiterem”, albo
została poddana takim ograniczeniom,
że stała się narzędziem wielkiego oszustwa.
Znów firmowała coś, co jedni
nazywają fasadowością, inni – patiomkinowszczyzną.
Gdy w jednym z poprzednich „wykładów”
MAT pisałem, że telewizja
powinna pełnić funkcję „zwierciadła
na gościńcu”, miałem na myśli fakt, że
tv może bezstronnie rejestrować, pokazywać
prawdę. Obiektywnie rzecz
biorąc, kamery oszukać nie można
– jest bezlitośnie „spostrzegawcza”.
Oszustwo, manipulacja pojawiają się
później, w procesie obróbki tego, co
kamera zarejestrowała. Akira Kurosawa
powiedział: Kino to montaż. Telewizja
to też montaż. Ale nim się do
niego przystąpi – jest obiektywna rejestracja,
materiał wyjściowy.
Jeszcze bardziej wyrazisty jest przekaz
„na żywo” – pokaże to, co jest. Choć i
tu są możliwości manipulowania. Wykorzystali
je w pełni gospodarze olimpiady
w Pekinie. Ale o tym za chwilę.
Obraz sobie – sędzia sobie
Nie będę roztrząsać wyników ani poziomu
piłkarskich mistrzostw Starego
Kontynentu. Ale te mistrzostwa upłynęły
pod znakiem kontrowersji tak wielu, że
n-ty raz postawić trzeba pytanie: jak długo
jeszcze? Jak długo jeszcze FIFA i UEFA
zamierzają petryfikować chorą zupełnie
zasadę nieomylności sędziego? Zasadę,
potrafiącą wywrócić do góry nogami rzeczywisty
obraz jednej z najważniejszych
piłkarskich imprez na świecie, imprezy,
w którą zaangażowane są gigantyczne
pieniądze i takie emocje?
Gdy świat radośnie przyglądał się igrzyskom olimpijskim w Pekinie…
Polscy kibice przekonali się o absurdalnych
skutkach w XXI wieku przepisów
UEFA w meczu w Austrią, kiedy przy
stanie 1:0 dla biało-czerwonych sędzia
podyktował dla Austriaków wielce problematycznego
karnego. Wszystko można
było zobaczyć w telewizji, i to w niejednym
ujęciu… Austriak nie chybił i tak rozwiały
się nasze futbolowe „sny o potędze” (na
więcej goli nie było nas stać…).
To tylko jeden przykład. Było ich
mnóstwo: niesłusznie odgwizdane faule
– i rzeczywiste faule kompletnie niezauważone;
spalone ewidentne – i te
odgwizdane bez sensu. Karne, które podyktowane
być powinny, a których nie
podyktowano – i karne, których być nie
powinno, a które jednak były i zamienione
zostały na bramki…
Każdy mecz obserwuje 3 arbitrów.
To ludzie, istoty omylne. Ale każdy
mecz obserwuje też 8, 10 czy 12 kamer
telewizyjnych, rozmieszczonych tak,
że każdą sytuację na boisku można
pokazać z kilku ujęć, co pozwoliłoby
uniknąć żenujących werdyktów. Można
– ale po co?
Dyktat działaczy
O konieczności zrobienia czegoś
z tym faktem mówi się od dawna.
Wspomina się o konieczności odczytu
(w wyjątkowo drastycznych
sytuacjach) zapisu z kamer w celu
podjęcia sprawiedliwej decyzji
przez arbitra, który ma w swoich
rękach losy tej czy innej drużyny,
a zwykle i całych mistrzostw, rozgrywek.
Ale bonzowie światowych
federacji piłkarskich mają te głosy
w… gwizdku, nic sobie z kompromitujących
decyzji, z protestów
składanych przez narodowe federacje
piłkarskie nie robią. Mają regulamin,
a jego najważniejszy punkt głosi: decyzja
arbitra głównego jest ostateczna.
Choćby mu potem na monitorze pokazano
dziesięć spalonych, tyle samo
chamskich fauli na polu karnym czy
w jego pobliżu albo pięć zagrań ręką
w podobnych sytuacjach – nic to nie
zmieni. Pan Sędzia jest w porządku.
Niebezzasadne jest więc pytanie: to
po co ta technika? Tylko po to, by gawiedzi
dostarczyć rozrywki, przesyłając obraz
imprezy na cały świat?
W skrajnym przypadku można
by powiedzieć: po co w ogóle sędzia?
Zostawmy piłkę piłkarzom. Znieśmy
przepisy o spalonym, o faulu na polu
karnym – i zdajmy się na los, spryt, na
chytrość piłkarzy. Takie postulaty stawiano
już wielekrotnie i zupełnie serio.
U ich podłoża leżała właśnie frustracja
kretyńską zasadą, że ustanawia się jakieś
reguły, ale w razie wątpliwości nie
sposób ich wyegzekwować, przez co
stają się one czynnikiem niszczącym
piękno samej gry.
Żeby było jeszcze śmieszniej – po
każdym dramatycznym a spornym
wydarzeniu na boisku (gol, faul czy
zagranie ręką na polu karnym, off
side) telewizja uruchamia tzw. replay
w zwolnionym tempie, od kilka lat
nawet w kilku różnych ujęciach, i rozwścieczone
miliony widzą, jak było
naprawdę. Bo telewizja to potęga.
Tylko co z tego… Cynicy i „ludzie etosu”
Cały świat czekał na rozpoczęcie
pekińskiej olimpiady. I ten sam świat
wiedział, że tę olimpiadę zorganizowano
tym razem w modernizującym
się w szybkim tempie GUŁAGU. Ten
świat to nawet komentował, ale jak
zawsze był podzielony. Jedni mówili:
„Sport to sport, oddzielmy go od polityki”.
To cynicy lub tzw. pożyteczni
idioci, uważający, że dziś można cokolwiek
oddzielić od polityki. „Etosowcy”
z kolei mówili: „To skandal, to
narusza ideę OLIMPIZMU, która łączyła
się zawsze z takimi pojęciami, jak pokój,
wolność, braterstwo, przyjaźń. O żadnej
z tych rzeczy nie można mówić w dzisiejszych
Chinach”. „Etosowcy” też wiele
ze świata nie rozumieją, nie rozumieją
przede wszystkim, że jest on przeżarty
korupcją wszelką: polityczną, gospodarczą,
ideologiczną, moralną. Ale „etosowiec”
nie może myśleć inaczej – i chwała
wszystkim „etosowcom”: pekińska olimpiada
to był skandal już w punkcie wyjścia.
Ale nikt tego nie słuchał – wszyscy
czekali na widowisko, przede wszystkim
na ceremonię otwarcia, na medialny
show. Co kogo obchodzą egzekucje
więźniów politycznych i obozy pracy dla
niepokornych.
…Rosja spokojnie dokonywała inwazji na Gruzję
I doczekaliśmy się… Widowisko było
istotnie imponujące i piękne, do tego
nikt poza telewidzem nie mógł zobaczyć
go naprawdę w całości. A i telewizja
pokazała „Ptasie Gniazdo” (jak czule
nazwano stadion olimpijski w Pekinie) z
niedostatecznej wysokości, przez co niektóre
partie obrazu były „spłaszczone”.
Ale nie narzekajmy: były lasery, dymy,
efekty, były perfekcyjnie wytresowane
tłumy wykonawców… Telewizja pokazała
też na chwilę ulice Pekinu i zwykłych
Chińczyków, którzy chcieliby być bliżej,
ale musieli być dalej… Co zobaczyliśmy?
Uliczkę miasta – obozu. Stadion był wyizolowany
z miasta i życia; na 1,5 kilometra
nikt nie miał prawa się zbliżyć. Wcześniej
inne telewizje pokazywały drogę,
którą sportowcy i widzowie przemierzali
specjalnymi autobusami, by dostać się do
„Ptasiego Gniazda”. Ta droga wytyczona
była… zasiekami z drutu kolczastego, a co
kilka metrów stał uśmiechnięty żołnierz
chiński z karabinem, który zapewne nie
był zabawką, jakimi obywatele Państwa
Środka zalewają cały świat. Niech żyje
Idea Olimpijska…
8 sekund
Chińskie władze dobrze wiedziały,
że podczas ich igrzysk mogą pojawić
się tacy, którzy zechcą wykrzyczeć
swój protest przeciw mordowaniu
w Chinach przeciwników politycznych,
przeciw Lao Tai, czyli chińskim gułagom,
przeciw miażdżeniu wolności
Tybetańczyków. Co więcej – oni mogli
chcieć pokazać ten protest całemu
światu, który transmituje olimpiadę.
A przecież nie można było do tego
dopuścić…
technika! Transmisja z olimpiady
jest więc w każdej chwili opóźniana
o 8 sekund! Po prostu sygnał telewizyjny
wychodzi o te 8 sekund później
niż to, co w danej sekundzie dzieje
się na stadionie, boisku, basenie…
Osiem sekund wystarczy, by wyłapać
transparenty w rodzaju „Wolny Tybet”
i szybko zmienić obraz.
Więc świat nie zobaczy prawdy,
a tylko fasadową chińską potęgę, perfekcję
organizacyjną i… pieniądze.
Zorganizowanie olimpiady kosztowało
Pekin 72 miliardy dolarów i kilka
z tych miliardów można było zobaczyć
w trakcie ceremonii otwarcia. To
przynęta dla świata: mamy pieniądze,
chodźcie do nas! Nie jesteśmy już dzikimi
„żółtkami”, mamy gospodarkę,
cywilizację i starą kulturę, której trochę
wam pokażemy na chwilę. Razem
zrobimy świetny biznes!
Znicz i… znicze
Prawdy o tej olimpiadzie dopełniła
sowiecka agresja na Gruzję akurat tuż
po rozpoczęciu zawodów. Na gruzińskie
miasta spadły bomby Putina. Postbolszewicki
system znów zabija. Ciekawe, ile
ofiar straci życie z rąk białych i żółtych
Azjatów, nim zgaśnie olimpijski znicz…
Ile małych zniczy trzeba będzie zapalić w
cieniu tego dużego… |
| str. 48 |
| Felieton: Wektory |
| Wydarzenia w Gruzji mogą się stać dla Polski błogosławieństwem |
| Czy warto drażnić rosyjskiego niedźwiedzia? |
| Po blisko dwudziestu latach od upadku ZSSR Rosja powraca do gry jako siła imperialna aspirująca
do roli supermocarstwa. |
|
| Zbigniew Borowik |
Fot. Artur Stelmasiak
Inwazja na suwerenną Gruzję i pospieszne
uznanie odrębności państwowej dwóch separatystycznych
prowincji tego kraju miały
pokazać światu, że czas Rosji nieustannie
ograniczającej swoje strefy wpływu już minął.
Z dzisiejszej perspektywy widać, że chodziło
o pretekst, który i tak by się znalazł.
Rosjanie doskonale wyczuli moment,
w którym mogli sobie na taką manifestację
siły pozwolić. Uwikłane w dwie wojny Stany
Zjednoczone, które do tego skazane są na
współpracę z Rosją w przeciwdziałaniu zagrożeniu
ze strony Iranu i Syrii (nie mówiąc
już o wyborach i związanej z tym wymianie
administracji), z całą pewnością nie podejmą
żadnych realnych kroków w obronie
małej i w sumie nie wiele dla nich znaczącej
Gruzji. Także Europa pogrążona w kryzysie
politycznym na skutek fiaska traktatu konstytucyjnego
i sprzecznych interesów narodowych
nie będzie w stanie zająć zdecydowanego
stanowiska.
Okazało się, że dla prezydenta Miedwiediewa,
chwalonego jeszcze tak niedawno
przez zachodnie elity za szerokie horyzonty
myślenia i światowe maniery, nie jest ważne
ani partnerstwo z NATO, ani członkostwo
w WTO, ani też prawo zasiadania w elitarnym
klubie G-8. Wszystko to są bowiem
formy uczestnictwa w systemie stworzonym
przez Zachód, a Rosja jako supermocarstwo
chce odgrywać samodzielną rolę poza tym
systemem. Kremlowski przywódca okazuje
się godnym następcą swoich poprzedników,
zwłaszcza Stalina i Breżniewa, którzy mówili
wprost, że nie chodzi o to, by Rosja była lubiana,
ale by się jej bano.
Czy Rosja jest supermocarstwem? Jeśli
uznać, że o sile imperium decyduje dziś gospodarka,
to z pewnością nie. Cała potęga gospodarcza
tego kraju opiera się na eksporcie
surowców, a właściwie tylko ropy i gazu. Czy
ktoś widział wyprodukowany w Rosji samochód,
telefon, komputer, który mógłby konkurować
na światowych rynkach? Nie! Ale
wszyscy chyba widzieli rosyjskie/radzieckie
rakiety i czołgi, które budzą respekt we wszystkich
zakątkach świata. I tu tkwi cały problem.
Rosja, która utrzymuje w nędzy szerokie rzesze
swoich obywateli, która stała się krajem
kontrastów wprowadzających w zdumienie
nawet mieszkańców Ameryki Południowej,
nadal jest albo też znów się stała potęgą militarną,
z którą musi się liczyć każdy.
Nie trzeba też wielkiej przenikliwości,
aby dostrzec ekonomiczny motyw rosyjskiej
agresji na Zakaukaziu. Gruzja to kluczowy
kraj z punktu widzenia możliwości przesyłania
ropy i gazu znad Morza Kaspijskiego do
Europy poza terenem Rosji. Destabilizacja
sytuacji politycznej w tym kraju miała zapewne
na celu zniechęcenie potencjalnych
inwestorów gotowych zaangażować się w to
przedsięwzięcie.
Rosyjska propaganda próbowała usprawiedliwiać
zajęcie Gruzji poprzez analogię z
amerykańską interwencją w Iraku. To chwyt,
na który nie dadzą się nabrać chyba nawet
postępowe elity z Zachodniej Europy. Choć
inwazja na Irak była rzeczywiście pogwałceniem
prawa międzynarodowego, to jej bezdyskusyjnie
pozytywnym skutkiem było odsunięcie
od władzy tyrana, którego zbrodnie
widział cały świat. Tymczasem ludobójstwo
Gruzinów w Osetii dostrzegły jedynie rosyjskie
media.
Co z tych tragicznych dla Gruzinów wydarzeń
wynika dla nas, czyli dla Polaków?
Z całą pewnością jedno: polityka chowania
głowy w piasek, aby nie drażnić rosyjskiego
niedźwiedzia, okazała się całkowicie bezsensowna.
Krytykowanie prezydenta Lecha
Kaczyńskiego za jego misję w Tbilisi stało
się w świetle dalszych wypadków jeśli nie
zdradą, to głupotą. Przecież mechanizm zastosowany
przez Rosjan w Gruzji jest bardzo
łatwy do odtworzenia w każdym kraju, który
przed dwudziestu laty wyrwał się z okowów
sowieckiego imperium. Wszędzie tam jest jakaś
mniejszość rosyjska, której w odpowiednim
czasie będzie można przyjść z pomocą.
Słuchając wypowiedzi niektórych polityków
SLD i PO, wykazujących nadzwyczaj głębokie
zrozumienie dla rosyjskiej interwencji
w Gruzji, odnieść można było odnieść wrażenie,
że także w stosunku do Polski nie byłaby
to mission immposibile.
Paradoksalnie wydarzenia w Gruzji mogą
się stać dla nas błogosławieństwem. Jest nadzieja,
że Polska przestanie wreszcie być postrzegana
w Europie jako kraj rusofobów.
Zagrożenie, przed którym przestrzegaliśmy,
okazało się realne. Może staniemy się nareszcie
dla Unii wiarygodnymi partnerami
w kreowaniu wspólnotowej polityki wschodniej.
Na czoło wysuwa się tu kwestia bezpieczeństwa
energetycznego, a w konsekwencji
potrzeba ponownego przyjrzenia się planom
budowy rurociągu po dnie Bałtyku.
Demagogią jest twierdzenie, że Europa
nie może nic zrobić, bo jest uzależniona od
rosyjskiej ropy i gazu. Po pierwsze, zależność
ta jest obustronna. Po drugie, Rosja nie jest
jedynym dostarczycielem tych surowców.
Solidarna polityka unijnych krajów ma tutaj
wielkie pole do popisu. Pytanie tylko, czy
Unię Europejską stać na te solidarność. |
| str. 49 |
| Felieton: Premedytacje |
| „Przede wszystkim nie szkodzić”
(Hipokrates) |
| Bandytyzm prawny |
| Wśród rozmaitych tendencji, które zaznaczają się w dziedzinie stanowienia i interpretowania prawa
państwowego, w naszym kraju dominuje ten oto kierunek, bardzo żywotny, pomimo zmienności
czasów i ustrojów: bandytyzm prawny. |
|
| Paweł Borkowski |
Na czym polega ten osobliwy
ustrój? Aby to wyjaśnić, weźmy
pod uwagę na przykład polski
system emerytalny, a konkretnie
–wcześniejsze emerytury. Jak wiadomo,
przysługują one osobom pracującym
(przynajmniej teoretycznie)
w szczególnie trudnych i wyczerpujących
zawodach: górnikom, hutnikom,
pilotom. Wiadomo również, że
wcześniejsze emerytury powodują
zwiększone obciążenie finansowe dla
budżetu państwa. Poza tym nierzadko
wychodzi na to, że zupełnie zdrowi
i krzepcy ludzie pełnoprawnie kończą
działalność zawodową, chociaż
zarówno ich wiek, jak i stan zdrowia
pozwalałyby na kontynuację pracy co
najmniej przez kolejnych dziesięć lat.
W rezultacie wielu takich (przed)wczesnych
emerytów wpada w próżniactwo,
alkoholizm i inne nałogi, a więc
wcześniejsza emerytura, zamiast okazać
się dla nich szczęściem i radością,
przyczynia się do ich pospiesznego
odejścia z tego świata w kłębach dymu
z papierosów i oparach alkoholu.
Wszystko to wiadomo i zapewne
słusznie podejmuje się pewne działania
w celu ograniczenia prawa do
wcześniejszych emerytur (pomijam
w tym miejscu kwestię, czy świadczenia
emerytalne w ogóle powinny być
ustalane i regulowane przez państwo).
Nie sposób jednak pojąć ani usprawiedliwić
jednego: jak można zmieniać
wiek emerytalny tym, którzy do systemu
emerytalnego przystąpili dziesięć,
piętnaście czy dwadzieścia lat
temu? Przecież to jest zmiana reguł
gry w trakcie jej trwania! W każdej
porządnej melinie złodziejskiej, gdzie
praktykuje się karciany hazard i inne
rozrywki zespołowe, za podobny odruch
groziłby cios nożem pod żebro.
Tymczasem polscy „mężowie stanu”
i „mężyny stanu” w świetle prawa i
reflektorów zupełnie swobodnie dokonują
takiej samej operacji i nie
muszą spodziewać się nawet dymisji!
W swoich poczynaniach w ogóle nie
biorą pod uwagę tego, że ktoś mógł kiedyś
wybrać zawód górnika albo hutnika
właśnie z tej racji, żeby po względnie
krótkim okresie pracy przejść na
emeryturę i oddać się na przykład
wychowywaniu wnucząt, pielęgnowaniu
przydomowego ogródka lub inwestowaniu
odłożonych pieniędzy na
giełdzie papierów wartościowych. Jak
można bezczelnie oszukiwać i okradać
tych ludzi, posługując się ustawodawstwem?
Owszem, warunki wolno
zmieniać, ale tylko dla tych, którzy
dopiero przystępują do umowy, a więc
rozpoczynają pracę w danym zawodzie.
Jak uczyć i nakłaniać młodzież,
by rozsądnie planowała swoją przyszłość,
jeżeli ta przyszłość może zostać
w każdej chwili przekreślona jednym
podpisem ministra lub prezydenta?
Ale u naszych polityków jak u Boga
– wszystko jest możliwe.
Nic więc dziwnego, że do stolicy
okresowo zjeżdżają oddziały górników,
aby ciężkimi narzędziami w ramach
protestu rozbijać chodniki i tłuc
szyby w gmachach urzędów centralnych.
Oczywiście, to zwyczajny bandytyzm
– ale jak inaczej nazwać także
działania polityków, którzy zmieniają
warunki umowy w czasie jej obowiązywania?
To taki sam bandytyzm, tyle
że osłonięty kruchą powłoką politycznej
sofistyki.
Ten przykład, jak to z przykładami
bywa, wskazuje zresztą na szerszy
problem. Chodzi o czas, jaki upływa
od ogłoszenia ustawy do jej wejścia
w życie. Ten okres, w terminologii
łacińskiej zwany vacatio legis (rodzaj
gramatyczny żeński), przeważnie jest
u nas krótki i wynosi na przykład kilka
miesięcy, a zdarzają się i akty prawne,
które zaczynają obowiązywać w dzień
po promulgacji. Nie trzeba chyba dodawać,
jak wskutek tego otwiera się
rozległe pole do nadużyć. Skoro dowolną
ustawę można zmienić z dnia
na dzień, dla wszystkich lobbystów
nie ma nic prostszego niż „zamawiać”
w parlamencie konkretne przepisy w
zależności od własnych, doraźnych
potrzeb i zamiarów finansowych czy
produkcyjnych. Tego rodzaju zakusy
na praworządność na pewno ograniczałaby
wydłużona maksymalnie vacatio
legis – która w omawianym przypadku
powinna wynosić nawet kilka
lat (wyobraźmy sobie młodzieńca,
który kształci się na pilota z myślą o
wcześniejszej emeryturze i pod koniec
studiów dowiaduje się z telewizji, że
takie emerytury właśnie zniesiono!).
Wówczas również politycy spojrzeliby
na swoją działalność ze znacznie
dalszej perspektywy niż paroletnia kadencja
parlamentarna, samorządowa
lub prezydencka. |
| str. 50 |
| Felieton: Ćwiczenia z wiary |
| To w naszym wnętrzu kryje się odpowiedzialność za to, co robimy i myślimy |
| Dyskopatia religijna |
| Ani księdzu w konfesjonale, ani jakiemuś duchowemu guru, ani żadnej innej władzy, nie możemy odstąpić
odpowiedzialności za nasze życie. |
|
| Robert Hetzyg |
Państwo już po wakacjach? Gratuluję! Ja się
dopiero wybieram.
Tak siedząc przy robocie, przychodzi mi
czasem ochota przeciągnąć się zdrowo i rozruszać
zbolały kręgosłup. Z tego wszystkiego
pomyślałem, żeby zaaplikować sobie i Państwu
odrobinę ćwiczeń na kręgosłup właśnie, tyle że
na religijny kręgosłup, proponuję. Bo kręgosłup
- ważna rzecz - Państwo wiedzą.
O ten kręgosłup każdy martwi się po swojemu,
ale mało kto utrzymuje go w dobrej kondycji.
Niby wszystkim zależy, a jak co do czego,
to się okazuje, że trzeba się na kimś uwiesić, bo
samodzielnie kroku trudno postawić. Bezpiecznie
jest mieć w odwodzie jakąś mądrą książkę,
zasadę albo czyjąś opinię. Wtedy, nawet błądząc,
jesteśmy niewinni. A jak się zdarzy, że
autorytet wyższego sortu pochwali nas za ów
kręgosłup właśnie, to już zupełnie przestajemy
myśleć o jego rzeczywistym stanie, bo przecież
usłyszeliśmy, że kręgosłup mamy OK. Stan taki
charakteryzuje się przekonaniem posiadacza
o znajomości zasad życia duchowego oraz - jakże
uprawnionej - skłonności do dzielenia się swoją
wiedzą z otoczeniem. Posiadacze takiego „atestu
jakości kręgosłupa”, który dla naszych potrzeb
nazwiemy „religijnością ustabilizowaną”, na ogół
czują się bezpieczni w swojej wierze i kompetentni
w zakresie spraw cudzych. Gotowi są rozwiązywać
problemy, przed którymi, jak to sami
wiedzą z doświadczenia, stają tylko ludzie o „religijności
nieustabilizowanej” (czytaj: osoby nie
posiadające rzeczonego atestu). To znakomite
duchowe samopoczucie trwa aż do czasu, kiedy
przed nami (lub naszymi duchowymi naśladowcami)
staje przeszkoda, o jakiej nam się nie śniło.
To coś, co sprawia, że nasza religijność okazuje
się jednak nie dość ustabilizowana. Przykłady?
- mamy ich aż nadto. Wypadek, w którym ginie
młode małżeństwo z dzieckiem, Zdjęcia z
pola walki w Iraku... Oczywiście tym łatwiej się
pogodzić z rzeczywistością, im mniej mamy z
nią wspólnego. Zwłoki młodego małżeństwa z
dzieckiem znacznie mniej nas poruszają, niż widok
ciał naszych dzieci i wnuków, przejechanych
przez tira. W Podobnie relacja z zamachu na żołnierzy
NATO dotknie nas dopiero wtedy, kiedy
zginie w nim ktoś, kogo znamy i kochamy. Bywa,
że cały nasz kręgosłup zostaje wówczas przetrącony.
Oby nie na trwałe.
Dla uniknięcia takich niebezpiecznych
okoliczności proponuję Państwu kilka ćwiczeń,
które bardziej niż cudze opinie i oceny, mogą
się przyczynić do poprawienia naszej duchowej
kondycji.
1. Ćwiczenia na stabilność.
Można dzięki nim przywołać do porządku
osłabłe mięśnie odpowiedzialne za trzymanie
się pionu. Są to, innymi słowy, ćwiczenia wierności.
Warto wiedzieć, komu chcemy być wierni,
więc przypomnę: my, chrześcijanie, chcemy być
wierni Jezusowi, naszemu Panu i Zbawicielowi.
Chcemy Go naśladować i zadawać sobie ciągle
pytanie: „Co On by zrobił na moim miejscu?”.
Materiały pomocnicze: Biblia i nieuśpione sumienie.
2. Ćwiczenia na elastyczność.
Kręgosłup, który trzyma się pionu, nie
może jednak być zbyt sztywny. W przeciwnym
razie byle napięcie może nas doprowadzić do
poważnej kontuzji. Taki sztywny kręgosłup to
bezmyślne stosowanie rozmaitych zasad i reguł,
bez zwracania uwagi na okoliczności i osoby.
To bezduszność w czystej formie. Ćwiczenia
elastyczności przede wszystkim stymulują
wrażliwość i miłość bliźniego. Materiały pomocnicze:
zależnie od potrzeby, w jakiej znajdą
się nasi bliscy.
3. Ćwiczenia na wytrzymałość.
Silny kręgosłup nie tylko trzyma nas w pionie
i potrafi w razie czego wygiąć się w odpowiednią
stronę, ale również opiera się próbom
wywarcia na nas nacisku. To w naszym wnętrzu
kryje się ośrodek odpowiedzialności za to, co
robimy i myślimy. Nikt nie może rościć sobie
prawa do naszego „tak” lub „nie”. No i nikomu
nie powinniśmy takiego prawa udzielać - ani ze
strachu, ani dla wygody. materiały pomocnicze:
trzeźwe myślenie.
Na koniec kilka odpowiedzi na najczęściej
niezadawane pytania.
1. W jakich okolicznościach nasz kręgosłup
może nie trzymać się pionu (czytaj: „w jakich
okolicznościach możemy sobie odpuścić wierność
Jezusowi i Jego Ewangelii”)?
– W żadnych. Ani Jezus, ani Jego Ewangelia,
nie zmieniły się z biegiem tysiącleci, obojętnie,
co o tym mówią różni nowocześni wykładacze
woli Bożej.
2. Czy elastyczność kręgosłupa nie zaszkodzi
aby jego stabilności (czytaj: „czy nasza religijność
nie powinna być ważniejsza od czegokolwiek
innego”)?
- Ależ skąd! Nasza religijność jest tyle warta,
ile w nas mieszka życzliwości ku ludziom. Pana
Boga kocha tylko ten, kto tę miłość okazuje bliźnim.
3. Przed kim powinniśmy zginać kark
(czytaj: „komu możemy oddać stery naszego
życia”)?
- Przed nikim (nikomu)!!! Ani księdzu w
konfesjonale, ani jakiemuś duchowemu guru,
ani żadnej innej władzy nie możemy odstąpić
odpowiedzialności za nasze życie. W przeciwnym
razie wszystkie ćwiczenia na nic, a posiadacz
tak zdeformowanego kręgosłupa staje się
co najwyżej religijnym dyskopatą. |
| str. 51 |
| Felieton: Sygnały z trasy |
| Nie można mówić dziecku, że świat składa się z samych aniołów. |
| Herr Mutter |
| W tytule pomyłki nie ma, choć przyznam, że zestawienie tych dwóch słów i to w dodatku nie w
języku ojczystym może budzić zdziwienie, a nawet zaniepokojenie. Do autorstwa się nie przyznaję,
ale do prowokacji tak. |
|
| Krystyna Holly |
Zwróciła się do mnie pewna nastolatka,
aby się wyżalić i uzyskać odpowiedź
na raczej trudne pytanie – co
zrobić z niesforną i sprawiającą duże
problemy wychowawcze matką? Aby
odpowiedzieć, należało uzyskać odpowiednio
duży materiał „badawczy”, co
również nie było łatwe, bo dziewczyna
nie potrafiła jasno sprecyzować zarzutów
kierowanych w stronę rodzicielki.
W końcu na moją prośbę, aby spróbowała
wyrazić to najprościej, odpowiedziała:
– Herr Mutter!
Właśnie uczę się niemieckiego. Herr
to pan, a Mutter to matka. Zatem Herr
Mutter to pan matka.
– Sama to wymyśliłaś? Co to właściwie
znaczy? – zapytałam.
– Oczywiście, że sama, choć ludzie
z mojej paczki to kupili i mówią, że
określenie jest super, w dodatku można
stosować je również do ojca. Warunek
jest jeden, ten, kto się nazywa Herr
Mutter, występuje „single”, czyli pojedynczo.
Taki pojedynczy egzemplarz
rodzicielski charakteryzuje się ogromnym
stopniem samowystarczalności,
niezawisłości, zawsze wie, co dla innych
jest najlepsze, prze do przodu jak
ruski czołg, a w ogóle przypomina stary
parasol – można się pod niego schować,
ale wygląda się pod nim nijako.
W bardzo krótkim czasie Herr Mutter
staje się bezpłciowy i przestaje mu zależeć
na eksponowaniu cech zgodnych
z jego biologiczną przynależnością. Ma
po prostu ważniejsze sprawy na głowie.
Musi być w końcu mamą i tatą. W
gruncie rzeczy to poczciwy stworek, nawet trochę biedny, ale przede wszystkim
bardzo denerwujący.
– Interesujące. Mów dalej.
– Bo to jest tak: zupa, kotlet, własny
kąt i własne ciuchy to dużo, ale jest to
mniej niż zero, gdy we własnym domu
trudno oczekiwać odpowiedzi na takie
zupełnie zwykłe pytania, na przykład jak
w danej sytuacji postąpiłaby prawdziwa
kobieta, co powinien w tej sytuacji zrobić
mężczyzna, chyba że „Daj mi spokój!”.
Warunek jest jeden, kto nazywa się
Herr Mutter, występuje pojedynczo
i charakteryzuje się ogromnym
stopniem apotyktyczności
Długo trwała nasza rozmowa, smutna,
bo ukazująca tęsknotę za normalną, zwyczajną
rodziną, taką bez tępych egoizmów,
ale również wolną od niepotrzebnych heroizmów.
Z ojcem i matką uczestniczącymi
w życiu rodzinnym. Herr Mutter
– mimo iż przeważnie tego nie chce, może
być powodem tego, że dziewczyna mówi:
„Szlag mnie trafia, że jestem babą”. A zewnętrznie
bardzo męski chłopak pyta:
„Co to znaczy być prawdziwym mężczyzną?”.
Inny chłopak stwierdza, że jest homoseksualistą,
a na moje pytanie, kiedy
zdążył się o tym dowiedzieć, odpowiada
wymijająco, że nie widzi różnicy między
heteroseksualistami a tymi drugimi.
Wystarczy, że dodamy do tego
„wzmocnienia” medialne typu internet,
wyluzowane obrazki telewizyjne, młodzieżową
prasę, obligatoryjne filozofie
młodzieżowe, że ma być super, komfortowo,
tolerancyjnie, luzacko, bez żadnych
„ale” , to już nie dziwi nic.
W pewnej klasie maturalnej pani wychowawczyni
zadała młodzieży proste
pytanie: „Co określa kobietę, a co mężczyznę”?
Nastąpiła konsternacja, a potem
długie milczenie. Przy dwu tablicach stali
chłopiec i dziewczyna i pisali dyktowane
przez kolegów dziesięć cech kobiecych
i dziesięć męskich. Nawet dla pedagogicznego
laika czytelny byłby poziom lęku
i tęsknoty oraz uczuciowej dezorientacji.
W prawidłowym wychowaniu potrzebny
jest dwugłos rodzicielski oparty
na miłości. I to jest najlepsze zabezpieczenie
przed zaburzeniem identyfikacji
płci młodego człowieka. Dzieje się tak,
ponieważ „kobieta i mężczyzna są komplementarni”,
uzupełniają się i nic w to
miejsce nie można wstawić.
Tymczasem w jednej ze szkół podstawowych
pani wychowawczyni powiedziała
dziesięciolatkom, że w zasadzie ojciec tak
specjalnie to nie jest potrzebny – nawet
jako reproduktor. W końcu kobietę można
sztucznie zapłodnić, a w innych sprawach
to ona sobie doskonale poradzi. Zachowa
przy tym wolność i kilka jeszcze innych
pożądanych rzeczy. Nie komentuję tego
faktu, bo trudno to zrobić, ale zapraszam
„panią wychowawczynię” na pielgrzymkę
do miejsc, które gwałtownie uczą pokory
i rozumu – do więzień, szpitali psychiatrycznych,
pomieszczeń dla narkomanów.
Podobno istnieją takie zwierzęta, które
co pewien czas wchodzą całymi stadami
do morza i tam giną. Nie wiadomo,
dlaczego dochodzi do tego zbiorowego
samobójstwa.
Dokąd my zmierzamy? |
| str. 52 |
| Nasz Głos proponuje: Z kulturą po Polsce |
|
| Nasz Głos proponuje: Z kulturą po Polsce |
|
|
| opr. Eliza Lewczuk |
RYBNIK
7. Rybnickie Prezentacje Filmu Niezależnego
RePeFeNe 2008 (26–28.09)
Przegląd ma charakter
warsztatowo-konkursowy.
Filmy nadsyłane są przez
twórców profesjonalnych
i nieprofesjonalnych z całego
kraju i Europy. Przez
cztery dni w kilku klubach
Rybnika odbywają się pokazy
filmów niezakwalifikowanych do
konkursu. Przez dwa dni w Domu Kultury
Chwałowice widzowie uczestniczą w
pokazach konkursowych. Organizowane
są także warsztaty filmowe, spotkania z
ludźmi kina w Centrum Sztuki Filmowej
w Katowicach.
GDAŃSK
IV Festiwal Kultur Świata „Okno na świat” 2008 (11 –14.09)
To święto sztuki, które
przedstawia kulturową
i artystyczną różnorodność,
porozumienie między
odmiennymi nacjami
oraz pielęgnowanie wzajemnej tolerancji,
szacunku i zrozumienia poprzez sztukę.
W programie znajdzie się wystawa sztuki
współczesnej, warsztaty tańca i gry na instrumentach,
a także bardzo specyficznej
formy rękodzieła, które dzięki uczestnikom
warsztatu zaistnieje w przestrzeni
publicznej festiwalowego Gdańska. Nie
zabraknie także dźwięków egzotycznej
muzyki, spektakli teatrów niezależnych
i pokazów filmowych.
WARSZAWA
51. Międzynarodowy Festiwal Muzyki Współczesnej
„Warszawska Jesień” 2008 (19–27.09)
Główną ideą festiwalu
jest prezentowanie nowej
muzyki światowej i polskiej.
Ma on formułę otwartą i
przedstawia wielość tendencji
obecnych w muzyce.
„Warszawska Jesień” umożliwia
swobodę wypowiedzi
twórczej oraz kontakt z nowymi trendami
w sztuce. Wyróżnionym tematem tegorocznego
festiwalu będzie prezentacja muzyki i artystów z Hiszpanii, Portugalii
i krajów Ameryki Łacińskiej.
* * *
VIII Festiwal im. Franciszka Wybrańczyka „Sinfonia
Varsovia Swojemu Miastu” (1–14.09)
Celem festiwalu jest zaprezentowanie
Orkiestry Sinfonia Varsovia najszerszemu
gronu słuchaczy, w takich miejscach,
do których orkiestry symfoniczne docierają
rzadko i w których życie kulturalne
nie ma swojego stałego rytmu – w salach
koncertowych, ale także w kościołach
i na wolnym powietrzu. Jak co roku organizatorzy
zapewniają wstęp wolny na
wszystkie festiwalowe koncerty.
PODKOWA LEŚNA
In Situ – Kontakt Bezpośredni 2008 (13 –14.09)
Tematem przewodnim
tegorocznej
edycji są tradycje literackie
i muzyczne.
Projekt bazuje na tradycjach różnych
kultur: niemieckiej, polskiej i żydowskiej
oraz łączy w sobie najciekawsze współcześnie
działania kulturalne. Do udziału
zostali zaproszeni znani artyści. W przedsięwzięciu
wezmą udział również młodzi
twórcy, którzy zaprezentują różnego rodzaju
kompozycje muzyczne, wywodzące
się z różnych kręgów kulturowych; od
muzyki żydowskiej aż po utwory czerpiące
z nurtu awangardy niemieckiej.
KRAKÓW
Międzynarodowe spotkanie młodzieży organizowane
przez Katolickie Stowarzyszenie „Civitas Christiana”
(12 - 14.09)
* * *
Sacrum Profanum 2008 (14–21.09)
Formuła przedsięwzięcia
oparta
jest na prezentacji
muzyki w odniesieniu
do wzajemnie przecinających się
w muzyce XX wieku motywów sacrum i
profanum, a także do kryterium geograficznego.
Tegoroczna edycja poświęcona będzie
najważniejszym twórcom i zjawiskom
muzycznych Niemiec XX wieku. Program
festiwalu to przekrój repertuaru dwudziestowiecznych
kompozytorów niemieckich
(m.in. Kurt Weill, Karlheinz Stockhausen,
Wolfgang Rihma, Kraftwerk), eksponując
najważniejsze procesy i kierunki, podejmując
zagadnienie dyskusyjności pojęć
„klasyka” czy „muzyka poważna”.
ŁÓDŹ
Festiwal Dialogu Czterech Kultur 2008 (5–12.09)
Artyści zajmą
się motywem ojca w
najróżniejszych wariantach.
Będą pytać
o to, jak idea ojca
kształtuje naszą tożsamość narodową,
kulturową i religijną, a co za tym idzie, jak
wpływa na nasze poczucie przynależności,
osierocenia bądź wykluczenia. Program
artystyczny festiwalu (spektakle, performance,
wystawy, projekcje, koncerty oraz
wykłady, dyskusje panelowe, sympozja)
rzuca nowe światło na relacje między
czterema partnerskimi kulturami (polską,
niemiecką, żydowską i rosyjską).
SŁUPSK
Festiwal Pianistyki Polskiej (6–12.09)
Pierwszy festiwal odbył
się w 1967 roku. Jest to jedyna
tego rodzaju impreza
muzyczna w Polsce, gdzie
swój kunszt wykonawczy
prezentują najwybitniejsi polscy pianiści
z kraju i z zagranicy. Od 1974 roku
głównemu nurtowi festiwalu towarzyszy
tzw. „Estrada Młodych”, na której młodzi,
szczególnie utalentowani pianiści starają
się zdobyć tytuł laureata.
WROCŁAW
Międzynarodowy Festiwal „Wratislavia Cantans”
(4–14.09)
To wielkie wydarzenie
na skalę światową. Po raz
43. Dolny Śląsk stanie się
muzyczną stolicą Polski.
Zabrzmią dzieła oratoryjne w wykonaniu
najlepszych światowych artystów, między
innymi Amsterdam Baroque Orchestra,
Cantores Minores Wratislavienses Orkiestra
Aukso, Schola Cantorum of Oxford,
Wrocławska Orkiestra Barokowa, Carducci
String Quartet. |
| str. 53 |
| Kalendarium: Historia |
|
| Kalendarium: Historia |
|
|
| opr. Radosław Kieryłowicz |
Sierpień 1 sierpnia 1944
W Warszawie
o godz 17 wybuchło
powstanie. W dwumiesiecznych
walkach
życie straciło ok. 25 tys.
powstańców i 18 tys. Niemców. Niemcy
i Rosjanie w służbie niemieckiej wymordowali
ponad 100 tys. mieszkańców.
6 sierpnia 1711
Z kościoła Paulinów w Warszawie
wyszła pierwsza pielgrzymka piesza na
Jasną Górę jako wotum dziękczynne za
uchronienie Warszawy od zarazy.
6 sierpnia 1914
Pierwsza kompania kadrowa Legionów
wyrusza na wojnę z krakowskich
Oleandrów.
12 sierpnia 13 99
Klęska wojsk litewsko-krzyżackich
w bitwie nad Worsklą, udaremniła plany
podboju Rusi Moskiewskiej.
14 sierpnia 13 85
W Krewie zawarto pierwszą
unię polsko-litewską, ustanawiającą
Unię personalną
między Polską a Litwą w osobie
króla Władysława Jagiełły
jako męża królowej Jadwigi Andegawenki,
chrystianizację Litwy oraz zobowiązanie do
odzyskania przez Polskę ziem utraconych
na rzecz Zakonu Krzyżackiego.
15 sierpnia 1920
Zwycięska kontrofensywa polska zatrzymuje
u bram Warszawy natarcie bolszewików
i zmusza ich do panicznej ucieczki.
20 sierpnia 1968
Początek inwazji wojsk Układu Warszawskiego
na Czechosłowację. Uczestniczyło
w niej także Ludowe Wojsko Polskie.
26 sierpnia 1956
W Częstochowie
wierni odnowili Śluby
Jasnogórskie Narodu
złożone 300 lat wcześniej
przez króla Jana Kazimierza
w katedrze lwowskiej.
Tekst nowych przygotował
prymas Stefan kard. Wyszyński
uwięziony przez władze komunistyczne.
28 sierpnia 1610
Wojska Stanisława Żółkiewskiego wkroczyły
do Moskwy, która uznała zwierzchność
królewicza Władysława Wazy.
31 sierpnia 1933
W Biskupinie nauczyciel miejscowej
szkoły odkrył pozostałości osady prehistorycznej.
31 sierpnia 1980
W Gdańsku, a wcześniej w Jastrzębiu
i Szczecinie podpisano porozumienia
sierpniowe kończące ogólnopolską falę
strajków robotniczych.
Wrzesień
1 września 1939
Najazd niemiecki na Polskę rozpoczął
II wojnę światową.
2 września 1945
Powstała organizacja Wolność i Niezawisłość.
6 września 1831
Wojska carskie rozpoczęły szturm Warszawy.
W okopach poległ gen. Sowiński.
8 września 1968
Podczas dożynek na Stadionie Dziesięciolecia
w proteście przeciw inwazji na
Czechosłowację dokonał samospalenia
Ryszard Siwiec.
12 września 1682
Pod Wiedniem Armia Świętego Przymierza,
dowodzona przez króla Jana III
Sobieskiego, zmusiła do ucieczki armię
turecką dowodzoną przez wezyra Karę
Mustafę. Król atakował na czele polskiej
jazdy.
12 września 1916
Na mocy porozumienia dwóch cesarzy
powołano w Warszawie Radę Regencyjną,
w skład której wchodzili biskup
Aleksander Kakowski, książę Stanisław
Ostrowski i hr. Zdzisław Lubomirski.
16 września 1658
W Hadziaczu podpisano
ugodę, uznają Ruś za
trzeci człon Rzeczypospolitej.
Nie zatwierdził jej sejm,
a Rada Perejasławska kozaków,
uznała zwierzchność
Moskwy nad Ukrainą.
16 września 1668
Król Jan II Kazimierz
abdykował, gdyż nie był
w stanie przeprowadzić reform
ratujących królestwo.
W mowie abdykacyjnej przestrzegał
przed rozbiorami.
17 września 1253
W Asyżu odbyła się kanonizacja biskupa
Stanisława ze Szczepanowic. Na cześć
tego wydarzenia Wincenty z Kielc napisał
hymn „Gaude Mater Polonia”.
17 września 13 74
Król Ludwik Węgierski wydał w Koszycach
przywileje dla szlachty (podatkowe,
administracyjne) w zamian za prawa
córek Andegawenów do tronu polskiego.
17 września 1939
Armia Czerwona przekroczyła granice
Polski bez wypowiedzenia wojny. Opór stawiły
wojska graniczne. Trzy dni trwała obrona
Grodna, w której wsławili się harcerze.
22 września 1531
Wojsko polskie pod dowództwem
hetmana Jana Tarnowskiego rozbiło Mołdawian
pod Obertynem. W bitwie użyto
husarii, która odtąd stała się główną siłą
przełamującą opór przeciwnika.
25 września 1793
Sejm grodzieński ratyfikował II rozbiór
Polski.
27 września 1313
W bitwie pod Płowcami; rycerstwo
polskie zmusiło Krzyżaków do zaniechania
łupieżczej wyprawy na Wielkopolskę.
27 września 1605
W bitwie pod Kircholmem
husaria pod dowództwem
hetmana litewskiego
Karola Chodkiewicza
zniszczyła armię szwedzką.
Król szwedzki cudem ocalał.
Polacy stracili 100 żołnierzy, Szwedzi
ponad 6 tys.
27 września 1773
Sejm uchwalił przekazanie dóbr skasowanego
zakonu jezuitów Komisji Edukacji
Narodowej. Trzy dni później sejm
ratyfikował I rozbiór Polski. |
| str. 54 |
| Kultura: Warto przeczytać |
|
| Kultura: Warto przeczytać |
|
|
|
Przebaczyć oprawcom
Immaculee Ilibagiza,
autorka wyjątkowej
książki na tle
innych wojennych
relacji: „Ocalona, aby
mówić”. Immaculee
urodzona w Ruandzie,
w katolickiej rodzinie.
W 1994 roku
studiowała na Uniwersytecie Narodowym
w Butare, kiedy jej dotychczasowe życie
przerwała jedna z najkrwawszych wojen
domowych XX wieku. Podczas trwających
trzy miesiące czystek etnicznych, które
doprowadziły do wymordowania prawie
miliona osób, głównie narodowości Tutsi,
zginęli także rodzice i rodzeństwo Immaculee.
Ona sama przetrwała ukryta w maleńkiej
łazience, wraz z siedmioma innymi
kobietami, w domu miejscowego pastora
Hutu. Pomieszczenie długości metra dwudziestu
centymetrów i szerokości metra,
stało się na 91 dni nowym „domem” zupełnie
obcych sobie kobiet. Informacje pełne
nienawistnej propagandy, docierały do
odizolowanych kobiet z radioodbiornika
znajdującego się w sąsiednim pomieszczeniu
i stały makabrycznym tłem tego, co
niewyobrażalne – umocnienia wiary przez
Immaculee. Kobieta podczas wielogodzinnej
modlitwy różańcowej prosiła Boga
o przeżycie i łaskę wybaczenia oprawcom.
KK
Ocalone od zapomnienia
„Wiersze. (Ocalone
od zapomnienia 1915
–1938)” oraz „Dziennik
Tułacza. (Moskwa,
1917 – 1918)”.
Autor tych różniących
się od siebie
form literackich,
przyszedł na świat
9 czerwca 1895 r. w
Sarnakach (woj. Mazowieckie).
Po wybuchu
wojny w 1914 r., ewakuował się w
głąb Rosji, a następnie został wcielony
do Armii Carskiej. Pod koniec pierwszej
połowy 1917 r., znalazł zatrudnienie w
Kantorze Składu Opałowego. Rewolucja
bolszewicka, której stał się naocznym
świadkiem, przerwała jego pracę.
O osobistych walorach dokumentu
decydują ciepłe opisy codzienności
i uwrażliwienie nie tylko na cierpienie własne,
ale także otoczenia. Mimo trudnych
warunków życia, do końca pobytu w Rosji,
Kondracki przestrzega wewnętrznego kodeksu
moralnego i pozostaje nieobojętny
na piękno świata. Ostatni element zauważamy
zwłaszcza w drugim zbiorze tekstów
– wierszach – przepełnionych myślą patriotyczną
i silnymi emocjami.
KK
Cała radość życia
Franceska Michalska,
Cała radość
życia. Na Wołyniu, w
Kazachstanie, w Polsce.
Wspomnienia,
Noir Sur Blanc, Warszawa
2007, s. 174.
Jest to bolesna historia
życia autorki, a
jednocześnie pełna nadziei i radosnego pogodzenia
się z tym, co przynosi życie. Franceska
Michalska podzieliła los wielu Polaków,
którzy po rewolucji październikowej
i wojnie polsko-bolszewickiej 1920 roku stali
się obywatelami radzieckiej Ukrainy. Podzieliła
ich doświadczenia, takie jak wielki
głód, stalinowski terror i zsyłka do Kazachstanu.
Nie tylko udało jej się przeżyć, zdobyć
wykształcenie, ale także uzyskać status repatriantki.
W końcu znalazła się w Polsce.
Wspomnienia Franceski Michalskiej
to w pewnym sensie powieść drogi. Polska
jawi się niczym mityczna kraina, znana tylko
z opowieści i wyobrażeń. Jednak snuta
opowieść nie jest fikcją, to nie współczesna
„Odyseja”, lecz prawdziwe świadectwo
dziewczynki, potem młodej kobiety, która
na nieszczęście stała się częścią przerażającej
historii.
AW
Wątpliwości Vaclva Klausa
Zbiór „Czym jest europeizm?” jest jednak
pierwszą na naszym rynku wydawniczym
prezentacją bogatej twórczości publicystycznej
i eseistycznej Vaclava Klausa.
Na stu stronach książki możemy zapoznać
się z oryginalnym
i niesztampowym
jak na prezydenta
środkowoeuropejskiego
kraju stylem
myślenia. Wydany
właśnie tom jest
zbiorem przemówień
i publikacji
Klausa związanych z krytyką obecnego
kształtu Unii Europejskiej. Szczególne zagrożenie
widzi on w postępującym deficycie
demokracji. Osłabienie państw członkowskich,
tradycyjnego modelu suwerennej
demokracji parlamentarnej na rzecz postulowanej
przez brukselskie elity europejskiej
„postdemokracji”, de facto oddala obywateli
od decyzji podejmowanych zakulisowo na
najwyższych szczeblach władzy. Prowadzi
to do zmniejszania się obszaru wolności poprzez
wyłączenie obywateli z procesów decyzyjnych.
Inną stroną ideologicznej utopii
„europeizmu” jest atak na tradycyjne wartości,
które jeszcze nie tak dawno były czymś
powszechnym i oczywistym – poczucie tożsamości
narodowej,
Vaclav Klaus „Czym jest europeizm”
Wyd. Prohibita 2008
ŁK
Modlimy się biblią
Książka „Modlimy
się Biblią” proponuje
nam włączenie
słów Pisma Świętego
także do codziennej
modlitwy osobistej.
Poręczny format
wydania przypominający
modlitewnik,
zawiera cztery części zapełnione biblijnymi
ustępami, mogące w dowolnej kolejności
służyć pomocą przy prośbach w intencjach
Kościoła i całego świata, a także towarzyszyć
i wzbogacać modlitwę różańcową,
odmawianie litanii oraz adoracje. Mając
przy sobie tę książkę, praktycznie w każdym
miejscu i czasie możemy zagłębić się
w medytacje na Słowem Bożym, sianym na
grunt ludzkich dusz każdego dnia.
„MODLIMY SIĘ BIBLIĄ” oprac.
Agnieszka Wulczyńska, IW PAX 2008
ŁK |
| str. 55 |
| Kultura: Przegląd Prasy |
|
| Kultura: Przegląd Prasy |
|
|
| ŁK |
Rzeczpospolita
„Bez poznania
historii
i dziedzictwa dawnych ziem wschodnich
Rzeczpospolitej nie będziemy
w stanie zrozumieć samych siebie”
– pisze w artykule „Zobaczyć Kresy”
Grzegorz Górny w nr 34 dodatku
„PlusMinus” w „Rzeczpospolitej”.
Kresy są zasadniczym toposem polskiej
kultury i duchowości. Utrata
Ziem Wschodnich w 1945 roku nie
była tylko zwykłym okrojeniem terytorium
i pozbawieniem znaczącej
części potencjału demograficznego,
lecz przede wszystkim przerwaniem
ciągłości kulturowej ciągnącej się
od Polski Jagiellonów. Wyobraźnię
narodową Polaków w dużej mierze
ukształtowały krajobrazy Litwy, Białorusi
i Ukrainy. Na tych terenach
rodziła się twórczość Mickiewicza,
Słowackiego czy Fredry. Także wśród
wybitnych twórców XX-wiecznej literatury
nie znajdziemy chyba nikogo,
kto nie odwoływałby się do
pamięci o Kresach. Takie postacie
jak Józef Mackiewicz, Włodzimierz
Odojewski, Zbigniew Herbert, Józef
Wittlin, Czesław Miłosz, Adam
Zagajewski i Stanisław Lem nie odwoływali
się do swoich kresowych
korzeni z powodów czysto sentymentalnych.
Lwów lub Wilno stanowiło
dla nich wciąż żywą, małą ojczyzną.
Kresy to także kolebka naszej duchowości
– wschód usiany jest wprost
sanktuariami maryjnymi i śladami
działalności polskich świętych. Nie
gdzie indziej a na Kresach powstał
jeden z najambitniejszych projektów
w dziejach Kościoła – Unia Brzeska,
która chciała doprowadzić do pełnego
zjednoczenia zachodniego i
wschodniego płuca chrześcijaństwa.
Dla Górnego Kresy to nie tylko przeszłość,
ale także drogowskaz, który
może służyć pomocą do wybrania
dobrych dróg w przyszłości,
KRONOS nr 6/2008
W eseju „Przyszłość chrześcijaństwa”
Tomasz Rosiński zwraca
uwagę, że wśród
współczesnych elit intelektualnych,
szczególnie
tych lansowanych
w środkach
masowego przekazu,
panuje dość zgodna
opinia, że chrześcijaństwo staje
się coraz bardziej passe, a wszelkie
wysiłki w celu zbudowania
lepszego świata należałoby skoncentrować
na idei modernizacji
świadomości oraz istniejących instytucji.
W świecie zdominowanym
przez technicyzację, skrajny
postkartezjański racjonalizm oraz
relatywizm, nauczanie Chrystusa
wydaje się być coraz słabiej słyszalne.
Autor przypomina jednak,
iż logika historiozofii pokazuje, że
nawet skrajna modernizacja społeczeństw
tak naprawdę odbywa się
w logice chrześcijaństwa. Można ją
tłumaczyć na dwa sposoby, w obydwu
przypadkach odwołując się do
Pisma Świętego. Radykalna modernizacja
może być postrzegana
jako znak zbliżających się czasów
ostatecznych, a nawet Antychrysta,
ale również jako mniej lub bardziej
udane wypełnienie biblijnej zapowiedzi
o rozwijaniu wraz z rozwojem
historii kolejnych zwojów
i kart odwiecznej księgi życia pisanej
przez Boga.
NOWE PAŃSTWO nr 2/2008.
Michał Szułdrzyński
w tekście „Co zagraża
naszej cywilizacji”
zwraca uwagę na
dwuznaczność postępu
naukowego: Nauka,
będąca jednym z filarów nowoczesności,
przybrała obecnie kształt
quasi-religii. Tak jak ona obiecuje
wyzwolenie człowieka i stworzenie
raju bez cierpień. Gdy jednak popatrzymy
na stan nauki z bliska, ta
nowoczesna wiara zaczyna tracić
swój blask. Większość autorytetów
naukowych poczuwa się do odpowiedzialności
za dobro wspólne,
ale prezentuje ją często w karykaturalny
sposób, zabierając głos we
wszelkich możliwych tematach,
najczęściej nie leżących w ich kompetencjach”.
Z drugiej strony, jak
pisze Autor „(...) mamy wąskich
specjalistów, którzy dla sukcesu
gotowi są fałszować wyniki swych
badań. Nauka została zaprzęgnięta
na potrzeby rozwijających się
technologii do tego stopnia, że zamiast
odpowiadać przed ťludzkością
Ť, odpowiada wyłącznie przed
koncernami zlecającymi badania”.
W konsekwencji rodzi się więc
pytanie, na ile współczesna nauka
działa w ramach troski o dobro
wspólne.
WYCHOWAWCA nr 7/2008.
Ks. Krzysztof Zdziarski zastanawia
się, komu ufa dzisiejsza młodzież.
Według przeprowadzonych
niedawno badań socjologicznych
Na pytanie: „komu ufasz”? ankietowani
nastoletni chłopcy na pierwszym
miejscu wskazali rodziców,
następnie przyjaciół, dziewczynę,
mamę, Boga i babcię, a dziewczęta:
przyjaciół, rodzinę, rodziców,
mamę, dalej wskazały na chłopaka,
rodzeństwo i Boga. Zdaniem ks.
Zdziarskiego wyniki takie pokazują
na wciąż obecne w życiu polskiej
młodzieży oczekiwanie na realizację
trzech najważniejszych ewangelicznych
cnót – wiary, nadziei
i miłości. „Jeśli kogoś kocham, to
mu ufam i wierzę. Jeśli wierzę drugiemu
człowiekowi, to dlatego, że
go kocham, lubię i mam w nim ufność.
I jeśli komuś zaufam, to dlatego,
że mu wierzę i szanuję, lubię,
kocham” – pisze Autor. Koresponduje
to według niego z tym, co o.
Mieczysław A. M. Krąpiec nazwał
„trójrytmem i leitmotivem ludzkiego
życia” – wiara, nadzieja i miłość
napędzają każde ludzkie działanie.
|
| str. 56 |
| Civitas Christiana: Kronika |
|
| Civitas Christiana: Kronika |
|
|
| PG-W |
Pierwsze posiedzenie Rady Głównej
Katolickiego Stowarzyszenia „Civitas Christiana”
27 czerwca 2008 roku odbyło się pierwsze zebranie
Rady Głównej w siedzibie Centrum Kultury „Civitas
Christiana” w Warszawie. W pierwszej części spotkania
wiceprzewodniczący RG Karol Irmler zaprezentował hasło
programowe 2009 roku. „Kulturowo-cywilizacyjnych oblicz
współczesności”. Zadaniem pierwszym jest poznanie i ocenianie
współczesnych koncepcji i wizji przeciwstawiających się biblijnej
prawdzie o człowieku i dawanie pozytywnych odpowiedzi na zagrożenia
osobowej godności człowieka. Zadaniem drugim staje
znalezienie odpowiedzi na to, co znaczy być Katolikiem, Polakiem,
Europejczykiem. A zatem jest to refleksja nad kulturową
tożsamością. Celem zaś staje się przypomnienie zrębów tożsamości
chrześcijańskiej. Wypełniać te zadania należy poprzez:
# prowadzenie we współpracy z innymi wspólnotami
katolickimi opiniotwórczych inicjatyw edukacyjno
– formacyjnych w formie debat, konferencji, sympozjów,
warsztatów, itd.
# wydawanie publikacji, broszur wspierających członków
KSCCH w podejmowaniu w ich środowiskach
dyskusji
# szeroko pojęta promocja stanowiska, opinii i dorobku
programowego KSCCH
# udział przedstawicieli KSCCH w konferencjach czy
debatach organizowanych przez różne podmioty prezentujące
inne poglądy filozoficzne lub światopoglądowe
# inicjowanie akcji obywatelskich
Drugim priorytetem w 2009 roku będzie świadectwo
wspólnot laikatu katolickiego jako odpowiedź na kryzys
współczesnej kultury. Poprzez realizację dwóch zadań:
kształtowania postaw chrześcijańskich w życiu indywidualnym,
rodzinnym i społecznym oraz inspirowanie
aktywności obywatelskiej poprzez budowanie wspólnot
katolików świeckich oraz wspieranie ich działalności w
środowiskach lokalnych. Celem pierwszego zadania jest
podnoszenie świadomości religijnej, moralnej, społecznej i
kulturalnej katolików świeckich oraz wzmacnianie rodziny
w pełnieniu przez nią wielorakich funkcji, w tym szczególnie
funkcji wychowawczej. Celem drugiego zadania jest
organizowanie z inspiracji chrześcijańskiej i patriotycznej
przedsięwzięć społecznych i kulturalnych, zmierzających
do przełamywania bierności obywatelskiej oraz wzmacnianie
tożsamości i identyfikacji społeczności lokalnych
z „małą i wielką Ojczyzną”.
Rada Główna KSCCH przyjęła uchwałę w sprawie zadań
programowych na 2009 rok zgodnie z hasłem programowym
przyjętym na Walnym Zgromadzeniu „Kultura drogą ku prawdzie
o człowieku we współczesnym świecie”. W 2009 roku podjęta
zostanie problematyka „Chrześcijanie wobec kulturowocywilizacyjnych
wyzwań współczesności” obejmuje ono dwa
priotrytety:
# kulturowo cywilizacyjne oblicza współczesności
# działania i świadectwo wspólnot laikatu katolickiego odpowiedzią
na kryzys współczesnej kultury.
Rada Główna KSCCH podjęła również uchwałę o przyznaniu
złotej odznaki honorowej KSCCH ks. bp Adamowi Dyczkowskiemu
oraz srebrnej odznaki KSCCH ks. Antoniemu Tofilowi.
|
| str. 57 |
| Civitas Christiana: Kronika |
|
| Civitas Christiana: Kronika |
|
|
|
|
Szanowny Panie Przewodniczący,
dziękuję za pismo z dnia 6 czerwca br., w którym przekazał Pan nowy Statut Stowarzyszenia „Civitas Christiana” oraz informacje
o zmianach personalnych w zarządzie organizacji.
Z satysfakcją przyjąłem wiadomość o ponownym wyborze Pana na Przewodniczącego Stowarzyszenia. Proszę przyjąć z tej
okazji moje szczere gratulacje i zapewnienie o modlitwie.
Życzę Bożego błogosławieństwa i wszelkich potrzebnych łask w przewodzeniu zrzeszeniu, które inspiruje katolików świeckich
do czynnego udziału w życiu Kościoła i Narodu, zabiega o chrześcijański wymiar życia społecznego, kieruje różnymi
formami aktywności obywatelskiej i broni praw rodziny oraz życia każdego człowieka od poczęcia do naturalnej śmierci.
Łączę wyrazy serdecznych pozdrowień i ponawiam najlepsze życzenia dla Pana i Pańskich współpracowników.
Stanisław Budzik
Sekretarz Generalny KEP
Warszawa, dnia 11 czerwca 2008 r.
|
Oddział Dolnośląski
Wrocław
W czerwcu br. minęło 10 lat społecznej aktywności,
której celem jest zagospodarowanie
rzeki Odry w szerokim tego słowa znaczeniu.
Odrzański jubileusz odbył się we wrocławskim
lokalu Civitas Christiana. „Lobbing Odrzański”
zorganizował 94 spotkania z samorządami, kilkanaście
dużych konferencji połączonych z wydaniem
broszur, książek, materiałów i referatów
omawiających stale aktualne i perspektywiczne
zagadnienia związane z poprawą żeglugi, zabezpieczenia
przeciwpowodziowego, turystyki,
rekreacji, budownictwa wodnego i odbudowy
naturalnych walorów przyrodniczych rzeki Odry.
W chwili obecnej najważniejszą rzeką Polski jest
Odra, która jest w znacznej części już uregulowana,
która ma możliwości żeglugowe istotne
zarówno dla Polski, jak i dla Niemiec oraz Czech,
a nawet dla Europy Zachodniej. Jak widać w ciągu
ostatnich blisko już dwudziestu lat niepodległości
nastąpiły nie tylko zmiany polityczne, ale
też znaczeniowe, perspektywiczne i gospodarcze
promujące rzekę Odrę, jako nową królową rzek
polskich. O tę królową warto dbać, warto o niej
pamiętać, bo pod każdym względem jest ona
tego warta.
Adam Maksymowicz
Kardynał Henryk Gulbinowicz od samego początku patronuje nadodrzańskiej działalności społecznej
Oddział Kujawsko-Pomorski
Rypin
W czerwcu rozpoczęła peregrynację kopia
Ikony Jasnogórskiej Madonny wśród rodzin
członków i sympatyków Katolickiego Stowarzyszenia
„Civitas Christiana”.
Ofiarowana przez oo. paulinów z Częstochowy
dyrektorowi oddziału kujawsko-pomorskiego
– Piotrowi Hoffmanowi, najpierw goszczona była
we włocławskich domach, a następnie z Warszawy
została przywieziona do oddziału w Rypinie.
Uroczyste powitanie Obrazu Matki Boskiej
Częstochowskiej modlitwą i refleksją na temat historii
ikony, a także znaczenia tego rodzaju sztuki
plastycznej w religii chrześcijańskiej, poprowadził
ks. Krzysztof Jończyk z Parafii Św. Stanisława
Kostki. Recytacją poezji dedykowanej Maryi
wzbogacili spotkanie: U. Małkińska, E. Rogowski,
W. Winiarska, Cz. Siuszko, B. Czerniawko, Z. Milarska,
M. Kubas. Świadectwo na temat swoich
pieszych pielgrzymek (a było ich ponad 200) do
Sanktuarium Matki Bożej Bolesnej w Oborach
złożył S. Rosiński.
Zenobia Rogowska
* * *
Bractwo Literackie Ośrodka Kultury Dobrzyńskiej
im. Jerzego Pietrkiewicza przy Katolickim
Stowarzyszeniu „Civitas Christiana” w Rypinie,
od kilku lat wzbogaca widowiskami poetyckimi,
różne środowiska naszego miasta oraz Brodnicy.
Wpisuje się w rok liturgiczny rypińskich parafii,
Sanktuarium Matki Boskiej Bolesnej w Oborach,
Parafii Św. Stanisława Kostki w Ostrowitem.
Bractwo zyskało swoich sympatyków, którzy od
kilku lat przychodzą do maleńkiego kościółka pw.
św. Barbary, żeby wysłuchać pięknej interpretacji
słowa, najczęściej podczas Zaduszek Poetyckich.
Za to wszystko, także za próbę wystąpienia
podczas tegorocznej 35. Rypińskiej Wiosny Teatralnej,
w imieniu KSCCH podziękowała im
przewodnicząca Zenobia Rogowska, która zorganizowała
piknik literacki w uroczym zakątku ziemi
dobrzyńskiej, honorując wszystkich członków
bractwa listami intencyjnymi i tomikami poezji.
Zenobia Rogowska
* * *
„Genetyka nowotworowa” – to tytuł sesji popularnonaukowej
zorganizowanej przez przewodniczącą
oddziału w Rypinie, Zenobię Rogowską,
i prezesa Ruchu Kobiet do Walki z Rakiem Piersi
„Europa-Donna”, Wandę Królikowską, w ramach
programu „Zdążyć przed rakiem”, realizowanym
przez Pracownię Genetyki Nowotworowej Wojewódzkiego
Szpitala Zespolonego w Toruniu.
Celem sesji było uświadomienie zagrożenia
rakiem, skutków i umiejętności bronienia się
przed tą chorobą cywilizacyjną, w tym roli poznania
swojego DNA w kontekście zmian, mutacji
kodu genetycznego na podstawie próbki pobranej krwi. Osoby obciążone chorobą nowotworową w
rodzinie mogą te badania wykonać bezpłatnie w
Pracowni Genetyki Nowotworowej w Toruniu, po
uprzednim zarejestrowaniu się telefonicznie pod
numerem (0 56) 61 01 630 (poniedziałki i wtorki).
Dla pozostałych badanie kosztuje 200 złotych.
Tuż przed otwarciem sesji popularnonaukowej „Genetyka nowotworowa”
Fot. Ewa Majewska
Wykładowcą tematu, udzielającym odpowiedzi
na pytania licznie zebranych kobiet w Klubie-Galeria
Nowa KSCCH, był dr nauk med. Tomasz Huzarski,
pracownik Akademii Medycznej w Szczecinie
i pracowni Genetyki Nowotworowej w Toruniu,
oraz lekarz genetyk, mgr Joanna Jarkiewicz-Tretyn,
i mgr Katarzyna Wawszczyk. Mówili oni także o
mutacji genu BRCA1 wykrywanego tylko u 1 na 10
pacjentów, jeżeli badanie robione jest tylko przez
USG, a nie badanie krwi. Wykryty w ten sposób
gen pozwala na zastosowanie odpowiedniego rodzaju
chemioterapii na kilka, a nawet kilkanaście
lat, przed objawami klinicznymi choroby. Ratujmy
zatem nasze życie.
Wśród gości sesji popularnonaukowej obecni
byli lekarze: Marek Bruzdowicz, anastezjolog,
dyrektor ZOZ Rypin, Jacek Szubiński, onkolog, a
także starostowie rypińscy: dr Marek Tyburski i
Piotr Pawłowski oraz przewodniczący KSCCH w
Toruniu, Piotr Hoffman.
Zenobia Rogowska
Oddział Lubelski
Biała Podlaska
W czerwcu w siedzibie Oddziału Miejskiego
Katolickiego Stowarzyszenia „Civitas Christiana”
w Białej Podlaskiej otwarto wystawę exlibrisu znanego
wrocławskiego grafika Henryka Grocholskiego.
Ekspozycja nosiła tytuł „Z potrzeby serca”,
bowiem jak stwierdził Ksiądz Dr Krzysztof Stola,
pomysłodawca i kustosz wystawy, prace artysty
powstały właśnie z potrzeby serca. H. Grocholski
tworzy dla ludzi, nigdy dla pieniędzy.
Wernisaż zgromadził członków, sympatyków i
gości Stowarzyszenia z kilku Oddziałów. – Wystawa
ta, pomyślana jako objazdowa, powinna docierać
do różnych środowisk, pełniąc swoistą misję
kulturotwórczą i humanizującą współczesne traktowanie
człowieka, rodziny, życiowego powołania
– powiedział Pan Marek Koryciński, przewodniczący
Rady Oddziału Okregowego w Lublinie,
który objął patronatem zorganizowanie wystawy.
Wystawa byłą również uczczeniem miała 80
urodzin artysty, 55–lecia jego pracy zawodowej
i 35–lecia zajmowania się znakiem książkowym.
Życie związane z muzealnictwem, pasja podróżnicza
(25 wypraw, m.in. do Indii, Chin, Wietnamu,
USA) oraz tradycje kultury słowiańskiej, klasycznej
i chrześcijaństwa wywarły swoiste piętno na
sposobach przedstawienia i tematyce prac artysty.
Wśród nich możemy dostrzec exlibrisy poświęcone
osobom duchownym, np. dwóm ostatnim
papieżom, małżeństwom, rodzinom, instytucjom,
ale także zwykłym ludziom, z którymi H. Grocholski
miał okazję się zetknąć. Swoje miniatury
najchętniej wykonuje piórkiem. Z jubilerską dokładnością
wypracowuje szczegóły. Zaskakuje bogactwem
pomysłów i kompozycji obrazu.
– Każdy exlibris, to swoista mała wypowiedź
o człowieku. Mistrzowskim piórkiem kreśli wrocławski
plastyk nie tylko znaki graficzne, ale często
z wielką wiernością rysuje sylwetki osób, którym
przeznacza prace. Wrażliwość, subtelność i takt łączy
z poczuciem humoru, co jego pracom nadaje
lekkości – podkreśla Ksiądz K. Stola.
Beata Sęczek
* * *
W czerwcu środowisko Katolickiego Stowarzyszenia
„Civitas Christiana” w Białej Podlaskiej
świętowało otwarcie nowej siedziby.
Uroczystość rozpoczęła Msza Św. odprawiona
w kościele parafialnym Bł. Honorata. Mszy w intencji
Stowarzyszenia oraz mieszkańców miasta i
powiatu przewodniczył przyjaciel Stowarzyszenia
Ksiądz Dr Krzysztof Stola z Lublina. Towarzyszył
mu proboszcz miejscowej parafii Ks. Kanonik Janusz
Onufrejuk, Ks. Prałat Mieczysław Lipniacki
oraz Gwardian Klasztoru Ojców Kapucynów w
Białej Podlaskiej. Obecni byli przedstawiciele
władz naczelnych Stowarzyszenia, władz miejskich
i powiatowych, przedstawiciele ruchów i
stowarzyszeń katolickich oraz członkowie i sympatycy
Stowarzyszenia.
Uczestnicy po Mszy Św. udali się do nowego
lokalu Stowarzyszenia, gdzie Ks. Kanonik J. Onufrejuk
dokonał poświęcenia krzyża oraz pomieszczeń
lokalu. Odświętnego charakteru spotkaniu
nadało odczytanie wierszy autorstwa Beaty Sęczyk,
członka Oddziału w Białej Podlaskiej, a także wysłuchanie
koncertu muzyki poważnej w wykonaniu
absolwentki Prywatnej Szkoły Muzycznej.
Przewodniczący Oddziału w Białej Podlaskiej
Robert Sęczyk złożył na ręce Marka Korycińskiego,
Wiceprzewodniczącego Rady Głównej Stowarzyszenia
podziękowania za możliwość dokonanej
zmiany lokalowej. Zabierając głos, Wiceprzewodniczący
Marek Koryciński wskazał współczesne
wyzwania stojące przed Stowarzyszeniem oraz
kierunki zaangażowania na katolików w sferze
publicznej. Przypomniano zebranym również najważniejsze
formy działalności Stowarzyszenia w
Białej Podlaskiej.
R.S
Nałęczów
W czerwcu w Archidiecezjalnym Domu Rekolekcyjnym
pw. Matki Bożej Częstochowskiej w
Nałęczowie zorganizowane zostały dni skupienia
dla członków Katolickiego Stowarzyszenia „Civitas
Christiana”. Opiekę duchową nad przybyłymi z
obszaru Lubelszczyzny członkami Stowarzyszenia
sprawował ks. Marcin Jankiewicz, kapelan Oddziału
Okręgowego w Lublinie. Od piątku do niedzieli
uczestnicy dni skupienia mieli możliwość uczestniczenia
w skrutacji biblijnej, nabożeństwach i Eucharystii.
Ponadto dla uczestników dni skupienia
przygotowano możliwość zwiedzania uzdrowiska
Nałęczów i zapoznania się z planowanymi inicjatywami
Stowarzyszenia.
M.Sz.
Rejowiec
W czerwcu w Rejowcu ramach Akademii
młodzieżowej „Pamięć + Tozsamość = Przyszłość”
zorganizowano spotkanie z panią Luizą
Dutkowiak, która mówiła o rodch magnackich i
szlacheckich okolic Rejowca. Prelegentka omówiła
szczegółowo problematykę obecności szlachty i
magnaterii na obszarze okolic Rejowca z uwzględnieniem
kontekstu historycznego obszaru oraz
kulturotwórczej i patriotycznej postawy najważniejszych
rodów. W wykładzie oraz dyskusji wzięło
udział kilkadziesiąt osób członków i sympatyków
Stowarzyszenia w Rejowcu.
M.Sz
Zamość
„Piękna przyszłość” to tytuł koncertu Chóru
dziecięcego Filharmonii Orenburskiej „Nowyje
imena” pod kierownictwem Mariny Turbinowej i
zespołu „Korobiejniki”. Koncert odbył się w lipcu
na Rynku Wielkim w Zamościu.
Chór śpiewa przy Orenburskiej Filharmonii
i jest wizytówką nie tylko orenburskiego regionu,
ale i Rosji. Soliści-śpiewacy to zasłużeni artyści
Rosji.
Organizatorami pobytu chóru w ,,Perle Renesansu”
było Katolickie Stowarzyszenie ,,Civitas
Christiana”, Zakon Ojców Redemptorystów,
Urząd Miasta i Symfoniczna Orkiestra im. Karola
Namysłowskiego w Zamościu.
Wszystkich gości powitał przewodniczący
Oddziału w Zamościu, Łukasz Kot oraz Ojciec
Andrzej Legieć, redemptorysta pochodzący z Zamościa
i służący od 11 lat w Kamerowie na Syberii.
Wśród zaproszonych gości była pani Iwona
Stopczyńska wiceprezydent Miasta Zamościa, Jadwiga
Machulewska dyrektor wydziału promocji,
kultury i spraw społecznych UM Zamość oraz
Anna Gruszkiewicz wicedyrektor Symfonicznej
Orkiestry im. Karola Namysłowskiego w Zamościu.
Nie zabrakło księży redemptorystów oraz licznie przybyłych mieszkańców Zamościa i turystów.
Przez ponad dwie godziny młodzi śpiewacy
zachwycali swoim występem. Publiczność na koniec
obdarowała ich na stojąco gromkimi brawami.
Nie obyło się bez bisów. Jednym z nich była
wspaniale wykonana a capella Kalinka.
W trakcie koncertu można było nabyć płyty
zespołu oraz słynne, koronkowe, orenburskie chusty
wykonane z koziej wełny. Po koncercie odbyło
się spotkanie gości z panią wiceprezydent. Została
nawiązana bliższa współpraca i zapewnienia o
wspólnych działaniach w sferze kultury. W Orenburgu
od 1993 pracują redemptoryści i prowadzą
parafię.
Łukasz Kot
Oddział Lubuski
Zielona Góra
Rok 2008 NSZZ „Solidarność” ogłosił Rokiem
Jana Pawła II i z tej okazji Zarząd Regionu w Zielonej
Górze zorganizował, pod patronatem biskupa diecezjalnego,
Stefana Regmunta, wystawę oraz konferencję
pt. „Mówiłem o Was i za was – Jan Paweł II – Duchowy
Ojciec Solidarności”. Konferencję poprzedziła
Msza św. w Konkatedrze, którą sprawował biskup
pomocniczy Diecezji Zielonogórsko-Gorzowskiej,
Paweł Socha. Wyraził on uznanie dla organizatorów
za podjętą inicjatywę i trafny pomysł. Zwrócił
jednocześnie uwagę na interesującą problematykę
konferencji oraz dobrze dobranych prelegentów zarówno
od strony naukowej, wskazując na ks. prof.
Piotra Niteckiego, jak i od strony praksis, biorąc pod
uwagę pozostałych referentów. Po uroczystej Mszy
św. celebrans poświęcił wystawę zorganizowaną w
kościele. Konferencja odbywała się w Sali Dębowej
Biblioteki Wojewódzkiej. Wśród zaproszonych gości
byli: senator Stanisław Iwan, wojewoda Helena
Hatka, kurator lubuski, Roman Sondej. Uczestnicy
mieli okazję wysłuchać wspomnianego wcześniej
ks. prof. Piotra Niteckiego, który mówił o „Idei solidarności
w nauczaniu Jana Pawła II”. Przedstawiciel
Zarządu Krajowego NSZZ „Solidarność” – Jacek Rybicki,
przedstawił referat: „Nauczanie Jana Pawła II
testamentem i zobowiązaniem dla ťSolidarnościŤ”.
Kapelan Związku – ks. Witold Andrzejewski przybliżył
temat: „Jan Paweł II orędownikiem idei pracy
i wolności człowieka”. Przewodniczący rady okręgu
katolickiego stowarzyszenia „Civitas Christiana” w
Zielonej Górze, Zbigniew Żołądziejewski, zreferował
temat: „Organizacje pozarządowe na przykładzie
katolickiego stowarzyszenia ťCivitas ChristianaŤ za
pontyfikatu Jana Pawła II”.
Wschowa
„I święci garnki lepią…” pod taką nazwą przez
cały lipiec odbywały się warsztaty ceramiczne we
Wschowie. Projekt organizowany przez oddział katolickiego
stowarzyszenia „Civitas Christiana” przy
wsparciu finansowym Miasta i Gminy Wschowa
skierowany jest do osób dorosłych, interesujących
się ceramiką, a także tych, którzy chcą poznać od
podstaw tajniki powstawania różnorodnych wyrobów
ceramicznych. Podczas warsztatów ponad 15
uczestników ma okazję wymienić się doświadczeniami
oraz spędzić czas w twórczym gronie.
Dorota Rygusik-Matelska pomagała uczestnikom warsztatów odkryć ich ukryty talent
Głównym celem projektu, jak mówi jego autorka
Dorota Rygusik-Matelska, jest podniesienie
własnej samooceny przez spędzenie czasu w
ciekawy i aktywny sposób oraz przez rozwijanie
i doskonalenie własnych umiejętności artystycznych
oraz potencjału twórczego. Anita, jedna z
uczestniczek, na zajęcia przyszła, żeby się dowartościować.
Zawsze uważała, że jest beztalenciem
artystycznym, a tu odkryła swoje zdolności plastyczne
i kreatywność. W zdobyciu umiejętności
i wiadomości na temat wytwarzania wyrobów
ceramicznych uczestnikom warsztatów pomaga
Joanna Lewandowska, która od 16 lat pracuje jako
nauczyciel plastyki w tutejszym Ośrodku Szkolno-
Wychowawczym.
Pielgrzymi na Cysterskim Szlaku
Proces powstawania glinianego przedmiotu jest
złożony. Glina do wyrobów ceramicznych, oczyszczona
i gotowa do przetwarzania sprowadzana jest
z Czech. Materiał daje
bardzo dużo możliwości,
można lepić i zmieniać
formy, poprawiać, szukać
swojego kształtu, potrzebny
jest tylko pomysł.
„Lepimy anioły i ryby
oraz inne motywy chrześcijańskie,
ale także garnki,
podstawki, świeczniki,
kubki” – mówią uczestnicy.
Wałeczki lub plastry to
dwie techniki wyrabiania
ceramiki z gliny, którymi
posługują się uczestnicy
warsztatów. Ale do uformowania
przedmiotu
najlepsze są palce, można
posłużyć się również specjalnymi narzędziami albo
wykorzystać te kuchenne, na przykład wałek czy
drewniana łyżkę – podpowiada Joanna Lewandowska.
Każdy zrobiony własnoręcznie przedmiot można
ozdobić ręcznie lub przez odciskanie wzorów z
foremek (kuchennych do ciastek), lub koronki krawieckiej,
motywów roślinnych czy muszli. Kolejnym
etapem jest suszenie, jego czas zależy od wielkości
formy i trwa około tygodnia, oraz wypalanie
w specjalnym piecu, który znajduje się w Ośrodku
Szkolno-Wychowawczym. Wypalone naczynia nazywają
się bisquit, wtedy można je zdobić, malować
lub szkliwić, po szkliwieniu ceramikę artystyczną
wypala się po raz drugi. W sierpniu w „Galerii pod
Gruszą” na podwórzu katolickiego stowarzyszenia
„Civitas Christiana” zaaranżowana została unikatowa
wystawa wykonanych prac.
Marta Cielińska
Oddział Opolski
Opole
Już po raz szósty oddział w Opolu zorganizował
pielgrzymkę z cyklu „Cysterskim szlakiem”.
Po uprzednim odwiedzeniu cysterskich klasztorów
w Henrykowie, Krzeszowie, Rudach Wielkich,
Lubiążu, Trzebnicy, Sulejowie przyszła kolej
na podkrakowską Mogiłę. To tutaj za czasów
PRL-u planowano wybudowanie socjalistycznego
miasta Nowej Huty pozbawionej kościołów
czy jakichkolwiek miejsc związanych z kultem
religijnym. A ponieważ tereny te znajdowały się
na obszarze ówczesnej małej parafii Mogiła, ich
duszpasterze – oo. cystersi – mieli przed sobą nie
byle jakie wyzwanie: ogarnąć pracę duszpasterską
całego socjalistycznego molocha. Cudowny
wizerunek Jezusa Ukrzyżowanego, który w Mogile
otoczony był wielowiekowym kultem i w tym
wypadku nie pozostawił oo. cystersów samym
sobie.
Ludzie przybyli z różnych krańców Polski
zaczęli domagać się budowy kościoła. W obronie
praw ludzi wierzących stanął wtedy ówczesny metropolita
krakowski, Karol Wojtyła. To tutaj wybudowano
potem kościół w formie arki, który stoi
dzisiaj przy ul. Obrońców Krzyża.
Po Mszy św. w sanktuarium mogilskim i wysłuchaniu
najważniejszych zdarzeń z historii sanktuarium
przedstawionej przez jednego z ojców
cystersów, mieliśmy okazję oglądać mieszczący się
niedaleko nowohucki kościół Arkę.
Zwiedziliśmy również kościół oo. kamedułów.
Ponadkilometrowe strome podejście było swoistego
rodzaju pokutą dla pielgrzymów. Była to niedziela
po uroczystości św. Romualda, patrona oo.
kamedułów. W tym dniu do klasztornego kościoła
wyjątkowo mogą wchodzić kobiety. Jeden z ojców
kamedułów opowiedział nam krótko historię eremu,
a potem zwiedziliśmy kościół i podziemną
kaplicę przylegającą do katakumb, gdzie na desce,
bez trumny, chowa się zakonników.
Józef Pixa
* * *
Mszę św. dla pielgrzymów odprawił ks. dr Leonard Makiola
Od dwudziestu lat trwa inicjatywa „Civitas
Christiana” z Prudnika i Opola organizowania spotkań
modlitewno-formacyjnych w Prudniku Lesie,
miejscu uwięzienia Prymasa Polski, kardynała Stefana
Wyszyńskiego. Tegoroczne spotkanie, mimo
niesprzyjającej pogody, zgromadziło kilkaset pielgrzymów
z Prudnika, Opola, Wołczyna, Byczyny,
Kluczborka i Wrocławia.
Przewodniczący rady okręgu opolskiego, Tadeusz
Staszczak, przywitał w kościele pw. św. Józefa
zebranych pielgrzymów: w szczególności przedstawicieli
sejmiku wojewódzkiego, władz miasta
Prudnika oraz władz katolickiego stowarzyszenia
„Civitas Christiana”, a dokładnie Henryka Kocha,
sekretarza rady głównej stowarzyszenia.
Uroczystej Eucharystii odprawianej w intencji
szybkiej beatyfikacji kardynała Stefana Wyszyńskiego
przewodniczył asystent kościelny rady
okręgu opolskiego, ks. dr Leonard Makiola, w
towarzystwie gwardiana prudnickiego klasztoru,
o. Antoniego Dudka, oraz ks. Krystiana Szeligi z
Biblioteki Caritas w Opolu. Oprawę muzyczno-liturgiczną
Mszy św. zapewnił zespół „Cantate Deo”
z Prudnika.
W okolicznościowej homilii ks. dr Leonard
Makiola rozwinął treść nauczania Stefana Wyszyńskiego
na temat rodziny ze szczególnym
uwzględnieniem roli ojca w rodzinie. Nawiązał
do osoby patrona Sanktuarium w Prudniku Lesie
– św. Józefa – jako wzoru do naśladowania dla
wszystkich ojców.
Po Mszy św. zebrani pielgrzymi wysłuchali
koncertu męskiego zespołu wokalnego „Camerton”
pod dyrekcją Marii Przebindowskiej i akompaniamencie
muzycznym Jerzego Mikulskiego.
Zespół wykonał koncert pieśni religijno-patriotycznych.
Podczas spotkania można też było oglądać wystawę
„Święci i błogosławieni diecezji opolskiej”,
przygotowaną przez radę okręgu opolskiego.
Pielgrzymkę zakończył piknik, podczas którego
serwowano tradycyjną grochówkę pielgrzyma.
Józef Pixa
Oddział Podkarpacki
Sieniawa
6 czerwca to dla Gimnazjum w Sieniawie im.
błogosławionego Augusta Czartoryskiego wielkie
święto. W tym dniu szkoła uroczyście obchodzi
Dzień Patrona, jest to również rocznica sprowadzenia
Relikwii bł. Augusta Czartoryskiego do
tutejszego Kościoła pw. Najświętszej Marii Panny.
W tym roku przypadła trzecia rocznica sprowadzenia
Relikwii. Uroczystości związane ze świętem
nadania szkole imienia bł. Augusta Czartoryskiego
oraz rocznicą sprowadzenia jego relikwii zorganizowane
zostały przy współudziale Katolickiego
Stowarzyszenia „Civitas Christiana”, które było
również sponsorem nagród dla finalistów trzech
szkolnych konkursów: konkursu Piosenki Turystycznej,
konkursu na najciekawszą scenkę teatralną
„Jesteśmy przeciwko przemocy” oraz konkursu plastycznego „Śladami bł. Augusta Czartoryskiego”
pod hasłem „Mądrość”.
Uroczysty przemarsz uczniow i nauczycieli z Gimnazjum im. Błogosławionego Augusta Czartoryskiego
Uroczystość rozpoczęła się przemarszem ulicami
miasta. Nastęnie odbyła się Msza św., której
przewodniczył ks. dyrektor Kazimierz Skałka z
Parafii św. Józefa w Przemyślu, a celebrowali ks.
proboszcz Jan Grzywacz i wikarzy: ks. Łukasz
Rygiel i ks. Ireneusz Baran. Po nabożeństwie delegacje
młodzieży gimnazjalnej, dyrektor szkoły,
księża i zaproszeni goście złożyli kwiaty przed
Relikwiami bł. Augusta Czartoryskiego i w krypcie
rodziny Czartoryskich. Następnie odbyła się
prelekcja dr. Pawła Sieradzkiego pt. Wpływ rodu
Czartoryskich na rozwój kultury chrześcijańskiej
oraz oświaty i życia społecznego na Ziemi sieniawskiej.
Po powrocie do szkoły i poczęstunku zwiedzono
ekspozycję prac uczniów zgłoszonych na
konkurs plastyczny, którego tegoroczna edycja
przebiegała pod hasłem „Mądrość”. Przedstawiciele
Katolickiego Stowarzyszenia „Civitas Christiana”:
Krzysztof Budzisza, Krzysztof Dziducha,
Waleria Czyrny i Czesława Grot wręczyli nagrody.
Uroczystość zakończył występ finalistów szkolnych
konkursów: Piosenki Turystycznej i Jesteśmy
przeciwko przemocy.
Oddział Podlaski
Białystok
W ramach obchodzonych w czerwcu Dni
Białegostoku w siedzibie Oddziału Podlaskiego
„Civitas Christiana” odbyło się spotkanie dyskusyjne
na temat: W kręgu Izabeli z Poniatowskich
Branickiej i Franciszka Karpińskiego. Sylwetkę i
zasługi dla miasta Izabeli Branickiej przedstawił
autor monografii jej poświęconej ks. prof. Stanisław
Strzelecki. Prof. Halina Krukowska ukazała
wartości artystyczne poezji związanego z miastem
Franciszka Karpińskiego, a znany krytyk literacki
Waldemar Smaszcz mówił o związkach autora
„Pieśni nabożnych” z Białymstokiem.
Spotkanie wpisuje się w coraz szerszy w Białymstoku
proces poszukiwania tożsamości, odnajdowania
i rekonstruowania tradycji kulturalnych
i przejawów życia duchowego miasta.
Ubogaceniem spotkania był występ grupy
akordeonistów z Zespołu Szkół Muzycznych
pod opieką Bogdana Obryckiego: solisty Kaspra
Staleckiego i trio w składzie Rafał Gontarski, Andrzej
Grzybowski i Patryk Sztabiński. Wykonali
oni wiązankę utworów z muzyki klasycznej.
Oddział Śląski
Częstochowa
Po raz pierwszy w ramach Ogólnopolskiego
Konkursu Wiedzy Biblijnej zostało zorganizowane
spotkanie formacyjno-warsztatowe dla finalistów
diecezjalnych. Datę Częstochowskiego Spotkania
Młodych z Biblią specjalnie wyznaczono na 13
i 14 maja, aby przypomnieć o przypadającej wówczas
27. rocznicy cudownego ocalenia życia Jana
Pawła II.
Wspominała o tym towarzysząca konkursowi
wspólna modlitwa na Jasnej Górze przy przestrzelonym
pasie papieskiej sutanny, niemym świadku
wydarzeń z 1981 roku i refleksja nad słowami
Sługi Bożego, zwłaszcza tymi dotyczącymi Pisma
Świętego.
„Częstochowskie Spotkanie Młodych z Biblią
miało dwa wymiary. Pierwszym było zwrócenie
uwagi, że udział w biblijnym konkursie jest
czymś wyjątkowym, bo dotyczy żywej obecności
Bożego Słowa. Drugim – przypomnienie o roli Jasnej
Góry w życiu papieża z Polski” – powiedział
Czesław Janiszewski z oddziału częstochowskiego
katolickiego stowarzyszenia „Civitas Christiana”.
Przypomniał, że Jan Paweł II przed Obrazem Matki
Bożej wypowiadał swoje Totus Tuus i jej pozostawił
bezcenną dziś relikwię, przestrzelony na
skutek zamachu pas do papieskiej sutanny.
„Tym spojrzeniem na pas chcemy uświadomić
młodym, do czego zdolny był system totalitarny,
i to, że dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych,
bo kto inny strzelał, a kto inny kulę nosił”
– podkreślił Janiszewski.
Mszę św. dla uczestników biblijnego spotkania
celebrował i homilię wygłosił w Kaplicy Matki
Bożej świadek zamachu, ksiądz biskup Jan Wątroba
z Częstochowy.
Młodzi jako wotum pozostawili w sanktuarium
egzemplarz Pisma Świętego Nowego Testamentu,
z podpisami uczestników spotkania i słowami:
„W 27. rocznicę cudownego ocalenia Jana
Pawła II przychodzimy do Jasnogórskiej Matki,
by śladem Wielkiego Polaka uczyć się, jak Słowo
przemieniać w czyn”.
O Biblii jako księdze życia mówił paulista
ksiądz Bogusław Zeman, a o związkach Jana Pawła
II z Jasną Górą – siostra Danuta Lipińska, urszulanka
z Centrum Informacji. Biblijne spotkanie
młodych było także sposobnością do poznania
tajników dziennikarskich w redakcji „Niedzieli”.
Redaktor naczelny tygodnika, ks. inf. Ireneusz
Skubiś, mówił młodzieży o wkładzie „Niedzieli”
w promocję Pisma Świętego i zachęcał, aby stało
się ono drogowskazem życia. Przypomniał o ogłoszonym
przez Benedykta XVI synodzie biskupów,
który będzie poświecony Słowu Bożemu.
Redaktor, ksiądz doktor Jacek Molka, wyjaśnił
zasady pisania artykułu prasowego. Owocem tych
„ekspresowych” warsztatów dziennikarskich są teksty
napisane przez młodych, zachęcające ich rówieśników
do odkrywania Biblii i wartości płynących z jej studiowania
i wcielania ewangelicznych zasad w codzienne
życie. Teksty powstały w Ośrodku Rekolekcyjnym Archidiecezji
Częstochowskiej Święta Puszcza, w Olsztynie
koło Częstochowy. Tam uczestnicy biblijnego
spotkania poznawali uroki Jury Krakowsko-Częstochowskiej,
wielbili Boga śpiewem i tańcem przy wieczornym
ognisku oraz podczas warsztatów z biblistami
(ks. prof. Zdzisławem Małeckim i ks. dr. Jackiem Molką)
przygotowywali się do konkursowego finału.
Izabela Tyras
Oddział Świętokrzyski
Kielce
W klubie „Civitas Christiana” zorganizowano
wieczór poświęcony artystycznemu małżeństwu
ze Staszowa – państwu Mariannie i Wiesławowi
Kotom. Spotkanie Promowano najnowszy tomik
poezji Wiesława „Dzień następny w lesie” oraz
malarstwo i hafciarstwo Marianny Kot. Wiesław
Kot, rodowity staszowianin, ma na swoim koncie
kilkanaście tomików wierszy. Jest człowiekiem o
wszechstronnych zainteresowaniach. Wiersze są
efektem spotkań z ludźmi, zawierają odniesienia
do licznych podróży i różnorodnych czynności zawodowych
i hobbystycznych. Jest laureatem wielu
konkursów, korespondentem gazet, uczestnikiem
spotkań literackich i imprez okolicznościowych,
podczas których pisze wierszowane sprawozdania,
pełne humoru i ironii.Wiersze recytowali:
Anna Błachucka, Henryk Musa i Marek Skuza.
Publiczność doceniła, rzadkie teraz, patriotyczne
zabarwienie wierszy. Pani Marianna przygotowała
wystawę swoich prac; kwiaty jak żywe i rozśpiewane,
kolorowe ptaki, poduszeczki o fantazyjnych
wzorach i precyzyjnie wykonanych.
Kielce – spotkanie autorskie Marianny i Wiesława Kotów
Anna Błachucka
Wąchock
Do tradycji oddziału świętokrzyskiego należy
to, że dni skupienia organizowane są w
różnych miejscach regionu świętokrzyskiego w
ramach prac ośrodka Formacji Katolicko-Społecznej.
Tegoroczny dzień skupienia odbył się
28 czerwca w klasztorze Ojców Cystersów w
Wąchocku. Spotkanie rozpoczęła Msza św., którą odprawił
opat klasztoru, ojciec Eugeniusz Augustyn
Cist. W wygłoszonej homilii ukazał wartość i
potrzebę chrześcijańskiego powołania do różnorodnych
działań w kościele i społeczeństwie. W
tym kontekście przedstawił rolę katolickiego stowarzyszenia
„Civitas Christiana” w życiu Kościoła
i państwa.
Po Mszy św. ojciec Cist oprowadził uczestników
dni skupienia po klasztorze, prezentując jego
historię i dzień dzisiejszy. Klasztor w Wąchocku
jest jednym z najstarszych klasztorów cystersów
w Polsce. Przez wieki nierozerwalnie związany był
z losami narodu, szczególnie w okresie powstania
styczniowego i II wojny światowej. W klasztorze
przechowywane są zbiory księdza Ślusarczyka,
laureata Nagrody im. Wł. Pietrzaka.
Tadeusz Kantor
Oddział Warmińsko-Mazurski
Olsztyn
Na kolejnej sesji Ośrodka Formacji Katolicko-
Społecznej referat „Kultura doby globalizacji.
Nasze postawy i możliwości obrony” wygłosił ks. dr Jacek Zieliński z Wydziału Prawa i Administracji
Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego.
Wychodząc od prezentacji różnych prób definicji
kultury, prelegent stwierdził, że mamy dziś do
czynienia z jej kryzysem. Kultura europejska załamała
się w momencie wprowadzenia w miejsce
zachodnioeuropejskiej filozofii szeregu dyscyplin
naukowych, które cząstkowo rozpatrując rzeczywistość,
sugerują jej całościowe odczytanie. Kultura
techniczna narzuca cząstkowe postrzeganie
świata, skupienie się na zjawiskowości i selektywnym
odbiorze dóbr. Kultura z egalitarnej przekształcona
w masową traci swój transcendentny
kształt, staje się użyteczna i bezkształtna. Mówca
zwrócił uwagę na coraz większą radykalizację
środowisk laickich, które podjęły walkę z Kościołem,
z tradycją i z chrześcijańskim rozumieniem
kultury. Wyraził pogląd, że jako wierzący
zbyt łatwo ulegamy swoistemu terrorowi ze strony
środowisk laickich, wstydzimy się własnych
przekonań i nie umiemy ich bronić. Wmawia się
nam, że jesteśmy ciemnogrodem, moherowymi
beretami… Zachęcał, żeby zastosować taktykę
potwierdzania: tak, jesteśmy ciemnogrodem, jesteśmy
moherowymi beretami. Najgorsze byłoby
dać się zastraszyć i wyśmiać. A taką metodę przybrały
środowiska liberalne, libertyńskie, laickie.
Mówił, że trzeba samemu sobie udowodnić, że
bycie wierzącym i wyznawanie wartości chrześcijańskich
zakorzenionych w wielowiekowej
kulturze to nie żaden wstyd.
* * *
Centrum Informacji o Sektach i Kultach „Quo
Vadis” w Olsztynie, działające przy oddziale miejskim
„Civitas Christiana” w Olsztynie, prowadzi
spotkania profilaktyczne z młodzieżą szkół średnich,
nauczycielami i rodzicami dotyczące zagrożenia
ze strony sekt destrukcyjnych, które mogą
werbować zwłaszcza podczas wakacji. Spotkania
odbywają się na terenie szkół. Są także szkolenia
dla policji oraz straży miejskiej w zakresie przeciwdziałania
i aspektów prawnych związanych z
sektami. Podczas wakacji przewidziane są spotkania
w miejscach wypoczynku dla dzieci i młodzieży,
na przykład obozy harcerskie.
Przedsięwzięcie finansowane jest przez Warmińsko-
Mazurski Urząd Wojewódzki oraz samorząd
miasta Olsztyn.
(t)
Ełk
„Koncert dla Mamy” zorganizowało Katolickie
Stowarzyszenie „Civitas Christiana”. W konkursie
zaprezentowali się uczniowie szkół podstawowych
z Ełku i gminy Ełk. Dla mam i tatusiów zaśpiewali:
Wiola Mścichowska, Sylwia Jarocka, Weronika
Stryjowska, Tomasz Kitlas, Julia Kruszewska, Agata
Godlewska ze Szkoły Podstawowej nr 9 w Ełku;
Kinga Skoczyńska, Patrycja Januszkiewicz, Ewelina
Cholewińska z Zespołu Szkół Samorządowych
w Woszczelach; Justyna Wesołowska ze Szkoły
Podstawowej w Rękusach. Zatańczyły dzieci
z zespołu „Komandosi Puchatka” ze Szkoły Podstawowej
nr 9 w Ełku i zespołu „Na Luzie” ze Szkoły
Podstawowej nr 2 w Ełku.
Podstawowej nr 2 w Ełku.
Koncert poprowadziła Anna Wolska. Występującym
dzieciom i ich opiekunom upominki
wręczył Kazimierz Szrajber, przewodniczący
oddziału miejskiego „Civitas Christiana” w Ełku.
Podczas spotkania w trakcie imprezy przedstawiono
uczestnikom propozycję działań plastycznych,
w realizację których aktywnie włączyli się członkowie
stowarzyszenia.
(W)
* * *
W ramach Dni Ełku 2008 oraz X Warmińsko-
Mazurskich Dni Rodziny konkurs plastyczny
„Portret Rodziny” zorganizował oddział Katolickiego
Stowarzyszenia „Civitas Christiana” w Ełku.
W konkursie wyróżniono prace następujących
osób, uczniów szkół podstawowych: Estery Czalej,
Anny Czalej, Mateusza Mickiewicza, Martyny Hanulak,
Zuzi Malińskiej, Karoliny Graczyk. Prace
dzieci można obejrzeć w siedzibie stowarzyszenia
na wystawie pokonkursowej.
(W)
W ełckiej siedzibie „Civitas Christiana” odbyło
się spotkanie członków i sympatyków stowarzyszenia.
Wśród nich byli: prezydent Ełku, Tomasz Andrukiewicz,
oraz Zdzisław Nadrowski, pełnomocnik
prezydenta ds. Techno-Parku. Celem spotkania
było zapoznanie uczestników ideą przedsięwzięcia
pod nazwą „Miejska Strefa Rozwoju – Techno-Park
Ełk”. Zadaniem tego przedsięwzięcia jest przyszłościowy
rozwój gospodarczy Ełku i związane z tym
miejsca pracy dla ełczan. Prezydent miasta w słowie
wstępnym poinformował o genezie i założeniach
Techno-Parku. Jego pełnomocnik przedstawił w
prezentacji multimedialnej szczegóły strukturalne
oraz ekonomiczne i prawne uzasadnienie, a także
możliwości wdrożenia w życie tego pomysłu. Są
duże szanse na uzyskanie na ten cel funduszy unijnych.
Spotkanie to było pierwszą prezentacją tego
zagadnienia na forum publicznym w naszym mieście,
a zostało zorganizowane w ramach projektu
Szkoła Edukacji Obywatelskiej.
K. Sz.
* * *
Nowe Miasto Lubawskie
Miejscowy oddział miejski „Civitas Christiana”
zorganizował spotkanie z przewodnikiem
turystycznym z Ostródy, Janem Kochanowskim,
który podzielił się swoimi doświadczeniami i refleksjami
na temat polskiego dziedzictwa kulturowego,
jakie warto zobaczyć, i miejsc, które warto
odwiedzić. Jednym z wątków jego wystąpienia
były miejsca lub zabytki nieco zapomniane lub zaniedbane,
ale które warto pokazać, a wiele z nich
odnowić. Jan Kochanowski jest członkiem „Civitas
Christiana”, a spotkanie zorganizowano w ramach
projektu Wojewódzkie Studium Myśli o Kulturze.
(t)
Szczytno
Oddział miejski „Civitas Christiana” w Szczytnie
wraz z miejscowym Starostwem Pwiatowym oraz
Miejskim Domem Kultury zorganizował 28 maja
konferencję „Kultura a tożsamość narodowa”. Odbyła
się ona w sali widowiskowej MDK w Szczytnie.
Wystąpili: redaktor naczelny IW PAX, Zbigniew Borowik
wygłosił referat „Kultura a tożsamość narodowa”,
natomiast prof. dr hab. Zbigniew Chojnowski z
Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego przedstawił
temat „Literatura Warmii i Mazur”. Podczas spotkania
odbyła się promocja tomiku poezji „Paciorki
– antologia maryjna z Warmii”, opracowanej przez
prof. Z. Chojnowskiego. Konferencję prowadził dyrektor
MDK Klaudiusz Woźniak.
M.K.
Kętrzyn
W maju kopia Obrazu Jasnogórskiego została
uroczyście przyjęta przez kętrzyński oddział „Civitas
Christiana”. Spotkanie rozpoczęto odmówieniem
okolicznościowej modlitwy przez przewodniczącą
oddziału, Zenobię Alejun. Następnie ks. Sławomir
Brewczyński poprowadził nabożeństwo majowe oraz
przedstawił historię Ikony Jasnogórskiej, szczególnie
podkreślając to, że ikony są pisane, a nie malowane.
Odśpiewano kilka pieśni maryjnych oraz obejrzano
prezentację multimedialną przypominającą obchody
polskiego Millennium. Jako pierwsi do swojego domu
Obraz Jasnogórski przyjęli państwo Maria Teresa i
Antoni Zydorowiczowie. Przez najbliższe tygodnie
obraz zagości w rodzinach członków i sympatyków
organizacji na terenie Kętrzyna i Giżycka. Spotkanie
zorganizowano w ramach X Warmińsko-Mazurskich
Dni Rodziny, pamiętając, że Maryja Jasnogórska zawsze
pełni ważną rolę integrującą polskie rodziny,
środowiska lokalne oraz cały naród polski.
Także w ramach X Warmińsko-Mazurskich Dni
Rodziny, odbywających się na terenie województwa
pod hasłem „Rodzina – Integracja – Społeczność
lokalna”, parafia pw. św. Katarzyny w Kętrzynie 1
czerwca we współpracy ze stowarzyszeniem zorganizowała
spotkanie z dr. Janem Chłostą, który po
Mszy św. przedstawił licznie zgromadzonym wiernym
z terenu Kętrzyna temat „Rodzina na Warmii
i Mazurach w czasach Wojciecha Kętrzyńskiego”.
Okazją podjęcia tego tematu był obchodzony w
mieście Rok Wojciecha Kętrzyńskiego.
Ostróda
Ostródzki oddział „Civitas Christiana” zorganizował
spotkanie z ks. Jerzym Balcerem na temat encykliki
„Deus Caritas est”. Odbyło się ono w sali parafialnej
parafii bł. Hiacynty i Franciszka, której proboszczem
jest ks. Balcer. Spotkanie zorganizowano w ramach
Ośrodka Formacji Katolicko-Społecznej.
(t)
Oddział Wielkopolski
Gniezno
W Boszkowie koło Leszna odbyło się szkolenie
z zakresu ,,Public Relations”. Szkolenie
objęło trzydniowe warsztaty przeznaczone dla młodych pracowników, osób aktywnych, zaangażowanych
w pracę w stowarzyszeniu. W
skład szkolenia weszło 12 godzin zajęć zorganizowanych
w ciągu dwóch dni szkoleniowych.
Warsztaty prowadzone były przez specjalistów
ze Stowarzyszenia Centrum Promocji i Rozwoju
Inicjatyw Obywatelskich (PISOP), metodą wykładową
oraz treningową, aktywizującą uczestników
za pomocą ćwiczeń symulacyjnych,
zespołowego rozwiązywania problemów oraz
dyskusji grupowych.
Podczas zajęć w Bożkowie
Ideą tego treningu było pokazanie uczestnikom
zasad budowania wizerunku organizacji pozarządowej.
Uczestnicy szkolenia zdobyli wiedzę oraz
umiejętności z zakresu: podstawowych pojęć związanych
z promocją, specyfiki promocji organizacji
pozarządowych, budowania strategii promocji, media
relations, organizacji konferencji i spotkań dla
mediów, zasad organizacji spotkań i konferencji.
Uczestnicy warsztatów otrzymali materiały szkoleniowe
oraz certyfikat uczestnictwa w szkoleniu.
Z anonimowych ankiet ewaluacyjnych wypełnionych
przez uczestników wynika, że szkolenia
zostało odebrane w sposób pozytywny, a wiedza
teoretyczna zdobyta podczas szkolenia pozwoli
na praktyczne działanie w sferze budowania wizerunku
oraz efektywnej promocji Katolickiego
Stowarzyszenia ,,Civitas Christiana”.
Ewelina Waszak
* * *
Jan Paweł II bronił godności każdego człowieka.
Program tej obrony nakreślił już w pierwszej
encyklice o Jezusie Chrystusie, odkupicielu człowieka.
Godność człowieka, zagrożoną przez materializm
praktyczny i cywilizację śmierci, ukazywał
w swoim nauczaniu i całą swoją postawą. Bronił
życia człowieka od poczęcia do naturalnej śmierci.
W odpowiedzi na słowa Jana Pawła II w Polsce
25 marca jest obchodzony jako Dzień Świętości
Życia. Uchwałę w sprawie ustanowienia 25 marca
Dniem Świętości Życia podjęło w 1998 roku Zebranie
Plenarne Episkopatu Polski. W 2008 roku,
ze względu na kalendarz liturgiczny, Uroczystość
Zwiastowania Pańskiego, a tym samym i Dzień
Świętości Życia zostały przeniesione na poniedziałek
po Niedzieli Wielkanocnej.
Obok Dnia Świętości Życia w Polsce został
uchwalony decyzją polskiego Sejmu Narodowy
Dzień Życia, który będziemy świętować 24 marca.
W tym roku hasło przewodnie obchodów Dnia
Życia to , Jestem mamą. To moja kariera”.
Pamiętając o Dniu Świętości Życia, Zespół
Młodych Katolickiego Stowarzyszenia ,,Civitas
Christiana” 25 marca w Gnieźnie zorganizował
wspólnie z Duszpasterstwem Rodzin Archidiecezji
Gnieźnieńskiej ,,Dzień Życia” pod hasłem
przewodnim „Życie ludzkie jest darem, który
przyjmujemy po to, aby go ponownie ofiarować”
(Ewangeliom vitae, 92).
Z okazji tego dnia w kościele św. Jerzego Mszę
św. odprawił ks. dr Franciszek Jabłoński – Referent
Duszpasterstwa Rodzin Archidiecezji Gnieźnieńskiej.
Po Mszy św. uczestnicy Dnia Życia udali się
do sali ,,Civitas Christiana”, gdzie uczniowie ze
Szkoły Podstawowej nr 9 przedstawili program
słowno-muzyczny pt. ,, Jan Paweł II – życie ludzkie”.
Po występie Teresa Niewiadomska, diecezjalna
doradczyni Duszpasterstwa Rodzin, przygotowała
referat wraz z prezentacją multimedialną
pt. ,,Życie człowieka od poczęcia do naturalnej
śmierci”. Po referacie był czas na dyskusję i refleksje
uczestników.
Podczas obchodów dnia życia
Ewelina Waszak
* * *
W czerwcu odbyło się zebranie Rady Oddziału
Katolickiego Stowarzyszenia „Civitas Christiana”
poświęcone przenoszeniu uchwał walnego
zebrania do gnieźnieńskiej organizacji.
Delegat na walne zebranie, Ewelina Waszak,
omówiła jego przebieg. Edward Frąckowiak scharakteryzował
zmiany w Statucie i przedstawił propozycje
dostosowawcze organizacji gnieźnieńskiej
do wymogów statutowych. Zespoły formacyjnozadaniowe
zyskały wymiar statutowy, co pociąga
za sobą inny wymiar ich funkcjonowania w ramach
Oddziału.
Dotychczas w gnieźnieńskim Oddziale było 5
zespołów formacyjno-zadaniowych: ds. rodziny,
kultury i nauki, samorządu, młodych i charytatywny.
Ze względu na statutową wagę działań zespołów,
które poprzez swoje wspólnoty angażują
w swoją działalność członków i sympatyków także
spoza Gniezna, został powołany szósty zespół
formacyjno-zadaniowy, który będzie się zajmował
koordynacją działań Stowarzyszenia na Ziemi
Gnieźnieńskiej. W jego skład weszli członkowie z
siedmiu okolicznych miejscowości.
Rada Oddziału Gnieźnieńskiego „Civitas
Christiana” przekazała do Rady Okręgowej propozycje
zakresu działań powołanych zespołów.
Edward Frąckowiak
* * *
Kardynał Stefan Wyszyński jako metropolita
gnieźnieński i warszawski odcisnął znamię swojej
osobowości na mieszkańcach ziemi gnieźnieńskiej,
zwłaszcza miasta Gniezna. Stefan Wyszyński
miał też decydujący wpływ na kształt formacji
i oddziaływanie gnieźnieńskiego środowiska „Civitas
Christiana”.
Dlatego corocznie duża grupa członków „Civitas
Christiana” uczestniczy w pielgrzymkach na
Jasną Górę, w kolejne rocznice jego śmierci. Pielgrzymki te wzbogacane są medytatywnymi godzinami
apostolskimi w Dolinie Miłosierdzia, u podnóża
Jasnej Góry. Podstawą tych rozważań są myśli
i dzieła św. Wincentego Pallottiego, w kontekście
przesłania pasterskiego dla narodu polskiego sługi
Bożego prymasa Stefana Wyszyńskiego.
W Gnieźnie, w tę rocznicę organizowana jest
debata poświęcona nauczaniu Stefana Wyszyńskiego.
W tym roku debatę prowadził Karol Cichy
z Wrześni. Następnie zebrani uczestniczyli w
Mszy św. w pobliskim kościółku św. Wawrzyńca
w intencji szybkiej beatyfikacji kardynała Stefana
Wyszyńskiego.
Edward Frąckowiak
Oddział Zachodniopomorski
Szczecinek
„Wy jesteście przyszłością świata! Wy jesteście
nadzieją Kościoła! Wy jesteście moją nadzieją!” –
te słowa Jana Pawła II kierowane do młodzieży są
wciąż żywe w naszej pamięci. Dlatego szczecinecki
oddział „Civitas Christiana” podejmowane działania
kieruje właśnie do dzieci i młodzieży. Jednym
z nich jest organizowany cyklicznie konkurs plastyczny,
najpierw dekanalny, a dziś już rejonowy.
Tegoroczny konkurs odbywał się pod hasłem
„Pokażmy światu”. Na konkurs napłynęły prace
ukazujące uroki szczecineckiej ziemi, przepiękne
krajobrazy, zachody słońca nad jeziorami. Zostały
także przedstawione zabytki, z samego Szczecinka,
ale także z pobliskich miejscowości. Częstym
tematem podejmowanym przez dzieci były budowle
sakralne. Uczestnicy pokusili się nawet o
zaprezentowanie kultury regionalnej – zespołów
ludowych.
Na konkurs napłynęło 114 prac z dwunastu
szkół podstawowych, jednego przedszkola i czterech
gimnazjów. Na uroczyste ogłoszenie wyników
przybyli niemal wszyscy z 33-osobowej grupy
laureatów. Mogli nie tylko odebrać nagrody, usłyszeć
cenne uwagi od organizatorów i jury, ale również
obejrzeć wystawę pokonkursową oraz poznać
ludzi, którzy objęli patronat nad tegorocznym
konkursem. Od pięciu lat konkursom patronuje
Wydział Katechetyczny Kurii Biskupiej w Koszalinie.
Na uroczystość przybył ks. dyrektor Ryszard
Ryngwelski. Od początku patronują konkursowi
kolejni księża dziekani dekanatu Szczecinek. W
tym roku cieszyliśmy się opieką ks. Jerzego Stadnika.
Patronat medialny objęły „Gość Niedzielny”
i szczecinecki „Temat”.
Jury w składzie: przewodniczący – Władysław
Fijałkowski, sekretarz – Ewa Błach i członkowie –
Janina Nowalińska i Andrzej Mrozicki, przyznało
11 nagród i 22 wyróżnienia w trzech kategoriach
wiekowych. Dodatkowo obok werdyktu jury zostały
przyznane dwie nagrody specjalne ufundowane
przez dyrektora oddziału zachodniopomorskiego,
Jacka Stróżyńskiego, i przewodniczącego
oddziału miejskiego, Piotra Pokutyckiego.
W realizację tak dużego przedsięwzięcia aktywnie
włączają się członkowie zespołu ds. kultury.
Tym razem swoją pracą, pomysłem służyły Bożena
Czynszak, Elżbieta Olszewska i Ewa Błach.
* * *
W maju w sali szczecineckiego „Civitas Christiana”
członkowie oddziału i młodzież z bursy katolickiej
wysłuchali wykładu dr. Roberta Pietrasa
na temat postawy Jana Pawła II odnośnie ratowania
i wspierania życia.
Wykład został połączony z otwarciem wystawy
plakatów „Ojciec Święty w sprawie najmniejszych”,
przygotowanej przez Polskie Stowarzyszenie
Obrońców Życia Człowieka. Miało to na celu
uczczenie 88. rocznicy urodzin Karola Wojtyły,
przybliżenie słuchaczom nauki Kościoła w obronie
życia, a także uczczenie Dnia Matki.
Prelegent przypomniał najważniejsze dokumenty,
przemówienia, fragmenty homilii, w których
Papież głosił wielkość i niepowtarzalność, a
przede wszystkim świętość życia człowieka. Sięgnął
do dzieł napisanych nie tylko w okresie pontyfikatu,
ale również w czasach, gdy Karol Wojtyła
był wykładowcą i biskupem. Najwięcej miejsca w
wykładzie dr Pietras poświęcił encyklice „Evangelium
vitae”, której sam tytuł „Ewangelia życia”
mówi za siebie. Przedstawił także List do Rodzin,
Elementarz Etyczny, Kartę Praw Rodziny, której
inicjatorem był Jan Paweł II, poezję Ojca Świętego
oraz książki: „Przekroczyć próg nadziei” i „Miłość
i odpowiedzialność”.
Dr Pietras dowodził, że w chronologii wartości
nie ma rzeczy istotniejszej niż życie, dlatego jest na
szczycie wszystkich wartości. Jeżeli nie ma życia, to
wszystkie inne wartości nie mają sensu. Żeby na
drugim miejscu móc postawić miłość, to na pierwszym
miejscu musi być życie, bo miłość dotyczy
osób, a osoby żyją. A więc, żeby można było mówić
o miłości, trzeba się najpierw narodzić. I wtedy dopiero
można mówić o kłopotach, problemach, wartościach,
w ogóle o wszelkiego typu ludzkich sprawach.
Ale człowiek powinien najpierw mieć prawo
się narodzić. Drugi człowiek jest wielką tajemnicą,
jest darem, jakim nas Bóg obdarowuje. Każdy człowiek
jest niepowtarzalny, nie narodzi się drugi taki
sam jak my. Kobieta w ciąży jest wyzwaniem nie
tylko dla siebie, męża i dzieci, ale także dla całej rodziny,
sąsiadów, dla nas wszystkich.
Krystyna Czajka-Opanowicz
Prelegent omówił także współczesne zagrożenia
życia, takie jak egoistyczna koncepcja wolności,
przemiany demograficzne, różne techniki
sztucznej reprodukcji, które wydają się służyć
życiu, a w rzeczywistości sprowadzają człowieka
do roli przedmiotu, antykoncepcji i przerywania
ciąży. Niektóre zagrożenia wynikają z samej natury,
ale narastają z winy człowieka, chociaż sam
mógłby im zapobiec.
Bożena Czynszak
|
|
|